środa, 26 listopada 2014

W kierunku Tyńca

Sobotę poprzedzającą Święto Niepodległości spędzałem w Krakowie. Wyjechałem dość wcześnie żeby w napiętym programie dnia był czas i na bieganie. Myślałem o wyjściu na trasy inne niż te dobrze mi już znane w pobliżu domu. I od kilku dni marudziłem gospodarzom aby zaproponowali jakieś ciekawe miejsca gdzie moglibyśmy się razem wybrać. Ja na lekki trening, a oni na spacer. Najlepiej w terenie, bo miałem wielką ochotę znowu założyć Fellraiser'y. Sugestie były bardzo atrakcyjne. Bo i Puszcza Niepołomicka, i Dolinki Krakowskie. Wszędzie jednak dość daleko i czas potrzebny na dojazd i powrót byłby zbyt długi. Pogodziłem się więc z myślą, że ruszę wałem wiślanym w kierunku Tyńca. Będzie po asfalcie, ale w ładnej i spokojnej scenerii. I już przed samym wyjściem dopatrzyliśmy się, że pod wałem, wzdłuż Wisły wiedzie zapewne polna droga.

Pogoda panowała jesienna. Było wilgotno, szaro, trochę mglisto. Ale dość ciepło. Nie padało. I wiatr specjalnie nie dokuczał. Ścieżka zaczynała się na utwardzonym tłuczniem zejściu z wału. Wyglądało, że dalej przechodzi w nieco błotnistą, ale mało wymagającą drogę podobną do tych z Lasu Kabackiego. Wyglądało, bo szybko ginęła za lekkim łukiem.


Po kilkuset metrach okazało się jednak, że wygodnie nie będzie. Za pierwszym zakrętem zrozumiałem, iż intensywność biegania znacznie przewyższy zakładaną. I że radocha z tej aktywności będzie duża. Droga zniknęła w obfitej, mokrej trawie. Była dobrze widoczna, ale murawa zarosła nawet koleiny wyciśnięte przez jeżdżące tam ciągniki. I zasłoniła wszystkie nierówności, a było ich dużo. Bieg wymagał uwagi. Chwilami znacznie oddalałem się od wału. Poruszałem się blisko rzeki. Sam. W ciszy. Wśród przekwitłej i lekko gnijącej łąkowej roślinności.

Po dwóch kilometrach znalazłem odboczkę wiodącą prostopadle ku Wiśle. Wąską. Rozmokłą. Gliniastą. Z wyraźnie odciśniętymi, głębokimi śladami terenowych opon. Zapewne uczęszczaną przez amatorów motocrossu. Skręciłem. Zrobiło się ślisko. Delikatnie zapadałem się w błocie. W pobliżu brzegu trafiłem na wąski jar. Ściany wydawały się prawie pionowe. Dwa metry, może dwa i pół, ale pokonanie ich wymagało dużego wysiłku i czepiania się dłońmi wszystkiego co rosło obok. W dół nie było łatwiej. W obu kierunkach Salomony boksowały w rozmiękłym podłożu. Wycofałem się zadowolony z przygody.

Dalej biegłem łąkową drogą. Nadal była mocno nierówna. Wyboista. Po niecałych pięciu kilometrach wróciłem na nasyp. Chwilę biegłem jego szczytem wzdłuż krakowskiego toru kajakarstwa górskiego. Dalej pod E40 i podłoże się zmieniło. Trawa ustąpiła rozmiękłej glinie. Przybywało kałuż. Błoto mocno kleiło się do podeszew, wypełniało miejsca pomiędzy wypustkami bieżnika. Buty zrobiły się ciężkie. I jakby płaskie. Przyczepność zmalała. Ale frajda stale rosła.

Co jakiś czas ścieżka powracała na szczyt wału żeby po kilkuset metrach znowu biec u jego podnóża. W miejscach tych wejść i zejść była utwardzona, wyłożona płytami lub nawet wyasfaltowana. Wydaje mi się, że całym wierzchem grobli wiedzie wygodna, pokryta asfaltem aleja spacerowa dostępna dla pieszych i rowerzystów. Do samego benedyktyńskiego klasztoru w Tyńcu.

Dotarłem tam po czterdziestu minutach z kawałkiem. Na parkingu u stóp opactwa spotkałem Magdę i Janusza, którzy przyjechali samochodem. Krzyknąłem, że jeszcze jakieś pół godzinki i biegłem dalej. Kilkadziesiąt metrów wśród skałek, przy samej rzece, obok pionowej wapiennej ściany, na szczycie której wznoszą się mury klasztorne, było najfajniejszym fragmentem tego ganiania. Ostatnie pięć kilometrów okazało się najbardziej hardcorowe. Teraz to dopiero grzązłem, ślizgałem się, brodziłem w kałużach. I cieszyłem jak dziecko, któremu pozwolono bezkarnie bawić się w błocie.


Juhu!!! Ależ to było fantastyczne bieganie. Miało być spokojne wybieganie, a wyszedł intensywny cross. Dwanaście kilometrów. Fellraisery nie wszędzie dawały radę. Poczułem to w nogach, w płucach i w serduchu. Nie ważne. Kluczowe było ogromne zadowolenie, które mnie rozpierało, energia, która przepełniała. Dzika radość. I niedosyt, że tak mało. Chciałem dalej biegać, zbiegać, podbiegać, przeskakiwać, walczyć z podłożem. Chciałem czuć pod stopami nierówne kępy mokrej trawy, śliską glinę, kamienie, wyboje. Czułem się jak podczas sierpniowych treningów na Kaszubach. Super!!!

Dotarło do mnie, że takiej właśnie pierwotnej uciechy bardzo brakowało mi we Frankfurcie. Ech, żeby chociaż jej odrobina była tam moim udziałem.

Podziękowanie dla Magdy i Janusza za ich cierpliwość dla moich biegowych kaprysów. Za oczekiwanie aż skończę i za to że zabrali mnie z powrotem samochodem. A byłem zabłocony i tęgo nieświeży.

1 komentarz:

  1. Maćku, miło było Ci towarzyszyć i widzieć radość na Twojej twarzy po zakończeniu treningu. Zapraszamy ponownie! Nadwiślańska trasa czeka :)
    Pozdrowienia, M&J

    OdpowiedzUsuń