Kilka lat temu nie mogłem zrozumieć Taty Tadeusza, na co
dzień wielkiego miłośnika sportu, który przestał oglądać mecze naszych reprezentacji.
Za bardzo się denerwował. Nie potrafiłem pojąć jak kibic może zrezygnować z
przeżywania transmisji. No, w przypadku piłkarzy było to uzasadnione. Również
ograniczałem się do śledzenia rezultatu. Ale nie zasiąść przed telewizorem gdy
walczą siatkarze, szczypiorniści czy nawet koszykarze?
Emocjonowałem się straszliwie. Dziewczyny twierdziły, że w
sposób przykry dla innych oglądających. Do tego stopnia koncentrowałem się na
relacji, że wspólne oglądanie meczu stawało się niemożliwe. Zdobyte lub
stracone punkty czy bramki wywoływały u mnie bardzo gwałtowne reakcje,
rzucałem się w fotelu. Byłem zły za
rozmowy nie dotyczące wydarzenia, szczególnie gdy zagłuszały sprawozdawców. A
już zagadywanie mnie, odwracanie mojej uwagi doprowadzało mnie do pasji.
Wszystko w dobrej wierze, żebym się trochę rozładował. Rezultat był jednak
odwrotny. Dostawałem szczękościsku. Dajcie mi, cholera, spokój. Trwa mecz.
Ochłonę jak się skończy.
Jednak zainteresowanie Marty opadło i przestaliśmy
podróżować w roli kibiców. A nie wyobrażałem sobie wyjazdów w pojedynkę. Został
telewizor. Ale oglądanie transmisji stało się trudniejsze. Przestałem
wytrzymywać poziom własnych emocji. To już nie była podniecającą namiętność.
Czułem niszczącą gorączkę. Nie miałem przyjemności. Przestałem obserwować
relacje na żywo.
Co jest takiego w grach zespołowych, że reaguję tak silnie? Przecież trzymam kciuki i za Kowalczyk. Dopinguję również lekkoatletów. I nawet biegi z udziałem naszych reprezentantów nie wywołują u mnie takiego wewnętrznego wrzenia. Co
się ze mną stało, że kibicowanie przestało dawać frajdę? Przecież to tylko
sport. Świat się nie zawali jeżeli nasi przegrają. Czy jest we mnie tak potężny
kompleks sukcesu? Tak bardzo go potrzebuję? To rezultat braku osiągnięć sprzed
lat, kiedy sam grałem czy może nieuświadamiane rozczarowanie bieganiem? Gdzie
kończy się postrzeganie sportu jako aktywności wymagającej ambitnej walki o jak
najlepsze miejsce, a gdzie zaczyna się chore pragnienie bezwzględnego
zwycięstwa?
Cztery miesiące temu zachwycałem się siatkarzami. Dzisiaj
chylę czoła przed piłkarzami ręcznymi. Nie odmawiając niczego tym pierwszym
wydaje mi się, że szczypiorniści trochę ich przeskoczyli. Oni naprawdę wydarli
ten medal przeciwnikom. Zdobyli go tylko dzięki nieprawdopodobnej walce,
mogłoby się wydawać, że chwilami beznadziejnej. Dzięki walce, w której nie
ustawali gdy grali źle, gdy popełniali błędy. I nie chodzi mi tylko o ostatnie
mecze, choć te pewnie te będą najdłużej pamiętane. Już zwycięstwa w grupie
były wyszarpane. Gdy myślę o tych
meczach (tylko na podstawie relacji przeczytanych już po ich zakończeniu)
wydaje mi się, że ktoś obok palcami drapie parkiet. Słyszę chrzęst paznokci po
farbie. Czuję ból paluchów.
Niedzielne popołudnie w większości spędziłem poza domem, a po
powrocie unikałem radia, telewizji czy netu. Włączyłem gdy myślałem, że jest po
wszystkim. Żeby sprawdzić wynik, ucieszyć się lub zdenerwować i zaraz potem,
podczas treningu zapomnieć o emocjach. Nie przewidziałem, że może mieć miejsce
dogrywka. I trafiłem na samą końcówkę. Na to długie czekanie aż Hiszpanie wykonają
rzut wolny. Dwie sekundy doprowadziły mnie do dygotu. Puls miałem chyba jak po
sprincie, ręce mi się trzęsły. Jak wyglądało całe spotkanie przeczytałem dopiero
wieczorem.
Chciałbym żeby wspomnienie determinacji
szczypiornistów stało się dla mnie motywatorem gdy na trasie będzie naprawdę
ciężko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz