Pierwsza zmiana jest wyłącznie organizacyjna. Zrezygnowałem ze środkowej dychy. A w zasadzie to Marcin zasugerował żeby odpuścić Milanówek. Wskazał na duże obciążenie fizyczne. Podkreślił też wysiłek emocjonalny cotygodniowych zawodów na tym samym dystansie. Trochę szkoda, chciałem poznać nową imprezę. Na razie jednak Bieg STO-nogi musi poczekać. Choć specjalnie zdziwiony nie jestem. Kiedy powstawał plan startów, zastanawiałem się jak zniosę trzy kolejne weekendy z bardzo mocnym bieganiem. Ale naładowany entuzjazmem oraz chcąc przekonać się (udowodnić) jakie są rezultaty nowego treningu licytowałem wysoko. Obecnie myślę o dwóch dziesiątkach; w kwietniu, w odstępie czternastu dni. Marcin zapowiedział lekkie ładowanie pomiędzy.
Kolejne zmiany są fizyczne, rzekłbym cielesne. Z treningu na trening śmigam szybciej. I spokojne biegi, i szybsze wybiegania, i akcenty, i podbiegi. Pokazują to wartości rejestrowane przez Garmina, a ja czuję podobnie. Na razie staram się nie podniecać tymi wrażeniami. Bo i urządzenie jest niedoskonałe, np. jego bezwładność może wypaczać tempa bardzo krótkich odcinków (piętnaście sekund), i za mało czasu upłynęło od zmiany podejścia. Poza tym to tylko przygotowania, wszystko zweryfikują wyścigi. Już teraz jednak głowa zaczyna odczuwać tempa na piątkę czy dychę jako mniej bolesne.
Myślę, że ma miejsce proces, który Marcin zapowiadał, a który starał się zapoczątkować zaproponowanymi treningami. Przestawiam się na szybsze bieganie, mniej dotąd wykorzystywane włókna mięśniowe przypominają sobie do czego służą. Trener wydaje się zadowolony i zauważa pierwsze potwierdzenia tezy postawionej przed dwoma miesiącami o przeważającym szybkościowym charakterze mojego organizmu. :)
Zmienia się też moje nastawienie. Coraz bardziej lubię treningi jakościowe podczas których trzeba pobiec kilka czy kilkanaście dynamicznych odcinków. I długie podbiegi przestają niepokoić, nawet gdy powtórzeń jest solidna dawka. A kilkadziesiąt minut spokojnego biegu czy wybiegania w lesie, które do niedawna bardzo lubiłem wydają się mniej ekscytujące. Są nudne. Niewiele się podczas nich dzieje. Zmiany mentalne chyba najlepiej opisuje modyfikacja myślenia o ewentualnych wyjazdach na zawody krótsze niż półmaraton. Zaczynam dostrzegać sens np. dwóch dni poza domem z powodu startu na pięć kilometrów. Jeżeli impreza w odpowiednim terminie, dobrze zorganizowana, na płaskiej trasie ... Dla fajnej życiówki byłoby warto. Póki co, dużo jest takich biegów w pobliżu i nie muszę podróżować. I koszty prawie żadne, i z dziewczynami jestem trochę więcej. A perspektywa kwietniowego ścigania z dnia na dzień bardziej ekscytuje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz