czwartek, 1 stycznia 2015

Minął rok

Kiedy zastanawiałem się jaki był rok 2013, drugi kolejny gdy wszystko biegowo się udawało, czułem nieskromne przekonanie, że i następny będzie tak samo dobry. I nawet przyszła do głowy myśl, iż nudne jest takie ciągłe poprawianie wyników. Bo taki na przykład blog to wymaga jakiejś dramaturgii. Spełniło się. 2014 był, powiedziałbym, bardzo sportowy. Zaznałem sukcesów. Miały miejsce i porażki. Tych było chyba więcej. Istotne, że towarzyszące jednym i drugim różnorodne emocje cały czas rajcowały, że wszystko co mnie spotykało podczas treningów i zawodów stale dawało dużo satysfakcji.

Cieszę się z nowej życiówki w półmaratonie, ze złamania 1:35. Frajdę daje poprawienie rezultatu na pięć kilometrów. Marcin uznaje go za mój najbardziej wartościowy wynik na wszystkich dystansach. Z przyjemnością wspominam start na dwa kilometry w ramach 10K Parking Relay. I czekam na tegoroczną edycję sztafety, która już za kilka dni. Fajny był też bieg na jedną milę i czas poniżej sześciu minut.
A że poza tym nie wyszło, że męczyłem się na dychę, w praskiej połówce i w maratonie? Dzisiaj spokojnie wzruszam ramionami. Trudno, jeszcze kilka startów przede mną. Bez nerwów biegam według nowego planu, coraz lepiej się do niego adaptuję, nie czuję przytłoczenia. Jestem dość świeży i raczej wypoczęty. Z takim nastawieniem dużo łatwiej o przekonanie, że jeszcze trochę wycisnę z dotychczasowych rezultatów.

Piąty rok z rzędu uniknąłem poważniejszej kontuzji. Choć tym razem dolegliwości, które określam jako codzienne, powszechne, niepokoiły mnie bardziej niż w poprzednich miesiącach. Częściej zastanawiałem się czy aby nie biegam z urazem. Czy nie ryzykuję. Jednak żadnej przerwy z tego powodu nie zrobiłem. Narzekałem na bóle bioder i kolana, ćmiące nerwy kulszowe, łamanie w krzyżu. Dobrą stroną tych trudności było, że mobilizowały do w miarę regularnej gimnastyki. Bo jeżeli chodzi o ćwiczenia nie biegowe, poprzedni rok należał do słabszych. Regularność rozciągania i ogólnorozwojówki spadła, często brakowało woli żeby zrobić kilka skłonów, przysiadów czy wymachów. Średnio poświęcałem im tylko godzinę i czterdzieści minut w tygodniu.

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy przebiegłem niecałe trzy tysiące sto kilometrów. Kilometraż mniejszy niż przed rokiem czy dwa lata temu. Nadal jednak dość znaczny. Przerobiłem cały plan treningowy i zniosłem zadane obciążenia. Podołałem ich, choć inna sprawa, że nie przełożyło się to na wynik w najważniejszym wyścigu. Może wręcz zadecydowało o niepowodzeniu. Czasami musiałem przesunąć trening z rana na popołudnie, czy na inny dzień. Zdarzało się zmienić kolejność zajęć w ramach mikrocyklu tygodniowego. Bo obowiązki rodzinne czy zawodowe były ważniejsze, bo brakowało czasu, bo nie miałem „pod ręką” odpowiedniej górki. Oczywiście nie zawsze się chciało. Ale nie odpuściłem. Najtrudniej przychodziło wstawanie na wczesne treningi. Żeby być w biurze w miarę punktualnie. I oceniam, że tendencja nasila się z każdym tygodniem. W dni powszednie prawie zawsze biegam popołudniami. Trochę szkoda, fajnie jest mieć wolne po powrocie z pracy.

Przez większą część roku utrzymywałem stosunkowo niską wagę i niewysoki poziom tkanki tłuszczowej. Dopiero po maratonie nieco poluzowałem i od razu przybyło mi kilogramów i procentów tłuszczu. Ważąc w granicach dziewięćdziesięciu dwóch kilogramów mentalnie czułem się doskonale. Nie mam jednak pewności czy taka szczupłość była odpowiednia dla mnie podczas maratońskiego wysiłku. Może masa była za mała żeby zgromadzić zapasy konieczne do pokonania czterdziestu dwóch kilometrów? Fitzgerald określa wagę optymalną, wagę startową "jako połączenie masy i składu ciała, które pozwalają zawodnikowi uzyskiwać najlepsze wyniki w jego dyscyplinie". Idąc tym tokiem rozumowania powinienem starać się ważyć tyle co jadąc do Berlina. Czyli dwa, trzy kilogramy więcej niż pod koniec października.

Ha! Właśnie określiłem sobie nowe wyzwanie na zaczynający się rok. Utrzymać wagę, a zmniejszyć wskaźnik tkanki trzewnej. Czyli przetopić trochę tłuszczu na mięśnie. :)

Po stronie minusów muszę zapisać zaniechanie wspólnych z Danusią psich marszobiegów. Zajęcia, które prowadzi na studiach podyplomowych i zaocznych angażują ją i w niektóre weekendy, a w pozostałe nie udało mi się jej zmobilizować. Porażka. I jeszcze jedno zadanie. :)

Przed południem zainaugurowałem biegowy rok 2015.

Do siego roku!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz