Miesiąc już upłynął od maratonu, a ja ciągle nie zrobiłem pełnego podsumowania tamtego startu. Nie zamknąłem tematu, a więc i żadnych wskazówek na przyszłość, nie sformułowałem. Łatwiejsze jest planowanie przyszłorocznych biegów. Już je wytypowałem. Wiem, że w tych docelowych chciałbym poprawić rezultaty. Nie umiem jednak określić czego powinienem unikać aby nie powtórzyła się sytuacja z Frankfurtu. Nie znam odpowiedzi na pytanie dlaczego pary w nogach starczyło tylko na dwadzieścia kilka kilometrów.
Do głowy przychodzą mi następujące zagadnienia, które mogły złożyć się na niepowodzenie: błędy w przygotowaniach, pomyłki żywieniowe i być może osiągnięcie granicy własnych możliwości. A ostatnio niepokoi mnie myśl, że pewnie trapi mnie jakaś dolegliwość i problemy na trasie były pierwszym jej objawem. To akurat dość łatwo potwierdzić lub wykluczyć. Zaczynam właśnie jesienną serię podstawowych badań, które powinny pokazać czy czegoś nie należy skontrolować dokładniej.
Myślę, że i na temat zbliżenia się do indywidualnej bariery, nie ma co specjalnie dywagować. Zewsząd słyszę, że przede mną jeszcze kilka sezonów fajnego biegania, a i sam nie czuję żebym dotarł do skraju własnych predyspozycji. Jeżeli jednak osiągnąłem maksimum, to wydaje mi się, że biegowa sprawność nie spada tak dramatycznie.
Dieta? W tej materii zawsze może być lepiej, zawsze można korzystniej odżywczo skomponować jadłospis czy poświęcić więcej czasu na przygotowanie posiłków zawierających składniki odpowiednie dla aktualnej intensywności treningu. Nie wydaje mi się jednak żeby moje jedzenie było przyczyną problemów mięśniowych odczuwanych w czasie biegu. Zrealizowałem wcześniej pięć trzydziestokilometrowych treningów, często z szybkimi wstawkami i nic podobnego nie działo się. Konsultacja z dietetykiem trzy tygodnie przed startem wykazała, że w pożywieniu nie brakowało żadnych składników. I tym bardziej nie było w nim elementów nie wskazanych w tym okresie przygotowań. A chłopiec specjalizuje się w zielonej diecie i sam jest sportowcem, choć nie wytrzymałościowym.
Być może otrzymam jeszcze jedną opinię. Jestem jej o tyle ciekawy, że pochodzić będzie od dietetyka, który trzy lata temu określał się jako przeciwnik diet odstawiających oraz jest maratończykiem i triathlonistą.
A zatem wychodzi, że źródeł trudności na trasie należy szukać przede wszystkim w nieodpowiednim treningu. Za takim stwierdzeniem przemawiają w pierwszej kolejności poczucie znużenia, brak świeżości i niski poziom frajdy nie tylko na trasie, ale i w ciągu całego wyjazdu. A wcześniej prawie nie było chwil niecierpliwego oczekiwania kiedy to wreszcie nastąpi. Samolot, podróż, nowe miasto, hotel, targi sportowe niemal zupełnie mnie nie rajcowały. Byłem przytłumiony. Czyżby objaw przetrenowania? Nie niepokoiłem się. Nie zgłaszałem obaw. Bo przed Berlinem było podobnie, choć nie tak silnie. Bo przed Berlinem trenowałem w zbliżonym modelu. I trzydziestek też było pięć, i też ostatnia na dwa tygodnie przed startem. No i były to przygotowania do ataku na maratońską życiówkę, a nie rekreacja. Wydawało mi się, iż intensywny trening musi dokuczyć. Nadymałem się przekonaniem jaki to ja mocny jestem, bo daję radę. Zapomniałem, że na triumf czas przyjdzie dopiero za metą we frankfurckiej Messehalle. O upływającym czasie takoż nie myślałem. Choćbym był w nie wiem jak sprawny, to jednak minął rok. Być może należało coś skorygować. A może środki treningowe dotychczas skuteczne działały inaczej w przypadku trochę starszego organizmu.
Przez ostatnie dwa tygodnie czekałem. Każdego dnia spodziewałem się choćby lekkiego przesilenia, drobnych odznak, że zmęczenie i znużenie puszczają. Występowały tylko pojedyncze chwile takich wrażeń. Wszystko odnotowywałem w dzienniczku. Ale już następny trening je zagłuszał.
Ale czy możliwe abym się przeforsował po raptem osiemnastu tygodniach przygotowań? Tym bardziej, że do końca sierpnia trenowałem dość spokojnie. Co i rusz natykałem się na komentarze kolegów o light'owej pracy. Mocniejsze i bardziej intensywne było dopiero ostatnich sześć tygodni. W pierwszej połowie roku też się specjalnie nie narobiłem. W kwietniu miałem dwa tygodnie prawie absolutnej przerwy od wszelkich aktywności fizycznych. Zrobiłem jedynie dwie sesje rozciągania. A w czerwcu nie biegałem przez tydzień, a tylko dużo się gimnastykowałem. Przeciwko przetrenowaniu przemawia też wysoka forma wydolnościowa, w której byłem. Przed zawodami i w trakcie maratonu. Nogi bolały, nie czułem zadowolenia, ale intensywność treningów była niska. Dla serca i płuc nie były specjalnym wysiłkiem.
Z Piotrem rozmawialiśmy dość długo. Dwukrotnie. Zaraz po powrocie z Frankfurtu i w czwartek. Nic specjalnego nie wymyśliliśmy. Miała miejsce jakaś słabość mięśniowa. I odrętwienie mentalne. Ale jakie i dlaczego wystąpiły nie wiemy.
Bieg Niepodległości, czyli ostatni tegoroczny start też nie dał odpowiedzi. Nie czułem mocy ani ochoty na walkę o rekord życiowy, ale nie wypruwając flaków pobiegłem dychę 4'20"/km. Dość szybko, w tempie rekordu życiowego na piętnaście kilometrów. Ponownie brak werwy spowodował, że już kilka dni wcześniej zrezygnowałem choćby z próby ataku na najlepszy rezultat. Nie zmieniło tego nawet tynieckie szaleństwo. Mimo wszystko byłem zadowolony. Z mocnego biegu, bo myśli, że nie ma sensu żeby specjalnie cisnąć, towarzyszyły mi przez prawie całą trasę. Z opanowania początkowego podniecenia, bo pierwsze pięćset metrów czy nawet kilometr wydawały się łatwe. Z łatwego pokonania podbiegów na wiadukt, bo obawiałem się, iż mnie wyprostują. I wreszcie z eleganckiego przebiegnięcia dystansu i stopniowego przyspieszania. Wg Garmina w końcówce nawet do 4'02"/km.
Wniosek nasuwa się jeden. Reagować na drobne nawet oznaki przekazywane przez organizm. Cóż, wiek.
A maratonu szkoda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz