Wczoraj uświadomiłem sobie, że ten bieg potrwa tyle co porządny muzyczny hit. Powiedzmy, że tyle co Bohemian Rhapsody. Albo 'Round Midnight nagrane przez Milesa i jego zespół na płycie 'Round About Midnight. Z dokładnością do pojedynczych sekund. Że w tym czasie zmieszczą się dwa chopinowskie walce. Tylko dwa. Że to będzie bardzo krótki bieg.
Dzisiaj zdałem sobie sprawę, że dystans jednej mili to mniej niż pętla, na której często trenuję w Magdalence. Niby fajnie, bo wysoka intensywność nie potrwa długo. Ale niechcący umocniłem się w przekonaniu, iż dla mnie to będzie długi sprint. A taki sprint kojarzy mi się z pożarem w płucach, niedoborami tlenu, słabnącymi nogami i mrokiem przed oczami. Niby byłem na to przygotowany. Ale się bałem.
Wyścig był krótki. Skończył się szybciej niż się spodziewałem. Zupełnie go nie kontrolowałem. Przeszedłem obok tych zawodów. Osiągnąłem rezultat 5:59, czyli złamałem sześć minut. Zrealizowałem plan minimum. Przypadek, szczęście i fart. Stać mnie było na czas dziesięć czy nawet piętnaście sekund lepszy. Wiem, że mogłem pobiec szybciej.
Rozczarowanie poczułem zaraz za metą. Gdy wybiegłem z ostatniego zakrętu zobaczyłem zegar i nagle zdałem sobie sprawę, że jest czas, że miał być wynik, że zależało mi na gonitwie na maksa. Przez kilka minut byłem zupełnie nieświadomy. Uczestniczyłem. Nie walczyłem. Docierało do mnie, że specjalnie się nie zdyszałem, serce biło mocno, ale nie jakoś przesadnie, nogi doskonale wytrzymały, utrata przytomności mi nie groziła, w płucach nic nie paliło. Owszem, w gardle drapało. Ale tylko z powodu ostrego, chłodnego powietrza. Zrozumiałem, że specjalnie nie poczułem ani lekkiego podbiegu pod koniec każdej pętli, ani wiejącego tam w twarz wiatru. A na rozgrzewce obawiałem się tego odcinka. Od co najmniej połowy dystansu nie korzystałem z zegarka. To po co ustawiłem sobie jeden ekran tylko ze średnim tempem?!
Przestraszyłem się wydłużonego sprintu. Nie pomógł też brak doświadczenia na tak krótkim dystansie. Chciałem elegancko; równo z mocnym finiszem. Początkowo powstrzymywałem się. Bo zawsze jest czas żeby przyspieszyć. A potem zaprogramowałem się na taki spokojny bieg. I czas się skończył.
Widzę oczywiście i pewne plusy. Wystartowałem naprawdę mocno. Nigdy dotąd nie biegałem tak szybkich zawodów. Zrobiłem to dość łatwo. Ale niedosyt czuję. W sobotę muszę się odkuć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz