Sobotę poprzedzającą Święto
Niepodległości spędzałem w Krakowie. Wyjechałem dość wcześnie
żeby w napiętym programie dnia był czas i na bieganie. Myślałem
o wyjściu na trasy inne niż te dobrze mi już znane w pobliżu
domu. I od kilku dni marudziłem gospodarzom aby zaproponowali jakieś
ciekawe miejsca gdzie moglibyśmy się razem wybrać. Ja na lekki
trening, a oni na spacer. Najlepiej w terenie, bo miałem wielką
ochotę znowu założyć Fellraiser'y. Sugestie były bardzo
atrakcyjne. Bo i Puszcza Niepołomicka, i Dolinki Krakowskie.
Wszędzie jednak dość daleko i czas potrzebny na dojazd i powrót
byłby zbyt długi. Pogodziłem się więc z myślą, że ruszę
wałem wiślanym w kierunku Tyńca. Będzie po asfalcie, ale w ładnej
i spokojnej scenerii. I już przed samym wyjściem dopatrzyliśmy
się, że pod wałem, wzdłuż Wisły wiedzie zapewne polna droga.
Po kilkuset metrach okazało
się jednak, że wygodnie nie będzie. Za pierwszym zakrętem
zrozumiałem, iż intensywność biegania znacznie przewyższy
zakładaną. I że radocha z tej aktywności będzie duża. Droga
zniknęła w obfitej, mokrej trawie. Była dobrze widoczna, ale
murawa zarosła nawet koleiny wyciśnięte przez jeżdżące tam
ciągniki. I zasłoniła wszystkie nierówności, a było ich dużo.
Bieg wymagał uwagi. Chwilami znacznie oddalałem się od wału.
Poruszałem się blisko rzeki. Sam. W ciszy. Wśród przekwitłej i
lekko gnijącej łąkowej roślinności.
Po dwóch kilometrach
znalazłem odboczkę wiodącą prostopadle ku Wiśle. Wąską.
Rozmokłą. Gliniastą. Z wyraźnie odciśniętymi, głębokimi
śladami terenowych opon. Zapewne uczęszczaną przez amatorów
motocrossu. Skręciłem. Zrobiło się ślisko. Delikatnie zapadałem
się w błocie. W pobliżu brzegu trafiłem na wąski jar. Ściany
wydawały się prawie pionowe. Dwa metry, może dwa i pół, ale
pokonanie ich wymagało dużego wysiłku i czepiania się dłońmi
wszystkiego co rosło obok. W dół nie było łatwiej. W obu
kierunkach Salomony boksowały w rozmiękłym podłożu. Wycofałem
się zadowolony z przygody.
Dalej biegłem łąkową
drogą. Nadal była mocno nierówna. Wyboista. Po niecałych pięciu
kilometrach wróciłem na nasyp. Chwilę biegłem jego szczytem
wzdłuż krakowskiego toru kajakarstwa górskiego. Dalej pod E40 i
podłoże się zmieniło. Trawa ustąpiła rozmiękłej glinie.
Przybywało kałuż. Błoto mocno kleiło się do podeszew,
wypełniało miejsca pomiędzy wypustkami bieżnika. Buty zrobiły
się ciężkie. I jakby płaskie. Przyczepność zmalała. Ale frajda
stale rosła.
Co jakiś czas ścieżka
powracała na szczyt wału żeby po kilkuset metrach znowu biec u
jego podnóża. W miejscach tych wejść i zejść była utwardzona,
wyłożona płytami lub nawet wyasfaltowana. Wydaje mi się, że
całym wierzchem grobli wiedzie wygodna, pokryta asfaltem aleja
spacerowa dostępna dla pieszych i rowerzystów. Do samego
benedyktyńskiego klasztoru w Tyńcu.
Dotarłem tam po
czterdziestu minutach z kawałkiem. Na parkingu u stóp opactwa
spotkałem Magdę i Janusza, którzy przyjechali samochodem.
Krzyknąłem, że jeszcze jakieś pół godzinki i biegłem dalej.
Kilkadziesiąt metrów wśród skałek, przy samej rzece, obok
pionowej wapiennej ściany, na szczycie której wznoszą się mury
klasztorne, było najfajniejszym fragmentem tego ganiania. Ostatnie
pięć kilometrów okazało się najbardziej hardcorowe. Teraz to
dopiero grzązłem, ślizgałem się, brodziłem w kałużach. I
cieszyłem jak dziecko, któremu pozwolono bezkarnie bawić się w
błocie.
Juhu!!! Ależ to było
fantastyczne bieganie. Miało być spokojne wybieganie, a wyszedł
intensywny cross. Dwanaście kilometrów. Fellraisery nie wszędzie
dawały radę. Poczułem to w nogach, w płucach i w serduchu. Nie
ważne. Kluczowe było ogromne zadowolenie, które mnie rozpierało,
energia, która przepełniała. Dzika radość. I niedosyt, że tak
mało. Chciałem dalej biegać, zbiegać, podbiegać, przeskakiwać,
walczyć z podłożem. Chciałem czuć pod stopami nierówne kępy
mokrej trawy, śliską glinę, kamienie, wyboje. Czułem się jak
podczas sierpniowych treningów na Kaszubach. Super!!!
Dotarło do mnie, że takiej
właśnie pierwotnej uciechy bardzo brakowało mi we Frankfurcie.
Ech, żeby chociaż jej odrobina była tam moim udziałem.
Podziękowanie dla Magdy i
Janusza za ich cierpliwość dla moich biegowych kaprysów. Za
oczekiwanie aż skończę i za to że zabrali mnie z powrotem
samochodem. A byłem zabłocony i tęgo nieświeży.
Maćku, miło było Ci towarzyszyć i widzieć radość na Twojej twarzy po zakończeniu treningu. Zapraszamy ponownie! Nadwiślańska trasa czeka :)
OdpowiedzUsuńPozdrowienia, M&J