Marcin, wyciągnął wnioski z pierwszego i interwału i zadał
mi kolejne tysiączki. Po upływie siedmiu dni miało być ich osiem, a
czas odpoczynku został skrócony do dwóch minut. Najlepiej w truchcie. Nie ma to
jak nie zrealizować założeń treningowych! Trener natychmiast zareagował. I
wydłużył czas wysiłku. Dwadzieścia minut bardzo szybkiego biegania zamienił na
prawie trzydzieści pięć nader szybkiego. Bo zadał tempo na poziomie życiówki na
dychę. Określił je w przedziale 4’15”/km – 4’10”/km.
Trening okazał się mega intensywny! Dawno tak mocno nie
biegałem. Po prysznicu, już w domu, musiałem wciągnąć na grzbiet polarową
bluzę. Było mi zimno, a to oznaczało, że wydatek energetyczny był znaczny.
Treningowe "niepowodzenie" sprzed tygodnia i
świadomość, że czeka mnie intensywne bieganie też nie zachęcały żeby zacząć.
Ostatnie wahanie przeżyłem już po wyjściu z samochodu. Wybieganie czy interwał?
Wybieganie czy interwał? Interwał! Odkładanie wysiłku nic nie zmieni. Jutro
lepiej nie będzie. Głowa tak samo zaprotestuje.
Rozbieganie przyjąłem optymistycznie. Mięśnie nie bolały.
Starałem się żeby było spokojnie, to tylko rozgrzewka. Wymachy, skłony i inne
ćwiczenia z oporami materii, ale trochę się rozciągnąłem. Przyspieszenia kończące
pierwszą część zajęć ostrożnie i raczej swobodnie.
Myślałem tylko o jednym. Żeby zrealizować założenia.
Generalnie wymagało to wysiłku, ale do wytrzymania. Po drugim tysiączku byłem
raczej przekonany, że dam radę. W przerwach jedynie wolno spacerowałem wokół
miejsca gdzie zaczynał się kolejny (biegałem jak przed tygodniem, w
Magdalence). Truchtałem tylko po pierwszym, ale płuca i serce domagały się
maksymalnego zwolnienia. Dreptałem zatem w miejscu żeby maksymalnie się
uspokoić. Dla nóg było to takie sobie. Szybko sztywniały i na początkach
odcinków słabo kręciły. Mimo to zaczynałem mocno. Nieświadomie. Powtarzałem
sobie żeby nie szaleć, ale pierwsze kilkaset metrów robiłem w tempie bliskim 3'50"/km.
Potem biegłem w granicach 4'10"/km i koncentrowałem się żeby nie zwolnić.
Drugie powtórzenie z silną kolką. Podczas szóstego zmaganie z pokusą żeby odpuścić
dwa ostatnie. Chochlik podpowiadał, że przecież już zrealizowałem więcej niż
poprzednim razem. Pierwsze cztery bardzo równo 4'07" – 4'09"/km.
Druga czwórka nieco wolniejsza 4'12" – 4'19"/km. Szkoda, że zabrakło
koncentracji dosłownie w samej końcówce i na finiszowych metrach ostatniego
kilometra straciłem kilka sekund.
Wracałem do domu napompowany satysfakcją. Spiąłem się!
Miałem za sobą (i w nogach) naprawdę dobry trening. Trener też wydawał się
zadowolony. Uznał trening z poprzedniej soboty za wypadek przy pracy. Kolejne
szybkie bieganie w Niedzielę Wielkanocną. Na żurku, białej kiełbasie i
mazurkach! :)
Ostatnie przed startami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz