Są takie osoby, o których pisanie przychodzi mi z trudem.
Nie wiem dlaczego. Nie łączą nas żadne zawiłe relacje, nie mamy za sobą
wspólnych skomplikowanych przeżyć. Ot, znamy się, kolegujemy. Biegamy, czasami
startujemy w tych samych zawodach. Dopingujemy się wzajemnie. I dobrze nam się
o tym rozmawia. Proste, nieskomplikowane. Skąd zatem trudność?
Bo o Tomku to wspomnieć powinienem już wcześniej. To bardzo
sympatyczny biegowy kolega. Kiedyś mieszkał w pobliżu. Osiągamy podobne wyniki.
I ma udział w tym, że trenuję z Marcinem. Zadzwonił kilka dni po moim powrocie
z Frankfurtu. Gadaliśmy o tym co mogło mi się przydarzyć, trochę o przyszłości.
Zadowolony ze współpracy oraz jej efektów polecił swojego trenera. Ja, wtedy
skołowany i rozczarowany, kipiący emocjami, nie chciałem niczego przesądzać.
Wszelkie decyzje odsuwałem na później. Ale kandydaturę zapamiętałem.
Chyba obaj nie byliśmy zadowoleni z tamtego występu. Ja niby
poprawiłem życiówkę, ale urwanie raptem czterech sekund z wcześniejszego
rezultatu było zawodem. Liczyłem na dużo więcej. Tomek przybiegł przede mną i
wydaje mi się, że też narzekał. Czekał na mnie na trasie. Czekał, czyli
spodziewał się, że wyprzedzę go na ostatnich kilometrach. Wiedział przecież w
jaki czas mierzyłem.
Kilka miesięcy później spotkaliśmy się w strefie startowej poznańskiego
maratonu. Przypadkowo. Nim stawka uczestników rozciągnęła się, najpierw ja
byłem lekko z przodu, potem on. Jakiś czas biegliśmy też blisko siebie. Mamy
wspólną fotkę na tle Stadionu Miejskiego. Trochę dalej wysunąłem się do przodu
i na mecie tym razem ja byłem pierwszy. Wydaje mi się, że w miarę regularne
kontakty zaczęły się właśnie po tamtym biegu. Już kilka godzin później
wymienialiśmy się wrażeniami. Najczęściej gadamy przez telefon, ale są i SMS’y,
czasami maile. Wydaje się, że nasze rodziny nie przeżywają biegania równie
mocno jak my. Dajemy więc upust naszym emocjom. Dwaj rozentuzjazmowani dorośli
chłopcy cieszący się tymi samymi zabawkami. :) Fajne są te biegowe opowieści! O
maratonie w Paryżu gdzie Tomka tak zafascynowało go expo, że nogi bolały go już
dzień przed startem. Albo o przygodach z odholowanym samochodem podczas ostatniego
maratonu berlińskiego.
W Berlinie uczestniczyliśmy wspólnie w jubileuszowym, 40. Maratonie.
I też, niedługo po pierwszym odsapnięciu, miała miejsce komórkowa rozmowa. Oczywiście
startowaliśmy razem i w szeregu krótszych biegów. Teraz to najczęściej wiemy,
że obaj jesteśmy na liście startowej i wyglądamy się. Czasami udaje się wydyszeć
parę zdań już za metą. Myślę, że zobaczymy się i podczas kilku zawodów, które zaplanowałem
na pierwszą połowę roku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz