Wystarczyło wrócić do lasu, a znowu poczułem „pierwotną” radość biegania. Przypomniałem
sobie jak naturalna jest to aktywność. Takiego kopa energetycznego, takiej
frajdy nie czułem od momentu prawie codziennych gonitw z psami. Niecierpliwie
czekam na kolejny trening, który przeprowadzę nie na szosie.
Drzewka w najbliższym sąsiedztwie to maleństwo. Bo co to jest? W
prostej linii ze wschodu na zachód pięć kilometrów do szosy krakowskiej i
jeszcze trzy do katowickiej. W kierunku północ południe nawet mniej, jakieś
cztery kilometry. I ruchliwe drogi krajowe prawie z każdej strony. Dominują
sosny. Wzrasta ilość dębów i pewnie dlatego coraz częściej można natknąć się na
dziki. Są też brzozy i olsze. Wikipedia podaje, że to pięćset hektarów. Jeżeli
wielkość ta jest prawdziwa to Las Kabacki jest prawie dwa razy większy niż ten
zadrzewiony obszar, który widzę z balkonu. A jednak to las, nie park leśny jak
ten w granicach Ursynowa. Miejscami bardzo zaśmiecony, co jest smutne i
skutecznie zmniejsza przyjemność. Mimo wszystko do biegania nadaje się
znakomicie. I stawia wcale niemałe wymagania.
Teren bywa bardzo nierówny, usiany drobnymi pofałdowaniami
powodującymi, że każda stopa stawiana jest inaczej. Duże korzenie, biegnące często
w poprzek ścieżek, dodatkowo zwiększają trudności. I zmuszają do uwagi. Gdzie
indziej suchy, leśny piach sięga kostek, nie pozwala na mocne odbicie. A na
obszarach z przewagą gliny głębokie błoto utrzymuje się i podczas letnich
upałów. Zdarza się, że pięta ucieka z buta, który ugrzązł w rozmokłej ziemi. W
czasie dreszczów bywa naprawdę ślisko. Jest
też kilka górek pozwalających urządzić niezły kros.
Tego lata pomiędzy drzewami potrafi być bardzo duszno i
upalnie. Po opadach wilgotność jest wysoka. Powietrze często stoi, nie ma
powiewów. Ale jest dużo cienia! I słonecznych refleksów.
Ludzi nie ma wielu. Biegaczy spotykam bardzo rzadko.
Najczęściej widzę spacerowiczów, i to głównie w weekendy. Są też rowerzyści. W
dni powszednie zdarzają się mieszkańcy okolicznych miejscowości, prawie zawsze
na rowerach. Czasami też jeźdźcy z pobliskich stadnin. Tłoczno robi się we
wrześniu i w październiku gdy zjeżdżają miłośnicy grzybobrania. Tych potrafi
być całe mnóstwo. Samochodami pchają się jak najbardziej w głąb.
Wydaje mi się, że nauczyłem się biegać trochę inaczej niż
gdy zaczynałem. A może to samoistna zmiana ruchu wynikająca z coraz większej
liczby pokonanych kilometrów. Lepiej czuję podłoże. W terenie
daje to wyjątkową frajdę. Aż zacząłem rozglądać się za nowymi terenówkami
żeby jeszcze wzmocnić to wrażenie. Potrzebuję agresywnego bieżnika i dobrego
trzymania stopy. Jak w moich szosowych adidasach. I żeby podeszwa nie była
szeroka i „rozklepana”, ale jak najbardziej przypominała kształt stopy.
Ponownie zakochałem się w „naturalnym” bieganiu. Zanurzam
się w samotność, w ciszę, poddaję dominacji zieleni i cieszę każdym podbiegiem,
każdą piaszczystą łachą, każdym ominiętym kłębowiskiem korzeni, każdym
pokonanym grzęzawiskiem i innymi trudnościami. Radocha płynie z wszelkich sforsowanych przeszkód. Towarzyszy mi dziecięce wrażenie zapuszczania się w nieznane, przygody. Czuję się obłędnie. Silny, o połowę młodszy. Byczo jest! Inaczej odbieram zmęczenie,
wysiłek i protesty psychiki zniechęcającej do trudu. Łatwiej je akceptuję. Są
elementem całości. W pewnym stopniu zatracam się w biegu. I trochę pokonałem
wewnętrzny niepokój mieszczucha. Bo to, że mieszkam na wsi nie zmniejsza mojego
respektu dla lasu. Jeżeli tylko możliwe to biegi ciągłe i wybiegania wykonuję w
lesie. Albo na polach. Bo tam też stopy czują ziemię, a nie tylko ubijają
asfalt lub kostkę. W Lesie Kabackim również biegam. Nie przestałem go lubić.
Tam też bywa cicho. Tam też jest mocno zielono. Choć dużo łatwiej dla nóg.
I pomyśleć, że gdy Piotr zalecił przeniesienie się z szosy
do lasu, nie byłem specjalnie zadowolony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz