wtorek, 10 marca 2015

Marzec

Wiosna już blisko. I ta kalendarzowa, i ta faktyczna, w przyrodzie. Ziemia rozmarza i pachnie, pod dachem wiaty zadomowiła się rodzina wróbli i chyba planuje powiększenie. Wokół dużo takich zapowiedzi. Choć pewnie zarówno marzec, jak i kwiecień pokażą jeszcze na co je stać.

Koniec zimy to koniec treningu opartego o ogólne przygotowanie wytrzymałościowe i siłę biegową. Czas żeby znowu przyspieszyć. Marcin zapowiadał na marzec treningi tempowe. O ile dobrze pamiętam, bo czytając nowy plan dziwiłem się. Nie myślałem na przykład, że nie będzie w nim miejsca na podbiegi. Wcześniej biegałem je na okrągło. To był pewnik. Jeden trening w tygodniu zajmowała siła biegowa. Spodziewałem się też akcentów typu pięć razy jeden kilometr w tempie trochę poniżej maratońskiego, czy biegów ciągłych z podobną prędkością. Myślałem iż wzrośnie dystans pokonywany w tygodniu. Nic z tych rzeczy. W planie przeważają zabawy biegowe o charakterze wydolnościowym i krótkie, bardziej szybkościowe oraz szybsze rozbiegania. Są też normalne, spokojne wybiegania. Jak na razie w ciągu siedmiu dni nie przebiegłem więcej niż pięćdziesiąt kilometrów.

Widać jak bardzo przyzwyczaiłem się do wcześniejszego schematu. I zapomniałem, że w tym okresie szykowałem się już do połówki będącej główną imprezą wiosny. To determinowało charakter przygotowań. W tym roku półmaraton też jest pierwszoplanowym startem przed wakacjami, ale jeszcze do niego daleko, ponad trzy miesiące. Nie myślę o nim zupełnie. Nie czuję go. Przede mną wcale długa seria wcześniejszych wyścigów na pięć i dziesięć kilometrów. Rozpocznie się za trzydzieści dwa dni. Te biegi wydają się już w pełni realne. Przeczuwam wysiłek konieczny do podjęcia. Bo to nie będą starty kontrolne.

Dlatego Marcin zasugerował tempa w jakich powinny być biegane poszczególne jednostki. Jak dotąd po raz pierwszy. I nie pozostawił miejsca na człapanie. Nakazał szybkie bieganie. Skrócił przerwy na odpoczynek. Nadrzędne jest jednak samopoczucie. Jeżeli nogi kręcą, jeżeli trud nie jest morderczy oraz pozwala dotrzymać zasad określonych dla każdego środka treningowego, wskazane jest maksymalnie chyże bieganie. Należy na bieżąco ocenić czy poziom zmęczenia pozwoli swobodnie zrealizować kolejny trening.

Jedyny trening na tempo zamyka obecny cykl. Pięć razy jeden kilometr 3’50”/km z czterominutowymi przerwami pomiędzy. Czyli znacznie szybciej niż moje rekordowe tempo na piątkę. Mocna rzecz! Jednostka w pewnym sensie sprawdzająca. Niepokoi i pociąga. Psychicznie nęka, choć i podnieca. Spodziewam się, że ją poczuję, ale i zrealizuję nie musząc „iść w trupa”. Myślę, że przyniesie dużo frajdy. Da mentalne oparcie do ścigania się o nowe życiówki.

Wydaje się, że do połówki pod koniec czerwca przystąpię niejako z marszu. Z zapasem prędkości z aktualnego treningu i z pulą kilometrów przebiegniętych podczas dziewięćdziesięciominutowych wybiegań. Jednorazowo jakieś szesnaście i pół kilometra. W pełni wystarczy. Bo nie bardzo widzę w kalendarzu miejsce na trening specyficznie półmaratoński. Przecież seria krótszych biegów kończy się na tydzień przed wyjazdem do Wrocławia. No chyba, że w przerwie, w drugiej i trzeciej dekadzie maja, plan trochę się zmieni. Choć nie bardzo się tego spodziewam. I zaczynam myśleć, że nie jest to konieczne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz