sobota, 17 maja 2014

Szybka dycha

Myślenie to się jednak przydaje. W bieganiu także. Zarówno na trasie, jak i podczas treningów czy regeneracji. Wymyśliłem sobie, że dziesięć kilometrów w ramach Ekidena pobiegnę poniżej czterdziestu trzech minut, a nawet, że powalczę o czterdzieści dwie i pół minuty. Że będzie to intensywny długi bieg w trzecim zakresie. Skoro bowiem w Poznaniu pokonałem półmaraton w średnim tempie 4'30"/km, to spokojnie powinienem zrobić sześć kilometrów w 4'20"/km, a potem jeszcze przyspieszyć.

Uzyskałem czas 45:07. To duża różnica w stosunku do tego co planowałem. I rozczarowanie też. Jednak patrząc za siebie, analizując jak czułem się na trasie, jak mi się biegło, wiem, że więcej zrobić nie mogłem. Brakowało mocy. W Poznaniu ruszyłem zakładanym tempem i z zadowoleniem stwierdziłem, że się da, a przed tygodniem od razu poczułem, że jest bardzo ciężkoZałożenia nie były realistyczne, nie przemyślałem ostatnich tygodni treningu.

W połowie kwietnia nie biegałem przez dwa tygodnie. Do treningu wróciłem w Wielkanoc. Pamiętam początkową myśl, że za dwadzieścia jeden dni mam zrobić mocną dziesiątkę. Jednak zapomniałem o niepokoju gdy wszystkie przebieżki i inne odcinki biegałem z dużą łatwością i bardzo szybko. Może błędem było robienie ich w większości na tartanie. Równa i elastyczna nawierzchnia nie jest taka jak asfalt. Choć z drugiej strony otwarta przestrzeń stadioniku w sąsiedztwie często wymagała walki z wiatrem. Wykonana praca wystarczyła na milę (nie do końca ją wykorzystałem), a na dziesięć kilometrów było za mało. Zabrakło treningów wytrzymałości tempowej i siły biegowej. Najbardziej czułem to w nogach. Nie kręciły. Chciałem się zmusić do przyspieszenia, ale kulasy nie reagowały. A na szczycie ostatniego podbiegu miałem wrażenie, że stanąłem. Tempo chwilowe zbliżyło się do 4'55"/km. Wydolnościowo zniosłem bieg dość dobrze.

Pamiętam oczywiście, że start w ramach sztafety maratońskiej nigdy nie był imprezą, do której specjalnie się przygotowuję. To miał być mocny sprawdzian. Szkoda, że długo przed wyruszeniem na trasę zaplanowałem sobie wynik tego testu. Najbardziej boli, że kilku osobom z zespołu powiedziałem co zamierzam i poważnie się z tym rozminąłem. Znowu zabrakło pokory. Nie ugryzłem się w język. Może wreszcie nauczę się, że o wynikach to można dyskutować za metą.

Z kilku rzeczy jestem zadowolony. Wyścig doskonale sprawdził się jako start kontrolny. Pokazał w jakiej jestem dyspozycji. Trochę powalczyłem. Wygrałem z głową, która sugerowała, że skoro nie osiągnę zakładanego rezultatu, to nie muszę się tak wysilać. Mobilizacji wystarczyło do końca.

Przede mną walka. Trzy tygodnie, dycha, tydzień i piątka. Spodziewam się intensywnego planu treningowego. Choć to chyba za mało żeby atakować życiówki, co zamierzałem wybierając te starty. Wydaje się, że łatwiej będzie na piątkę. Zobaczymy, niczego nie poddaję, nadal o tym myślę, ale staram się też realistycznie oceniać sytuację.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz