wtorek, 31 marca 2015

Drugi interwał

Marcin, wyciągnął wnioski z pierwszego i interwału i zadał mi kolejne tysiączki. Po upływie siedmiu dni miało być ich osiem, a czas odpoczynku został skrócony do dwóch minut. Najlepiej w truchcie. Nie ma to jak nie zrealizować założeń treningowych! Trener natychmiast zareagował. I wydłużył czas wysiłku. Dwadzieścia minut bardzo szybkiego biegania zamienił na prawie trzydzieści pięć nader szybkiego. Bo zadał tempo na poziomie życiówki na dychę. Określił je w przedziale 4’15”/km – 4’10”/km.

Trening okazał się mega intensywny! Dawno tak mocno nie biegałem. Po prysznicu, już w domu, musiałem wciągnąć na grzbiet polarową bluzę. Było mi zimno, a to oznaczało, że wydatek energetyczny był znaczny.

Od sobotniego ranka ładowałem się węglami. Byłem bez mocy. I nie bardzo kojarzyłem. Przesuwałem wyjście na popołudnie żeby się trochę odbudować. Zastanawiałem się też czy aby nie zamienić treningu z zaplanowanym na niedzielę. Ale to wymagało konsultacji z Marcinem. Długo czułem piątkową podróż do Sopotu i Kościerzyny. Wyjazd o ósmej, powrót o północy. Nawet w roli pasażera dała się we znaki. Potem sen taki sobie. No i cały dzień tylko na płynach, choć tym razem oprócz wody była i kawa z cukrem, raz z mlekiem kokosowym. Ze względu na wyjazd pozwoliłem sobie na dyspensę.

Treningowe "niepowodzenie" sprzed tygodnia i świadomość, że czeka mnie intensywne bieganie też nie zachęcały żeby zacząć. Ostatnie wahanie przeżyłem już po wyjściu z samochodu. Wybieganie czy interwał? Wybieganie czy interwał? Interwał! Odkładanie wysiłku nic nie zmieni. Jutro lepiej nie będzie. Głowa tak samo zaprotestuje.

Rozbieganie przyjąłem optymistycznie. Mięśnie nie bolały. Starałem się żeby było spokojnie, to tylko rozgrzewka. Wymachy, skłony i inne ćwiczenia z oporami materii, ale trochę się rozciągnąłem. Przyspieszenia kończące pierwszą część zajęć ostrożnie i raczej swobodnie.

Myślałem tylko o jednym. Żeby zrealizować założenia. Generalnie wymagało to wysiłku, ale do wytrzymania. Po drugim tysiączku byłem raczej przekonany, że dam radę. W przerwach jedynie wolno spacerowałem wokół miejsca gdzie zaczynał się kolejny (biegałem jak przed tygodniem, w Magdalence). Truchtałem tylko po pierwszym, ale płuca i serce domagały się maksymalnego zwolnienia. Dreptałem zatem w miejscu żeby maksymalnie się uspokoić. Dla nóg było to takie sobie. Szybko sztywniały i na początkach odcinków słabo kręciły. Mimo to zaczynałem mocno. Nieświadomie. Powtarzałem sobie żeby nie szaleć, ale pierwsze kilkaset metrów robiłem w tempie bliskim 3'50"/km. Potem biegłem w granicach 4'10"/km i koncentrowałem się żeby nie zwolnić. Drugie powtórzenie z silną kolką. Podczas szóstego zmaganie z pokusą żeby odpuścić dwa ostatnie. Chochlik podpowiadał, że przecież już zrealizowałem więcej niż poprzednim razem. Pierwsze cztery bardzo równo 4'07" – 4'09"/km. Druga czwórka nieco wolniejsza 4'12" – 4'19"/km. Szkoda, że zabrakło koncentracji dosłownie w samej końcówce i na finiszowych metrach ostatniego kilometra straciłem kilka sekund.

Wracałem do domu napompowany satysfakcją. Spiąłem się! Miałem za sobą (i w nogach) naprawdę dobry trening. Trener też wydawał się zadowolony. Uznał trening z poprzedniej soboty za wypadek przy pracy. Kolejne szybkie bieganie w Niedzielę Wielkanocną. Na żurku, białej kiełbasie i mazurkach! :) Ostatnie przed startami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz