Do Poznania przyjechałem w sobotę,
kilka minut przed godz. 14-tą. Sprawnie odebrałem pakiet i nieco
rozczarowany targami szybko znalazłem się w hotelu. Spodziewałem
się, że więcej czasu spędzę w Arenie. Chyba zbyt mocno utkwiła
mi w pamięci ilość, wielkość i jakość stoisk widzianych w
Berlinie.
W recepcji zdałem sobie
sprawę z drobnej niedogodności logistycznej, którą musiałem
wziąć pod uwagę w dniu biegu. Trasa półmaratonu została
wytyczona przez Most Rocha, czyli w bezpośrednim sąsiedztwie
hotelu. Okoliczne ulice będą zamknięte dla ruchu. A planowałem
nad Maltę pojechać samochodem. Wymyśliłem już sobie którędy i
gdzie zaparkuję. Odpowiednio wcześnie nie powinno być problemu.
Ale powrót może być trudny. Bo albo przyjdzie mi czekać na
ostatniego zawodnika, albo jadąc na około utknę w zatłoczonych
objazdach. W zasadzie w ostatniej chwili zdecydowałem się na długi
spacer. Przypomniałem sobie, że w Berlinie też piechotą pokonałem
dystans z hotelu do strefy startu.
Tuż przed wyjściem z
hotelu założyłem na lewy nadgarstek żółtą silikonową opaskę
maratonu w Berlinie. Żeby w niej pobiec, żeby przypominała mi
tamtą walkę i moją wygraną.
Z Poznania do Berlina jest
coś dwieście siedemdziesiąt kilometrów. Nie daleko. Wydaje się,
że w niedzielę mentalnie, pamięciowo, w czasie mierzonym pomiędzy
dwoma istotnymi startami, było jeszcze bliżej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz