środa, 10 września 2014

Atak na życiówkę

Od początku maratońskich przygotowań, czyli od drugiej połowy czerwca, biegało mi się swobodnie i łatwo. Chwilami nawet zaskakująco szybko. Treningi w terenie dodatkowo zmotywowały. Powoli umacniało się wewnętrzne poczucie osiągania wysokiej formy. Towarzyszyło mu przekonanie, że nadal stosunkowo długi czas, który pozostał do startu, pozwoli dużo jeszcze znacząco podnieść własną dyspozycję.

Kilka dni przed Pómaratonem Praskim dostałem dyspozycje od Piotra. ” Atak na PB i nie ma innej opcji, trzeba się mocno zmęczyć . :) koncentracja i motywacja i ile fabryka mocy”. Wysoka ocena trenera ucieszyła. Ale wyznaczony cel zaskoczył. Dwa lata temu w takiej kontrolnej połówce uczestniczyłem w formie biegu z narastającą prędkością. Było intensywnie, jednak daleko od maksa. Fakt, impreza wypadała znacznie bliżej startu docelowego. Przed rokiem nie znaleźliśmy zawodów w dobrym terminie. Spodziewałem się powtórki sprzed dwudziestu czterech miesięcy. Aczkolwiek jeżeli nadarza się szansa, trzeba z niej skorzystać. Cztery doby przed biegiem zdecydowanie powiedziałem sobie, że w niedzielę atakuję życiówkę. Dodatkowo zmotywowała mnie Danusia. Trochę żartem, a trochę serio powiedziała, że tak ot, poganiać to mogę przy domu. Jeżeli jadę na zawody to mam walczyć o jak najlepszy wynik.

I tak było. Z pełną determinacją. Bez żadnych lęków. Wcześniej prześledziłem dokładnie kwietniowe notatki z Poznania. Pomyślałem, że trzeba jak najdłużej biec w tempie 4’30”/km i mocno przyspieszyć na ostatnich kilometrach. Oczywiście na papierze łatwo przychodziło rozpisywanie różnych wariantów. Jednak głowie rozbrzmiewał jeden refren: cztery trzydzieści, cztery trzydzieści, cztery trzydzieści. I co najważniejsze, nie czułem jakichkolwiek wątpliwości. Ustawiłem mentalny wskaźnik na tej wartości. Zaprogramowałem się.

Piętnaście kilometrów pokonałem w zasadzie równo po 4'30"/km. No może czternaście i pół. Łatwo nie było, ale byłem przekonany, że dociągnę. Nagle nogi przestały podawać. Zupełnie. Chciałem utrzymać tempo, a nie mogłem. Chciałem nie zwolnić poniżej 4'50"/km, a nie mogłem. Ze zdziwieniem rejestrowałem sytuację, że głowa próbowała zmusić ciało do szybszego biegu, a gnaty nie reagowały. Tym razem w ciele zabrakło mocy. Psychika nie chciała odpuścić. Miałem wrażenie, że stoję w miejscu. Z niedowierzaniem przyjmuję, że nie biegłem wolniej niż 5'00"/km. Końcowego przyspieszenia prawie nie czułem. Wiedziałem, że zbliżam się do finiszu i starałem się żeby nogi choć trochę pokręciły.

Stało się to czego się obawiałem. Zabrakło paliwa. Kilka dni przed półmaratonem mój układ pokarmowy trochę się rozstroił. Nic mnie nie bolało, ale wypłukałem się z wszelkich zapasów. I to pomimo normalnego przedstartowego ładowania dodatkowymi węglowodanami. Przekonanie o przyzwoitej formie, dobre samopoczucie na rozgrzewce i nie najgorsze przez piętnaście kilometrów pozwoliły o tym zapomnieć. Jednak energii starczyło na trzy czwarte dystansu. Potem w mięśniach nie było czego spalać. I pomimo że pikawa i płuca pompowały bardzo dobrze, niewiele mogłem zrobić. Dwa żele i kawałek banana nie zaspokoiły niedoborów. Zdaje się to potwierdzać ostra kolka z prawej strony. Wątroba zgłaszała braki cukrów.

Zmęczony byłem potężnie. Za metą zastanawiałem się czy nie poprosić jakiś medyków o porządną dawkę cukru. Obeszło się bez ich pomocy. Małymi kroczkami poszedłem w kierunku medali, wody i bananów. Zrezygnowałem z roztruchtania.

Słyszałem dużo narzekań na pogodę. Ja nie odebrałem aury jako przyczyny moich trudności. Może nie była idealna, ale specjalnie nie przeszkadzała. Zaraz po starcie zanosiło się nawet na deszcz. Nie wiało, a na tak odkrytej trasie wiatr by nas zniszczył. Po piętnastu kilometrach wyszło słońce, ale takie zamglone, już jesienne. Nie czułem żeby utrudniało. Być może wilgotność była wysoka i ona zmogła tak wielu.

Mimo wszystko nie czuję specjalnego żalu. Oczywiście gdyby taka sytuacja miała miejsce we Frankfurcie, byłbym mocno sfrustrowany. Podjąłem już przygotowania żeby w najbliższym czasie nie przydarzył się żaden rozstrój żołądkowy.

To miał być mocny start kontrolny. I był. Że treningi wychodziły dobrze, była próba poprawienia życiówki. Nie byłem do tego przekonany, ale ok. Jedziemy. Cieszę się, że nie wystąpiły problemy mentalne, że będzie ciężko, że będzie bolało. Nic. Rozpisałem sobie kilometry i wystartowałem. Czuję i uważam, że pod kątem maratonu po koniec października był to dobry bieg.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz