Pierwsze informacje o BMW Półmaratonie Praskim pojawiły się
prawie rok przed wydarzeniem. Uruchomiona została strona internetowa, której
układ graficzny, podobnie jak logo zawodów, jednoznacznie nawiązywały do BMW
Berlin Marathon czy BMW Frankfurt Marathon. Myślę, że każdy kto zdobył już
nieco doświadczenia na szosach i orientował się odrobinę w uznanych biegach
ulicznych w Europie, poczuł lekki przypływ adrenaliny. Organizator renomowanych
wyścigów ogłaszał przecież nową dużą imprezę biegową w Warszawie. Oczekiwania
były duże. Mecenas i organizator tak znaczących wydarzeń z pewnością dołoży
starań, aby i zawody w Warszawie były doskonałe. Przecież nie może pozwolić
sobie na błędy. Byłyby zbyt drogie wizerunkowo.
Biuro zawodów zlokalizowane było oczywiście na Pradze, w
Soho Factory, w miejscu, które gospodarze określają jako „awangardową
przestrzeń dla kultury i biznesu”.
Daleko od moich szlaków i w najbliższym czasie nie miałbym zapewne
okazji żeby tam zajrzeć. Pakiety można było odbierać już od poniedziałku.
Wydaje się, że to dobry pomysł. Nie wiem jednak ilu uczestników skorzystało z
tak długiego okresu otwarcia biura. I czy w ten sposób uniknięto tłoku.
Ja byłem tam w piątek, w okolicach lunchu. Kolejek nie było.
Wszystko zajęło około kwadransa. Gdybym był w pełni przygotowany, gdybym
jeszcze raz zerknął do regulaminu, całość trwałaby jeszcze krócej. A tak, musiałem
logować się do systemu, drukować potwierdzenie udziału. Narzekałem na
pojedyncze stanowisko z komputerem, wskazywałem organizatorom tworzący się za
mną ogonek. Tylko, że zawiniłem ja, nie oni. Zasady odbioru pakietów były
opisane w regulaminie, który zaakceptowałem zgłaszając się do biegu. Zostały powtórzone w mailu zawierającym
potwierdzenie udziału. Wystarczyło zapoznać się. A jadąc do Berlina czytałem
notki od organizatorów nawet po trzy razy i drukowałem wszystkie otrzymane
kwity.
Błonie Stadionu Narodowego to moim zdaniem doskonałe miejsce
dla zaplecza dużej imprezy biegowej. Dojechać jest łatwo, a kilka tysięcy zawodniczek
i zawodników, część z towarzystwem, wygodnie się tam mieści. Ciekawe jak teren
sprawdziłby się w przypadku liczby biegaczy zbliżonej do kończących maraton berliński,
czyli gdyby było nas ponad trzydzieści pięć tysięcy. Namiot szatnia mógłby być
większy, ale i tak bez problemów znalazłem kawałek wolnej ławki. Podobnie po
zawodach. Obsługa depozytów działała sprawnie, nie było konieczności
oczekiwania. Tego nauczyli się wszyscy organizatorzy. Z pamięci uleciały już nieprzyjemne
wspomnienia chaosu przy wydawaniu rzeczy czy długich kolejek. Ilość
toalet wydawała się odpowiednia. Były też rzędy przenośnych umywalek i
kontenery z prysznicami.
Szerokości jezdni nie da się zwiększyć. Cztery pasy ulicy
Zielenieckiej musiały wystarczyć. Strefy startowe ciągnęły się dość długo. I co
najważniejsze, były przestrzegane. Pomimo, że nikt nie sprawdził czy znaczek na
numerze uprawnia mnie do startu z tego właśnie sektora. Wybiegliśmy prawie
punktualnie. Garmin pokazał, że była 9:02.
Na trasie nie dotknęły mnie żadne problemy organizacyjne.
Ale za mną przybiegło prawie pięć tysięcy osób. Ocenę zawodom można wystawić
dopiero, gdy ostatni sportowiec przekroczy linię mety. Bo ci biegający wolniej,
mający mniejsze doświadczenie, na trasie przebywają najdłużej. I należy im się
specjalna opieka i ochrona. A właśnie dla nich zabrakło wody. Największym
błędem było podawanie biegaczom nie jednorazowych kubeczków napełnionych do
połowy, a pełnych półlitrowych butelek. Jeżeli punkty nawadniania rozmieszczone
są w równych odstępach wzdłuż całego dystansu, a były, szczególnie w pierwszej
połowie biegu, takie dwa łyki wypijane co trzy, cztery kilometry wystarczą.
Nikt nie doi całej butli, bo woda chlupocząca w żołądku nie sprzyja w dalszym
biegu, a pęcherz może wymusić niezamierzoną przerwę. Trzymana w dłoni butelka
jest dodatkowym utrudnieniem. Mało kto zachowuje nie opróżnioną flaszkę na
potem. Najczęściej wypija się niedużą porcję, a resztę wyrzuca. Po pierwsze,
marnotrawstwo. Po drugie, ryzyko że zabraknie dla znajdujących się z tyłu.
W pierwszym punkcie zastałem to czego się spodziewałem.
Złapałem kubeczek, delikatnie zgniotłem ściankę żeby zrobić mały lejek, wypiłem
dwa łyki, co zostało wylałem na kark. Wszystko w biegu. Nie podobało mi się
jedynie, że woda była lekko gazowana. Trzy kilometry dalej ze zdziwieniem
zauważyłem, że podawane są butelki. Ominąłem pierwszy stół i kilka kroków dalej
trafiłem na wodę rozlaną na porcje. I tak do samej mety. Kierowałem się na
koniec każdego punktu i nie musiałem popijać z butelek. Bananów też dla mnie
starczyło. Wszystkie poradniki dla biegaczy zalecają aby unikać początków stref
nawadniania. Tam zawsze jest największy tłok.
Albo nie przeszkolono odpowiednio wolontariuszy przy trasie,
albo było ich zbyt mało i nie nadążali z napełnianiem kubeczków. Tłumaczenie
organizatorów zamieszczone na stronie www, że chcieli uniknąć „niewygodnej i
nielubianej przez wielu biegaczy wody w kubkach plastikowych” uważam za
śmieszne. To próba przedstawienia własnego błędu jako troski o zawodników. Na
wszystkich imprezach, tych największych i najbardziej prestiżowych również,
napoje dystrybuowane są właśnie w kubeczkach. Jeżeli ktoś biega z butelką, to
jest do tego przygotowany i najczęściej od początku ma ją w specjalnym pasie, z tyłu. Nie w
dłoniach.
Za metą dostałem bardzo dużą porcję wody (1,5l). Tam jak
najbardziej potrzebowałem sporej ilości płynów i z pozytywnym zdziwieniem
przyjąłem butlę. Do tej pory spotykałem się z przydziałem jednej półlitrowej
butelki na jednego finiszującego. No, czasami dwóch. Bez pośpiechu wypiłem
całą. Nieco dalej na stołach rozłożone były banany. Wziąłem dwa. Sądziłem, że
skoro nikt ich nie wydaje, są w ilości odpowiedniej dla wszystkich biegaczy.
Dopiero z lektury stron biegowych dowiedziałem się, że dla ostatnich i za metą
nie było ani wody, ani bananów.
Na forach czytałem zarzuty, że napoje i owoce po biegu
znajdowały się zbyt daleko od linii mety. Nie mogę się z tym zgodzić. Było tak
jak zapamiętałem z Berlina. Nie ma miejsca i pozwolenia na zatrzymywanie się. Najpierw
dłuższa chwila spaceru po medale; spaceru pomiędzy wieloma ratownikami
sprawdzającymi czy nikt nie potrzebuje natychmiastowej pomocy medycznej. Potem ostatnie
zdjęcia, już z trofeami na szyjach. I znowu marsz. Do picia. Jedzenie wydawane
było jeszcze dalej. Wszystko po to żeby kończący bieg nie wpadali na siebie.
Żeby w bramie mety było pusto.
Ani ładna koszulka techniczna Reebok w pakiecie startowym, ani
dobra organizacja strefy startu i mety, ani liczna, widoczna i mobilna opieka
medyczna, ani ładne medale nie skutkują wyższą oceną całego półmaratonu. Zaledwie
dostateczny.
Wierzę, że wnioski zostaną wyciągnięte i podczas
przyszłorocznych zawodów nie znajdziemy żadnych uchybień. Bo życzę sobie (i organizatorom)
fantastycznej imprezy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz