Kontakt mamy raczej rzadki. Ot, od jednych zawodów do drugich.
Czasami krotki SMS. Mimo to Krzysztof jest ważną osobą w moim bieganiu. I tak
pozostanie. To on sprawił, że zacząłem rozważać pokonanie maratonu. A potem był
swoistym punktem odniesienia. Obserwowałem jego starty, śledziłem wyniki.
Pracowaliśmy w tej samej korporacji i dość często rozmawialiśmy. Ja stawiałem
pierwsze kroki, a on był już doświadczonym biegaczem i maratończykiem. Nie znałem
nikogo z tak bogatym biegowym bagażem. Był dla mnie kimś. Kilka razy
startowaliśmy w tych samych biegach. Kończyłem je długo po nim. Po jakimś
czasie zacząłem się zbliżać. Wreszcie wygrałem. W Poznaniu, podczas maratonu. Nie
zauważyłem momentu kiedy go wyprzedziłem. Krzysztof to uchwycił. Przez długi
czas przechowywałem w pamięci telefonu SMS’a z gratulacjami i słowami
nawiązującymi do strusia pędziwiatra. Uznanie wyrażone przez kolegę było dużą
nagrodą i frajdą. Z czasem nasze drogi
biegowe i zawodowy rozeszły się, ale mam wielki szacunek dla jego determinacji
i osiągnięć.
A przy tym Krzysztof wcale nie biega wolno. To nie jest człapanie
byle dotrzeć do mety. Świeżutka życiówka w maratonie poniżej 3:35 plasuje go,
myślę, wśród pierwszych dwudziestu pięciu procent uczestników. Trzy czwarte spośród
wszystkich biegaczy osiąga finisz po nim. Gratulacje!
Krzysztof zachowuje ogromną pokorę i serdeczność dla innych
zawodników. Kilka miesięcy przed moim maratońskim debiutem zapytał mnie jaki
czas planuję w tym pierwszym biegu. Nieświadomy tego co to jest królewski dystans
odpowiedziałem, że poniżej czterech godzin. Usłyszałem: „życzę ci tego z całego
serca”. Wow! Niech to będzie dla mnie nauką. Myślę, że ja w takiej sytuacji
rozpocząłbym wykład co trzeba zrobić, żeby taki rezultat uzyskać. Krzysztof nie oceniał. Ciepło i motywująco skomentował
moją wypowiedź. A potem był obok trasy. Dopingował w pobliżu Mostu
Świętokrzyskiego. Miał zgrzewkę niedużych butelek z wodą. Rozdawał biegnącym.
Czekał na mnie na mecie mojej pierwszej połówki. Wysoko
ocenił wynik w granicach 1:51 i stwierdził, że skoro za pierwszym razem tak
pobiegłem, niedługo będę robił 1:30. Nie ma tak łatwo. Nawet z zachętą kolegi.
Na razie pokonałem granicę 1:35.
Biegnij Krzysztof, biegnij! Życzę zdrowia, powodzenia. I
trzymam kciuki za realizację kolejnych zamierzeń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz