środa, 6 sierpnia 2014

Lato i las

Wystarczyło wrócić do lasu, a znowu poczułem „pierwotną” radość biegania. Przypomniałem sobie jak naturalna jest to aktywność. Takiego kopa energetycznego, takiej frajdy nie czułem od momentu prawie codziennych gonitw z psami. Niecierpliwie czekam na kolejny trening, który przeprowadzę nie na szosie.

Drzewka w najbliższym sąsiedztwie to maleństwo. Bo co to jest? W prostej linii ze wschodu na zachód pięć kilometrów do szosy krakowskiej i jeszcze trzy do katowickiej. W kierunku północ południe nawet mniej, jakieś cztery kilometry. I ruchliwe drogi krajowe prawie z każdej strony. Dominują sosny. Wzrasta ilość dębów i pewnie dlatego coraz częściej można natknąć się na dziki. Są też brzozy i olsze. Wikipedia podaje, że to pięćset hektarów. Jeżeli wielkość ta jest prawdziwa to Las Kabacki jest prawie dwa razy większy niż ten zadrzewiony obszar, który widzę z balkonu. A jednak to las, nie park leśny jak ten w granicach Ursynowa. Miejscami bardzo zaśmiecony, co jest smutne i skutecznie zmniejsza przyjemność. Mimo wszystko do biegania nadaje się znakomicie. I stawia wcale niemałe wymagania.

Teren bywa bardzo nierówny, usiany drobnymi pofałdowaniami powodującymi, że każda stopa stawiana jest inaczej. Duże korzenie, biegnące często w poprzek ścieżek, dodatkowo zwiększają trudności. I zmuszają do uwagi. Gdzie indziej suchy, leśny piach sięga kostek, nie pozwala na mocne odbicie. A na obszarach z przewagą gliny głębokie błoto utrzymuje się i podczas letnich upałów. Zdarza się, że pięta ucieka z buta, który ugrzązł w rozmokłej ziemi. W czasie dreszczów bywa naprawdę ślisko.  Jest też kilka górek pozwalających urządzić niezły kros.

Tego lata pomiędzy drzewami potrafi być bardzo duszno i upalnie. Po opadach wilgotność jest wysoka. Powietrze często stoi, nie ma powiewów. Ale jest dużo cienia! I słonecznych refleksów.

Ludzi nie ma wielu. Biegaczy spotykam bardzo rzadko. Najczęściej widzę spacerowiczów, i to głównie w weekendy. Są też rowerzyści. W dni powszednie zdarzają się mieszkańcy okolicznych miejscowości, prawie zawsze na rowerach. Czasami też jeźdźcy z pobliskich stadnin. Tłoczno robi się we wrześniu i w październiku gdy zjeżdżają miłośnicy grzybobrania. Tych potrafi być całe mnóstwo. Samochodami pchają się jak najbardziej w głąb.

Wydaje mi się, że nauczyłem się biegać trochę inaczej niż gdy zaczynałem. A może to samoistna zmiana ruchu wynikająca z coraz większej liczby pokonanych kilometrów. Lepiej czuję podłoże. W terenie daje to wyjątkową frajdę. Aż zacząłem rozglądać się za nowymi terenówkami żeby jeszcze wzmocnić to wrażenie. Potrzebuję agresywnego bieżnika i dobrego trzymania stopy. Jak w moich szosowych adidasach. I żeby podeszwa nie była szeroka i „rozklepana”, ale jak najbardziej przypominała kształt stopy.

Ponownie zakochałem się w „naturalnym” bieganiu. Zanurzam się w samotność, w ciszę, poddaję dominacji zieleni i cieszę każdym podbiegiem, każdą piaszczystą łachą, każdym ominiętym kłębowiskiem korzeni, każdym pokonanym grzęzawiskiem i innymi trudnościami. Radocha płynie z wszelkich sforsowanych przeszkód. Towarzyszy mi dziecięce wrażenie zapuszczania się w nieznane, przygody. Czuję się obłędnie. Silny, o połowę młodszy. Byczo jest! Inaczej odbieram zmęczenie, wysiłek i protesty psychiki zniechęcającej do trudu. Łatwiej je akceptuję. Są elementem całości. W pewnym stopniu zatracam się w biegu. I trochę pokonałem wewnętrzny niepokój mieszczucha. Bo to, że mieszkam na wsi nie zmniejsza mojego respektu dla lasu. Jeżeli tylko możliwe to biegi ciągłe i wybiegania wykonuję w lesie. Albo na polach. Bo tam też stopy czują ziemię, a nie tylko ubijają asfalt lub kostkę. W Lesie Kabackim również biegam. Nie przestałem go lubić. Tam też bywa cicho. Tam też jest mocno zielono. Choć dużo łatwiej dla nóg.

I pomyśleć, że gdy Piotr zalecił przeniesienie się z szosy do lasu, nie byłem specjalnie zadowolony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz