No, to się sobie poprzyglądałem. Chwilami byłem mentalnie podzielony. Moja własna psychika próbowała ocenić czy ona sama nie usiłuje odpuścić wyścigu przed startem. Reagując na najdelikatniejsze sygnały słabości, starałem się wzmocnić ducha oraz wygrać z pokusami żeby zwinąć chorągiewkę. I nie zabić rozsądku, aby na trasie rozeznać granicę pomiędzy jeszcze słabością głowy, a już niebezpiecznym
wyczerpaniem.
Od niedzielnego
popołudnia wszystko podporządkowane było półmaratonowi. Sam włączył się
wewnętrzny automat. W głowie przewijała się lista dobrze znanych zadań. Poniedziałek
bez żadnej aktywności sportowej. Godzinny mocny masaż. Rozplanowanie treningów
biegowych do końca tygodnia. Co najmniej siedem godzin snu każdej nocy, a
najlepiej osiem. Odżywianie, ładowanie węglowodanami. Lektura notatek z
ostatnich solidnych startów oraz poprzedzających je treningów. Planowanie
biegu. Sprawdzenie prognoz pogody. Konsultacje
z Piotrem. Rozpiska co powinienem zabrać. Porządek soboty i ranka w niedzielę.
Rutynę własnych poczynań uświadomiłem sobie z opóźnieniem. We wtorek w południe
zdałem sobie sprawę, że działam od jednego do kolejnego okołostartowego wydarzenia, a
spotkania zawodowe, obowiązki domowe, sprawy rodzinne są tylko wypełniaczami.
Czy to już chorobliwe uzależnienie? Kilkoro znajomych, również
biegaczy, z pewnością powie, że tak, że to niezdrowe. Ja powodów do niepokoju
nie zauważyłem. Nawet więcej, ucieszył mnie ten automatyzm. Bo skoro trochę nieświadomie
rozpocząłem organizację wyjazdu, to mózg i cały organizm powinny mieć też zaprogramowany
intensywny wysiłek kończący cykl. Powinny być na niego przygotowane.
W poniedziałek na ponad godzinę oddałem się w ręce Pani Kasi. Wow! Zabolało, kilka razy w miejscach gdzie bólu nie spodziewałem się. Mała kobietka, a z mocą masowała faceta o moich gabarytach. Łydki, uda, pośladki, biodra, dolną część pleców, mięśnie grzbietu, barki i szyję. Tego potrzebowałem! Czułem jak każda maltretowana cześć ciała jest wdzięczna za takie traktowanie, jak niepotrzebne spięcie mięśni powoli puszcza. A spokojny wieczór przyniósł ukojenie i błogość. Dobrze mi było.
We wtorek obudziłem
się zniechęcony, bez energii. Najchętniej dalej bym spał. Starałem się nie
zauważać tych nastrojów. Żadna obniżka formy nie mogła mieć miejsca. Zmiana
przyszła po dwóch godzinach. Poczułem się doskonale. Potrzebuję zatem stu
dwudziestu minut żeby pozbyć się porannej ociężałości i pokonać senność.
Wieczorny trening, przypominający dłuższy rozruch, był lekki, łatwy i przyjemny.
Czułem luz i swobodę, noga kręciła. Dopisywała forma psychiczna.
Pobudka w środę była
bardziej dynamiczna niż dzień wcześniej. Może dlatego, że trening zaplanowałem
na rano i od chwili gdy zadzwonił budzik towarzyszyła mi świadomość, iż trzeba
się sprężać. Biegać miałem odcinki czterystumetrowe, czyli ostatni
intensywniejszy akcencik przed niedzielą. To też mobilizowało. W mięśniach
pozostało echo poprzedniego ganiania i zrobiłem to tempo naprawdę szybko. Piotr
ocenił nawet, że za bardzo. Ja byłem usatysfakcjonowany.
W czwartek wstałem raczej sprawnie, choć snu było nieco mniej. Poranny trening, a bardziej już rozruch, odebrałem jak przyjemny jogging. Bezwysiłkowy, rekreacyjny. Wprowadziłem jedną zmianę do mojego stałego planu tygodnia przedstartowego. Pojechałem na półgodzinny masaż. Ustaliłem wcześniej z Panią Kasią, że będzie delikatnie. Żadnego rozbijania zakwasów. Tylko wypoczynkowe rozmasowanie, tak żeby dodatkowo zregenerować mięśnie i utrzymać konieczne napięcie. Wyszedłem w przekonaniu, że to był dobry pomysł. Tym bardziej, że usłyszałem komplement. Masażystka powiedziała, że w jej przekonaniu nabieram wegańskiego wyglądu, czyli żylastego, z zarysowanymi mięśniami, bez tłuszczu. Fajnie. Szkoda, że nie na brzuchu.
W piątek przed południem dostałem wreszcie opisowe wyniki badań wydolnościowych. Podziałały jak dodatkowy motywator. Sam zrozumiałem tyle, że dyspozycja jest wysoka, a organizm reaguje prawidłowo na wysiłek. "Osiągniętą wydolność tlenową (...) można zaliczyć do wartości wysokich uzyskiwanych przez osoby amatorsko uprawiających sport w danej grupie wiekowej. Badanego cechuje miarowy wzrost częstotliwości skurczów serca oraz wskaźników układu oddechowego". "Obciążenia wysiłkowe na poziomie progu LT i AT kształtują się na poziomie wysokim".
A potem jeszcze był rozruch. Wczesnym popołudniem. Ostatnie bieganie przed startem. Noga ładnie pracowała i godzinka wysiłku minęła bezwysiłkowo. Zostały już tylko przygotowania logistyczne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz