środa, 30 kwietnia 2014

Krzysztof

Kontakt mamy raczej rzadki. Ot, od jednych zawodów do drugich. Czasami krotki SMS. Mimo to Krzysztof jest ważną osobą w moim bieganiu. I tak pozostanie. To on sprawił, że zacząłem rozważać pokonanie maratonu. A potem był swoistym punktem odniesienia. Obserwowałem jego starty, śledziłem wyniki. Pracowaliśmy w tej samej korporacji i dość często rozmawialiśmy. Ja stawiałem pierwsze kroki, a on był już doświadczonym biegaczem i maratończykiem. Nie znałem nikogo z tak bogatym biegowym bagażem. Był dla mnie kimś. Kilka razy startowaliśmy w tych samych biegach. Kończyłem je długo po nim. Po jakimś czasie zacząłem się zbliżać. Wreszcie wygrałem. W Poznaniu, podczas maratonu. Nie zauważyłem momentu kiedy go wyprzedziłem. Krzysztof to uchwycił. Przez długi czas przechowywałem w pamięci telefonu SMS’a z gratulacjami i słowami nawiązującymi do strusia pędziwiatra. Uznanie wyrażone przez kolegę było dużą nagrodą i frajdą.  Z czasem nasze drogi biegowe i zawodowy rozeszły się, ale mam wielki szacunek dla jego determinacji i osiągnięć.

Krzysztof startuje inaczej niż ja. Wyznacza sobie inne cele. O ile mnie pociąga poprawianie własnych wyników, on skupia się na podróżach i bieganiu w często egzotycznych miejscach. Wynajduje imprezy różniące się nieco od większości normalnych zawodów, takie jak na przykład Midnight Sun Marathon w norweskim Tromso czy Solar Eclipse Marathon w Australii. Ja "zbieram" własne osiągnięcia.On kolekcjonuje lokalizacje. I robi to według logicznego klucza. Zaczął od Korony Maratonów Polskich, a potem pokonał dystans maratoński na wszystkich kontynentach i zalicza się do nielicznej grupki Polaków, którzy mogą szczyć się przynależnością do 7 Continents Club. Jako pierwszy biegacz z Polski ukończył North Pole Marathon. Przebiegł także dłuższe dystanse. Co najmniej dwukrotnie przebył odległość pięćdziesięciu kilometrów. I potrafi uczestniczyć w kilku takich wymagających biegach w roku. Nie ma co, ma chłop zdrowie, ma power w nogach, ma moc w sercu i płucach. Jestem pod wrażeniem jego zdolności.

A przy tym Krzysztof wcale nie biega wolno. To nie jest człapanie byle dotrzeć do mety. Świeżutka życiówka w maratonie poniżej 3:35 plasuje go, myślę, wśród pierwszych dwudziestu pięciu procent uczestników. Trzy czwarte spośród wszystkich biegaczy osiąga finisz po nim. Gratulacje!

Krzysztof zachowuje ogromną pokorę i serdeczność dla innych zawodników. Kilka miesięcy przed moim maratońskim debiutem zapytał mnie jaki czas planuję w tym pierwszym biegu. Nieświadomy tego co to jest królewski dystans odpowiedziałem, że poniżej czterech godzin. Usłyszałem: „życzę ci tego z całego serca”. Wow! Niech to będzie dla mnie nauką. Myślę, że ja w takiej sytuacji rozpocząłbym wykład co trzeba zrobić, żeby taki rezultat uzyskać.  Krzysztof nie oceniał. Ciepło i motywująco skomentował moją wypowiedź. A potem był obok trasy. Dopingował w pobliżu Mostu Świętokrzyskiego. Miał zgrzewkę niedużych butelek z wodą. Rozdawał biegnącym.

Czekał na mnie na mecie mojej pierwszej połówki. Wysoko ocenił wynik w granicach 1:51 i stwierdził, że skoro za pierwszym razem tak pobiegłem, niedługo będę robił 1:30. Nie ma tak łatwo. Nawet z zachętą kolegi. Na razie pokonałem granicę 1:35.

Biegnij Krzysztof, biegnij! Życzę zdrowia, powodzenia. I trzymam kciuki za realizację kolejnych zamierzeń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz