sobota, 7 lutego 2015

Brąz!

Kilka lat temu nie mogłem zrozumieć Taty Tadeusza, na co dzień wielkiego miłośnika sportu, który przestał oglądać mecze naszych reprezentacji. Za bardzo się denerwował. Nie potrafiłem pojąć jak kibic może zrezygnować z przeżywania transmisji. No, w przypadku piłkarzy było to uzasadnione. Również ograniczałem się do śledzenia rezultatu. Ale nie zasiąść przed telewizorem gdy walczą siatkarze, szczypiorniści czy nawet koszykarze?

Emocjonowałem się straszliwie. Dziewczyny twierdziły, że w sposób przykry dla innych oglądających. Do tego stopnia koncentrowałem się na relacji, że wspólne oglądanie meczu stawało się niemożliwe. Zdobyte lub stracone punkty czy bramki wywoływały u mnie bardzo gwałtowne reakcje, rzucałem się w fotelu.  Byłem zły za rozmowy nie dotyczące wydarzenia, szczególnie gdy zagłuszały sprawozdawców. A już zagadywanie mnie, odwracanie mojej uwagi doprowadzało mnie do pasji. Wszystko w dobrej wierze, żebym się trochę rozładował. Rezultat był jednak odwrotny. Dostawałem szczękościsku. Dajcie mi, cholera, spokój. Trwa mecz. Ochłonę jak się skończy.

Bardziej do życia byłem na trybunach. A swego czasu często jeździliśmy z Martą na mecze siatkówki. Oglądać reprezentację mężczyzn w Lidze Światowej, kibicować Skrze w Final Four Ligii Mistrzów czy w meczach grupowych. Widzieliśmy jak panie zdobywały w Łodzi brązowy medal Mistrzostw Europy. Byliśmy w Wiedniu na wygranym meczu mężczyzn z Rosją, który dał nam trzecie miejsce na Starym Kontynencie. Na hali było jednak inaczej. Wszyscy instynktownie skupiali się na grze. Tumult uniemożliwiał rozmowy. Była fala, były okrzyki i śpiewy. Dłonie piekły od oklasków. Intensywna fizyczna aktywność pochłaniała znaczną część energii. I pojedynek na parkiecie oglądałem spokojniej.

Jednak zainteresowanie Marty opadło i przestaliśmy podróżować w roli kibiców. A nie wyobrażałem sobie wyjazdów w pojedynkę. Został telewizor. Ale oglądanie transmisji stało się trudniejsze. Przestałem wytrzymywać poziom własnych emocji. To już nie była podniecającą namiętność. Czułem niszczącą gorączkę. Nie miałem przyjemności. Przestałem obserwować relacje na żywo.

Co jest takiego w grach zespołowych, że reaguję tak silnie? Przecież trzymam kciuki i za Kowalczyk. Dopinguję również lekkoatletów. I nawet biegi z udziałem naszych reprezentantów nie wywołują u mnie takiego wewnętrznego wrzenia. Co się ze mną stało, że kibicowanie przestało dawać frajdę? Przecież to tylko sport. Świat się nie zawali jeżeli nasi przegrają. Czy jest we mnie tak potężny kompleks sukcesu? Tak bardzo go potrzebuję? To rezultat braku osiągnięć sprzed lat, kiedy sam grałem czy może nieuświadamiane rozczarowanie bieganiem? Gdzie kończy się postrzeganie sportu jako aktywności wymagającej ambitnej walki o jak najlepsze miejsce, a gdzie zaczyna się chore pragnienie bezwzględnego zwycięstwa?

Cztery miesiące temu zachwycałem się siatkarzami. Dzisiaj chylę czoła przed piłkarzami ręcznymi. Nie odmawiając niczego tym pierwszym wydaje mi się, że szczypiorniści trochę ich przeskoczyli. Oni naprawdę wydarli ten medal przeciwnikom. Zdobyli go tylko dzięki nieprawdopodobnej walce, mogłoby się wydawać, że chwilami beznadziejnej. Dzięki walce, w której nie ustawali gdy grali źle, gdy popełniali błędy. I nie chodzi mi tylko o ostatnie mecze, choć te pewnie te będą najdłużej pamiętane. Już zwycięstwa w grupie były  wyszarpane. Gdy myślę o tych meczach (tylko na podstawie relacji przeczytanych już po ich zakończeniu) wydaje mi się, że ktoś obok palcami drapie parkiet. Słyszę chrzęst paznokci po farbie. Czuję ból paluchów.

Niedzielne popołudnie w większości spędziłem poza domem, a po powrocie unikałem radia, telewizji czy netu. Włączyłem gdy myślałem, że jest po wszystkim. Żeby sprawdzić wynik, ucieszyć się lub zdenerwować i zaraz potem, podczas treningu zapomnieć o emocjach. Nie przewidziałem, że może mieć miejsce dogrywka. I trafiłem na samą końcówkę. Na to długie czekanie aż Hiszpanie wykonają rzut wolny. Dwie sekundy doprowadziły mnie do dygotu. Puls miałem chyba jak po sprincie, ręce mi się trzęsły. Jak wyglądało całe spotkanie przeczytałem dopiero wieczorem.

Chciałbym żeby wspomnienie determinacji szczypiornistów stało się dla mnie motywatorem gdy na trasie będzie naprawdę ciężko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz