poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Z Berlina do Poznania

Do Poznania przyjechałem w sobotę, kilka minut przed godz. 14-tą. Sprawnie odebrałem pakiet i nieco rozczarowany targami szybko znalazłem się w hotelu. Spodziewałem się, że więcej czasu spędzę w Arenie. Chyba zbyt mocno utkwiła mi w pamięci ilość, wielkość i jakość stoisk widzianych w Berlinie.

W recepcji zdałem sobie sprawę z drobnej niedogodności logistycznej, którą musiałem wziąć pod uwagę w dniu biegu. Trasa półmaratonu została wytyczona przez Most Rocha, czyli w bezpośrednim sąsiedztwie hotelu. Okoliczne ulice będą zamknięte dla ruchu. A planowałem nad Maltę pojechać samochodem. Wymyśliłem już sobie którędy i gdzie zaparkuję. Odpowiednio wcześnie nie powinno być problemu. Ale powrót może być trudny. Bo albo przyjdzie mi czekać na ostatniego zawodnika, albo jadąc na około utknę w zatłoczonych objazdach. W zasadzie w ostatniej chwili zdecydowałem się na długi spacer. Przypomniałem sobie, że w Berlinie też piechotą pokonałem dystans z hotelu do strefy startu.

Byłem zbyt spokojny. Brakowało spięcia, emocji. Za dużo znajdowałem w sobie obojętności. Zacząłem sam siebie uaktywniać. Przecież nie dlatego Danusia została sama w weekend żebym ja mógł przebiec się po Poznaniu. Przecież nie dla zaliczenia imprezy płacę za hotel, za przejazd A2 czy za makaronową kolację. Jeżeli nie podejmę walki to cały wyjazd będzie trochę bez sensu. A te kilka stówek można lepiej wydać. Niespodziewanie znalazłem jeszcze jeden motywator. W 2010 roku meta maratonu też usytuowana była nad Jeziorem Malta, w tym samym miejscu gdzie i teraz przyjdzie mi kończyć bieg. Tamten start był rozczarowaniem. Na ostatnich kilkuset metrach próbowałem przyspieszyć. Nogi jeszcze zakręciły, ale słabość w piersiach sprawiła, że nie podjąłem ryzyka i finiszowałem zawiedziony. To nawet nie był bieg, a ciężki, zmęczony trucht. Tym razem będzie inaczej, pomyślałem. Od teraz meta przy hangarach kojarzyć mi się będzie z sukcesem, z radością!

Tuż przed wyjściem z hotelu założyłem na lewy nadgarstek żółtą silikonową opaskę maratonu w Berlinie. Żeby w niej pobiec, żeby przypominała mi tamtą walkę i moją wygraną.

Z Poznania do Berlina jest coś dwieście siedemdziesiąt kilometrów. Nie daleko. Wydaje się, że w niedzielę mentalnie, pamięciowo, w czasie mierzonym pomiędzy dwoma istotnymi startami, było jeszcze bliżej.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz