czwartek, 29 stycznia 2015

Tomek

Są takie osoby, o których pisanie przychodzi mi z trudem. Nie wiem dlaczego. Nie łączą nas żadne zawiłe relacje, nie mamy za sobą wspólnych skomplikowanych przeżyć. Ot, znamy się, kolegujemy. Biegamy, czasami startujemy w tych samych zawodach. Dopingujemy się wzajemnie. I dobrze nam się o tym rozmawia. Proste, nieskomplikowane. Skąd zatem trudność?

Bo o Tomku to wspomnieć powinienem już wcześniej. To bardzo sympatyczny biegowy kolega. Kiedyś mieszkał w pobliżu. Osiągamy podobne wyniki. I ma udział w tym, że trenuję z Marcinem. Zadzwonił kilka dni po moim powrocie z Frankfurtu. Gadaliśmy o tym co mogło mi się przydarzyć, trochę o przyszłości. Zadowolony ze współpracy oraz jej efektów polecił swojego trenera. Ja, wtedy skołowany i rozczarowany, kipiący emocjami, nie chciałem niczego przesądzać. Wszelkie decyzje odsuwałem na później. Ale kandydaturę zapamiętałem.

A poznaliśmy się dwa i pół roku temu. W Hajnówce. To znaczy, tam po raz pierwszy przybiliśmy piątki. Bo już wcześniej dyskutowaliśmy na portalu www.maratonypolskie.pl o zbliżającym się półmaratonie z Białowieży do Hajnówki. Obaj zadowoleni gdyż udało nam się zdobyć pakiet startowy. Bo bieg należał do tych, w których limit miejsc wyczerpywał się dosłownie zaraz po otwarciu zapisów. Być może nadal tak jest. Nie wiem. Od tamtej pory tego nie śledziłem.

Chyba obaj nie byliśmy zadowoleni z tamtego występu. Ja niby poprawiłem życiówkę, ale urwanie raptem czterech sekund z wcześniejszego rezultatu było zawodem. Liczyłem na dużo więcej. Tomek przybiegł przede mną i wydaje mi się, że też narzekał. Czekał na mnie na trasie. Czekał, czyli spodziewał się, że wyprzedzę go na ostatnich kilometrach. Wiedział przecież w jaki czas mierzyłem.

Kilka miesięcy później spotkaliśmy się w strefie startowej poznańskiego maratonu. Przypadkowo. Nim stawka uczestników rozciągnęła się, najpierw ja byłem lekko z przodu, potem on. Jakiś czas biegliśmy też blisko siebie. Mamy wspólną fotkę na tle Stadionu Miejskiego. Trochę dalej wysunąłem się do przodu i na mecie tym razem ja byłem pierwszy. Wydaje mi się, że w miarę regularne kontakty zaczęły się właśnie po tamtym biegu. Już kilka godzin później wymienialiśmy się wrażeniami. Najczęściej gadamy przez telefon, ale są i SMS’y, czasami maile. Wydaje się, że nasze rodziny nie przeżywają biegania równie mocno jak my. Dajemy więc upust naszym emocjom. Dwaj rozentuzjazmowani dorośli chłopcy cieszący się tymi samymi zabawkami. :) Fajne są te biegowe opowieści! O maratonie w Paryżu gdzie Tomka tak zafascynowało go expo, że nogi bolały go już dzień przed startem. Albo o przygodach z odholowanym samochodem podczas ostatniego maratonu berlińskiego.

W Berlinie uczestniczyliśmy wspólnie w jubileuszowym, 40. Maratonie. I też, niedługo po pierwszym odsapnięciu, miała miejsce komórkowa rozmowa. Oczywiście startowaliśmy razem i w szeregu krótszych biegów. Teraz to najczęściej wiemy, że obaj jesteśmy na liście startowej i wyglądamy się. Czasami udaje się wydyszeć parę zdań już za metą. Myślę, że zobaczymy się i podczas kilku zawodów, które zaplanowałem na pierwszą połowę roku.

Ostatnio Tomek zaproponował kolektywny atak na życiówkę w Półmaratonie Wiązowskim, czyli na koniec lutego. Dziękuję stary, klawy pomysł. Zrobiło mi się bardzo miło, że właśnie do mnie się zwróciłeś. Musiałem jednak odmówić. Mam trochę inne plany.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz