poniedziałek, 8 września 2014

Praska połówka

Pierwsze informacje o BMW Półmaratonie Praskim pojawiły się prawie rok przed wydarzeniem. Uruchomiona została strona internetowa, której układ graficzny, podobnie jak logo zawodów, jednoznacznie nawiązywały do BMW Berlin Marathon czy BMW Frankfurt Marathon. Myślę, że każdy kto zdobył już nieco doświadczenia na szosach i orientował się odrobinę w uznanych biegach ulicznych w Europie, poczuł lekki przypływ adrenaliny. Organizator renomowanych wyścigów ogłaszał przecież nową dużą imprezę biegową w Warszawie. Oczekiwania były duże. Mecenas i organizator tak znaczących wydarzeń z pewnością dołoży starań, aby i zawody w Warszawie były doskonałe. Przecież nie może pozwolić sobie na błędy. Byłyby zbyt drogie wizerunkowo.

Sądząc po dyskusjach na biegowych forach, wielu podzielało ten sposób myślenia. A ci, którzy startowali np. w Berlinie w ogóle nie dopuszczali myśli o rozczarowaniu. Nie brakowało takich, którzy zapisali się i opłacili udział, gdy znana była jedynie data tej połówki. Trochę w ciemno, bez analizowania trasy czy programu godzinowego. Proszę, co znaczy zaufanie do niemieckiej dokładności i organizacji. Dodatkową motywacją była zapewne i chęć startu w inauguracyjnej edycji półmaratonu.

Biuro zawodów zlokalizowane było oczywiście na Pradze, w Soho Factory, w miejscu, które gospodarze określają jako „awangardową przestrzeń dla kultury i biznesu”.  Daleko od moich szlaków i w najbliższym czasie nie miałbym zapewne okazji żeby tam zajrzeć. Pakiety można było odbierać już od poniedziałku. Wydaje się, że to dobry pomysł. Nie wiem jednak ilu uczestników skorzystało z tak długiego okresu otwarcia biura. I czy w ten sposób uniknięto tłoku.

Ja byłem tam w piątek, w okolicach lunchu. Kolejek nie było. Wszystko zajęło około kwadransa. Gdybym był w pełni przygotowany, gdybym jeszcze raz zerknął do regulaminu, całość trwałaby jeszcze krócej. A tak, musiałem logować się do systemu, drukować potwierdzenie udziału. Narzekałem na pojedyncze stanowisko z komputerem, wskazywałem organizatorom tworzący się za mną ogonek. Tylko, że zawiniłem ja, nie oni. Zasady odbioru pakietów były opisane w regulaminie, który zaakceptowałem zgłaszając się do biegu.  Zostały powtórzone w mailu zawierającym potwierdzenie udziału. Wystarczyło zapoznać się. A jadąc do Berlina czytałem notki od organizatorów nawet po trzy razy i drukowałem wszystkie otrzymane kwity.

Błonie Stadionu Narodowego to moim zdaniem doskonałe miejsce dla zaplecza dużej imprezy biegowej. Dojechać jest łatwo, a kilka tysięcy zawodniczek i zawodników, część z towarzystwem, wygodnie się tam mieści. Ciekawe jak teren sprawdziłby się w przypadku liczby biegaczy zbliżonej do kończących maraton berliński, czyli gdyby było nas ponad trzydzieści pięć tysięcy. Namiot szatnia mógłby być większy, ale i tak bez problemów znalazłem kawałek wolnej ławki. Podobnie po zawodach. Obsługa depozytów działała sprawnie, nie było konieczności oczekiwania. Tego nauczyli się wszyscy organizatorzy. Z pamięci uleciały już nieprzyjemne wspomnienia chaosu przy wydawaniu rzeczy czy długich kolejek. Ilość toalet wydawała się odpowiednia. Były też rzędy przenośnych umywalek i kontenery z prysznicami.

Szerokości jezdni nie da się zwiększyć. Cztery pasy ulicy Zielenieckiej musiały wystarczyć. Strefy startowe ciągnęły się dość długo. I co najważniejsze, były przestrzegane. Pomimo, że nikt nie sprawdził czy znaczek na numerze uprawnia mnie do startu z tego właśnie sektora. Wybiegliśmy prawie punktualnie. Garmin pokazał, że była 9:02.

Na trasie nie dotknęły mnie żadne problemy organizacyjne. Ale za mną przybiegło prawie pięć tysięcy osób. Ocenę zawodom można wystawić dopiero, gdy ostatni sportowiec przekroczy linię mety. Bo ci biegający wolniej, mający mniejsze doświadczenie, na trasie przebywają najdłużej. I należy im się specjalna opieka i ochrona. A właśnie dla nich zabrakło wody. Największym błędem było podawanie biegaczom nie jednorazowych kubeczków napełnionych do połowy, a pełnych półlitrowych butelek. Jeżeli punkty nawadniania rozmieszczone są w równych odstępach wzdłuż całego dystansu, a były, szczególnie w pierwszej połowie biegu, takie dwa łyki wypijane co trzy, cztery kilometry wystarczą. Nikt nie doi całej butli, bo woda chlupocząca w żołądku nie sprzyja w dalszym biegu, a pęcherz może wymusić niezamierzoną przerwę. Trzymana w dłoni butelka jest dodatkowym utrudnieniem. Mało kto zachowuje nie opróżnioną flaszkę na potem. Najczęściej wypija się niedużą porcję, a resztę wyrzuca. Po pierwsze, marnotrawstwo. Po drugie, ryzyko że zabraknie dla znajdujących się z tyłu.

W pierwszym punkcie zastałem to czego się spodziewałem. Złapałem kubeczek, delikatnie zgniotłem ściankę żeby zrobić mały lejek, wypiłem dwa łyki, co zostało wylałem na kark. Wszystko w biegu. Nie podobało mi się jedynie, że woda była lekko gazowana. Trzy kilometry dalej ze zdziwieniem zauważyłem, że podawane są butelki. Ominąłem pierwszy stół i kilka kroków dalej trafiłem na wodę rozlaną na porcje. I tak do samej mety. Kierowałem się na koniec każdego punktu i nie musiałem popijać z butelek. Bananów też dla mnie starczyło. Wszystkie poradniki dla biegaczy zalecają aby unikać początków stref nawadniania. Tam zawsze jest największy tłok.  

Albo nie przeszkolono odpowiednio wolontariuszy przy trasie, albo było ich zbyt mało i nie nadążali z napełnianiem kubeczków. Tłumaczenie organizatorów zamieszczone na stronie www, że chcieli uniknąć „niewygodnej i nielubianej przez wielu biegaczy wody w kubkach plastikowych” uważam za śmieszne. To próba przedstawienia własnego błędu jako troski o zawodników. Na wszystkich imprezach, tych największych i najbardziej prestiżowych również, napoje dystrybuowane są właśnie w kubeczkach. Jeżeli ktoś biega z butelką, to jest do tego przygotowany i najczęściej od początku ma ją w specjalnym pasie, z tyłu. Nie w dłoniach.

Za metą dostałem bardzo dużą porcję wody (1,5l). Tam jak najbardziej potrzebowałem sporej ilości płynów i z pozytywnym zdziwieniem przyjąłem butlę. Do tej pory spotykałem się z przydziałem jednej półlitrowej butelki na jednego finiszującego. No, czasami dwóch. Bez pośpiechu wypiłem całą. Nieco dalej na stołach rozłożone były banany. Wziąłem dwa. Sądziłem, że skoro nikt ich nie wydaje, są w ilości odpowiedniej dla wszystkich biegaczy. Dopiero z lektury stron biegowych dowiedziałem się, że dla ostatnich i za metą nie było ani wody, ani bananów.

Na forach czytałem zarzuty, że napoje i owoce po biegu znajdowały się zbyt daleko od linii mety. Nie mogę się z tym zgodzić. Było tak jak zapamiętałem z Berlina. Nie ma miejsca i pozwolenia na zatrzymywanie się. Najpierw dłuższa chwila spaceru po medale; spaceru pomiędzy wieloma ratownikami sprawdzającymi czy nikt nie potrzebuje natychmiastowej pomocy medycznej. Potem ostatnie zdjęcia, już z trofeami na szyjach. I znowu marsz. Do picia. Jedzenie wydawane było jeszcze dalej. Wszystko po to żeby kończący bieg nie wpadali na siebie. Żeby w bramie mety było pusto.

Ani ładna koszulka techniczna Reebok w pakiecie startowym, ani dobra organizacja strefy startu i mety, ani liczna, widoczna i mobilna opieka medyczna, ani ładne medale nie skutkują wyższą oceną całego półmaratonu. Zaledwie dostateczny.


Wierzę, że wnioski zostaną wyciągnięte i podczas przyszłorocznych zawodów nie znajdziemy żadnych uchybień. Bo życzę sobie (i organizatorom) fantastycznej imprezy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz