Od początku maratońskich przygotowań, czyli od drugiej
połowy czerwca, biegało mi się swobodnie i łatwo. Chwilami nawet zaskakująco
szybko. Treningi w terenie dodatkowo zmotywowały. Powoli umacniało się
wewnętrzne poczucie osiągania wysokiej formy. Towarzyszyło mu przekonanie, że
nadal stosunkowo długi czas, który pozostał do startu, pozwoli dużo jeszcze
znacząco podnieść własną dyspozycję.
Kilka dni przed Pómaratonem Praskim dostałem dyspozycje od
Piotra. ” Atak na PB i nie ma innej opcji, trzeba się mocno zmęczyć . :) koncentracja
i motywacja i ile fabryka mocy”. Wysoka ocena trenera ucieszyła. Ale wyznaczony
cel zaskoczył. Dwa lata temu w takiej kontrolnej połówce uczestniczyłem w
formie biegu z narastającą prędkością. Było intensywnie, jednak daleko od
maksa. Fakt, impreza wypadała znacznie bliżej startu docelowego. Przed rokiem nie
znaleźliśmy zawodów w dobrym terminie. Spodziewałem się powtórki sprzed
dwudziestu czterech miesięcy. Aczkolwiek jeżeli nadarza się szansa, trzeba z
niej skorzystać. Cztery doby przed biegiem zdecydowanie powiedziałem sobie, że
w niedzielę atakuję życiówkę. Dodatkowo zmotywowała mnie Danusia. Trochę żartem,
a trochę serio powiedziała, że tak ot, poganiać to mogę przy domu. Jeżeli jadę
na zawody to mam walczyć o jak najlepszy wynik.
I tak było. Z pełną determinacją. Bez żadnych lęków. Wcześniej prześledziłem dokładnie kwietniowe notatki z Poznania. Pomyślałem, że trzeba jak najdłużej biec w tempie 4’30”/km i mocno przyspieszyć na ostatnich kilometrach. Oczywiście na papierze łatwo przychodziło rozpisywanie różnych wariantów. Jednak głowie rozbrzmiewał jeden refren: cztery trzydzieści, cztery trzydzieści, cztery trzydzieści. I co najważniejsze, nie czułem jakichkolwiek wątpliwości. Ustawiłem mentalny wskaźnik na tej wartości. Zaprogramowałem się.
Piętnaście kilometrów pokonałem w zasadzie równo po 4'30"/km. No może czternaście i pół. Łatwo nie było, ale byłem przekonany,
że dociągnę. Nagle nogi przestały podawać. Zupełnie. Chciałem utrzymać tempo, a
nie mogłem. Chciałem nie zwolnić poniżej 4'50"/km, a nie mogłem. Ze
zdziwieniem rejestrowałem sytuację, że głowa próbowała zmusić ciało do szybszego
biegu, a gnaty nie reagowały. Tym razem w ciele zabrakło mocy. Psychika nie
chciała odpuścić. Miałem wrażenie, że stoję w miejscu. Z niedowierzaniem
przyjmuję, że nie biegłem wolniej niż 5'00"/km. Końcowego przyspieszenia prawie
nie czułem. Wiedziałem, że zbliżam się do finiszu i starałem się żeby nogi choć
trochę pokręciły.
Stało się to czego się obawiałem. Zabrakło paliwa. Kilka
dni przed półmaratonem mój układ pokarmowy trochę się rozstroił. Nic mnie nie
bolało, ale wypłukałem się z wszelkich zapasów. I to pomimo normalnego przedstartowego
ładowania dodatkowymi węglowodanami. Przekonanie o przyzwoitej formie, dobre
samopoczucie na rozgrzewce i nie najgorsze przez piętnaście kilometrów
pozwoliły o tym zapomnieć. Jednak energii starczyło na trzy czwarte dystansu.
Potem w mięśniach nie było czego spalać. I pomimo że pikawa i płuca pompowały
bardzo dobrze, niewiele mogłem zrobić. Dwa żele i kawałek banana nie zaspokoiły
niedoborów. Zdaje się to potwierdzać ostra kolka z prawej strony. Wątroba
zgłaszała braki cukrów.
Zmęczony byłem potężnie. Za metą zastanawiałem się czy nie
poprosić jakiś medyków o porządną dawkę cukru. Obeszło się bez ich pomocy. Małymi
kroczkami poszedłem w kierunku medali, wody i bananów. Zrezygnowałem z
roztruchtania.
Słyszałem dużo narzekań na pogodę. Ja nie odebrałem aury jako
przyczyny moich trudności. Może nie była idealna, ale specjalnie nie przeszkadzała.
Zaraz po starcie zanosiło się nawet na deszcz. Nie wiało, a na tak odkrytej
trasie wiatr by nas zniszczył. Po piętnastu kilometrach wyszło słońce, ale
takie zamglone, już jesienne. Nie czułem żeby utrudniało. Być może wilgotność
była wysoka i ona zmogła tak wielu.
Mimo wszystko nie czuję specjalnego żalu. Oczywiście gdyby
taka sytuacja miała miejsce we Frankfurcie, byłbym mocno sfrustrowany. Podjąłem
już przygotowania żeby w najbliższym czasie nie przydarzył się żaden rozstrój żołądkowy.
To miał być mocny start kontrolny. I był. Że treningi
wychodziły dobrze, była próba poprawienia życiówki. Nie byłem do tego
przekonany, ale ok. Jedziemy. Cieszę się, że nie wystąpiły problemy mentalne,
że będzie ciężko, że będzie bolało. Nic. Rozpisałem sobie kilometry i
wystartowałem. Czuję i uważam, że pod kątem maratonu po koniec października był
to dobry bieg.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz