Kiedy
zastanawiałem się jaki był rok 2013, drugi kolejny gdy wszystko
biegowo się udawało, czułem nieskromne przekonanie, że i następny
będzie tak samo dobry. I nawet przyszła do głowy myśl, iż nudne
jest takie ciągłe poprawianie wyników. Bo taki na przykład blog
to wymaga jakiejś dramaturgii. Spełniło się. 2014 był,
powiedziałbym, bardzo sportowy. Zaznałem sukcesów. Miały miejsce
i porażki. Tych było chyba więcej. Istotne, że towarzyszące
jednym i drugim różnorodne emocje cały czas rajcowały, że
wszystko co mnie spotykało podczas treningów i zawodów stale
dawało dużo satysfakcji.
Cieszę
się z nowej życiówki w półmaratonie, ze złamania 1:35. Frajdę
daje poprawienie rezultatu na pięć kilometrów. Marcin uznaje go za
mój najbardziej wartościowy wynik na wszystkich dystansach. Z
przyjemnością wspominam start na dwa kilometry w ramach 10K Parking
Relay. I czekam na tegoroczną edycję sztafety, która już za kilka
dni. Fajny był też bieg na jedną milę i czas poniżej sześciu
minut.
A że
poza tym nie wyszło, że męczyłem się na dychę, w praskiej
połówce i w maratonie? Dzisiaj spokojnie wzruszam ramionami.
Trudno, jeszcze kilka startów przede mną. Bez nerwów biegam według
nowego planu, coraz lepiej się do niego adaptuję, nie czuję
przytłoczenia. Jestem dość świeży i raczej wypoczęty. Z takim
nastawieniem dużo łatwiej o przekonanie, że jeszcze trochę
wycisnę z dotychczasowych rezultatów.
Piąty
rok z rzędu uniknąłem poważniejszej kontuzji. Choć tym razem
dolegliwości, które określam jako codzienne, powszechne,
niepokoiły mnie bardziej niż w poprzednich miesiącach. Częściej
zastanawiałem się czy aby nie biegam z urazem. Czy nie ryzykuję.
Jednak żadnej przerwy z tego powodu nie zrobiłem. Narzekałem na
bóle bioder i kolana, ćmiące nerwy kulszowe, łamanie w krzyżu.
Dobrą stroną tych trudności było, że mobilizowały do w miarę
regularnej gimnastyki. Bo jeżeli chodzi o ćwiczenia nie biegowe,
poprzedni rok należał do słabszych. Regularność rozciągania i
ogólnorozwojówki spadła, często brakowało woli żeby zrobić
kilka skłonów, przysiadów czy wymachów. Średnio poświęcałem
im tylko godzinę i czterdzieści minut w tygodniu.
W
ciągu ostatnich dwunastu miesięcy przebiegłem niecałe trzy
tysiące sto kilometrów. Kilometraż mniejszy niż przed rokiem czy
dwa lata temu. Nadal jednak dość znaczny. Przerobiłem cały plan
treningowy i zniosłem zadane obciążenia. Podołałem ich, choć
inna sprawa, że nie przełożyło się to na wynik w najważniejszym
wyścigu. Może wręcz zadecydowało o niepowodzeniu. Czasami
musiałem przesunąć trening z rana na popołudnie, czy na inny
dzień. Zdarzało się zmienić kolejność zajęć w ramach
mikrocyklu tygodniowego. Bo obowiązki rodzinne czy zawodowe były
ważniejsze, bo brakowało czasu, bo nie miałem „pod ręką”
odpowiedniej górki. Oczywiście nie zawsze się chciało. Ale nie
odpuściłem. Najtrudniej przychodziło wstawanie na wczesne
treningi. Żeby być w biurze w miarę punktualnie. I oceniam, że
tendencja nasila się z każdym tygodniem. W dni powszednie prawie
zawsze biegam popołudniami. Trochę szkoda, fajnie jest mieć wolne
po powrocie z pracy.
Przez
większą część roku utrzymywałem stosunkowo niską wagę i
niewysoki poziom tkanki tłuszczowej. Dopiero po maratonie nieco
poluzowałem i od razu przybyło mi kilogramów i procentów
tłuszczu. Ważąc w granicach dziewięćdziesięciu dwóch
kilogramów mentalnie czułem się doskonale. Nie mam jednak pewności
czy taka szczupłość była odpowiednia dla mnie podczas
maratońskiego wysiłku. Może masa była za mała żeby zgromadzić
zapasy konieczne do pokonania czterdziestu dwóch kilometrów?
Fitzgerald określa wagę optymalną, wagę startową "jako połączenie masy i składu ciała, które pozwalają zawodnikowi uzyskiwać najlepsze wyniki w jego dyscyplinie". Idąc tym tokiem
rozumowania powinienem starać się ważyć tyle co jadąc do
Berlina. Czyli dwa, trzy kilogramy więcej niż pod koniec
października.
Ha!
Właśnie określiłem sobie nowe wyzwanie na zaczynający się rok.
Utrzymać wagę, a zmniejszyć wskaźnik tkanki trzewnej. Czyli
przetopić trochę tłuszczu na mięśnie. :)
Po
stronie minusów muszę zapisać zaniechanie wspólnych z Danusią
psich marszobiegów. Zajęcia, które prowadzi na studiach podyplomowych i
zaocznych angażują ją i w niektóre weekendy, a w pozostałe nie
udało mi się jej zmobilizować. Porażka. I jeszcze jedno zadanie.
:)
Przed południem
zainaugurowałem biegowy rok 2015.
Do siego roku!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz