sobota, 5 kwietnia 2014

Dni przedstartowe

No, to się sobie poprzyglądałem. Chwilami byłem mentalnie podzielony. Moja własna psychika próbowała ocenić czy ona sama nie usiłuje odpuścić wyścigu przed startem. Reagując na najdelikatniejsze sygnały słabości, starałem się wzmocnić ducha oraz wygrać z pokusami żeby zwinąć chorągiewkę. I nie zabić rozsądku, aby na trasie rozeznać granicę pomiędzy jeszcze słabością głowy, a już niebezpiecznym wyczerpaniem.

Od niedzielnego popołudnia wszystko podporządkowane było półmaratonowi. Sam włączył się wewnętrzny automat. W głowie przewijała się lista dobrze znanych zadań. Poniedziałek bez żadnej aktywności sportowej. Godzinny mocny masaż. Rozplanowanie treningów biegowych do końca tygodnia. Co najmniej siedem godzin snu każdej nocy, a najlepiej osiem. Odżywianie, ładowanie węglowodanami. Lektura notatek z ostatnich solidnych startów oraz poprzedzających je treningów. Planowanie biegu. Sprawdzenie prognoz pogody. Konsultacje z Piotrem. Rozpiska co powinienem zabrać. Porządek soboty i ranka w niedzielę. Rutynę własnych poczynań uświadomiłem sobie z opóźnieniem. We wtorek w południe zdałem sobie sprawę, że działam od jednego do kolejnego okołostartowego wydarzenia, a spotkania zawodowe, obowiązki domowe, sprawy rodzinne są tylko wypełniaczami. Czy to już chorobliwe uzależnienie? Kilkoro znajomych, również biegaczy, z pewnością powie, że tak, że to niezdrowe. Ja powodów do niepokoju nie zauważyłem. Nawet więcej, ucieszył mnie ten automatyzm. Bo skoro trochę nieświadomie rozpocząłem organizację wyjazdu, to mózg i cały organizm powinny mieć też zaprogramowany intensywny wysiłek kończący cykl. Powinny być na niego przygotowane.

W poniedziałek na ponad godzinę oddałem się w ręce Pani Kasi. Wow! Zabolało, kilka razy w miejscach gdzie bólu nie spodziewałem się. Mała kobietka, a z mocą masowała faceta o moich gabarytach. Łydki, uda, pośladki, biodra, dolną część pleców, mięśnie grzbietu, barki i szyję. Tego potrzebowałem! Czułem jak każda maltretowana cześć ciała jest wdzięczna za takie traktowanie, jak niepotrzebne spięcie mięśni powoli puszcza. A spokojny wieczór przyniósł ukojenie i błogość. Dobrze mi było.

We wtorek obudziłem się zniechęcony, bez energii. Najchętniej dalej bym spał. Starałem się nie zauważać tych nastrojów. Żadna obniżka formy nie mogła mieć miejsca. Zmiana przyszła po dwóch godzinach. Poczułem się doskonale. Potrzebuję zatem stu dwudziestu minut żeby pozbyć się porannej ociężałości i pokonać senność. Wieczorny trening, przypominający dłuższy rozruch, był lekki, łatwy i przyjemny. Czułem luz i swobodę, noga kręciła. Dopisywała forma psychiczna.

Pobudka w środę była bardziej dynamiczna niż dzień wcześniej. Może dlatego, że trening zaplanowałem na rano i od chwili gdy zadzwonił budzik towarzyszyła mi świadomość, iż trzeba się sprężać. Biegać miałem odcinki czterystumetrowe, czyli ostatni intensywniejszy akcencik przed niedzielą. To też mobilizowało. W mięśniach pozostało echo poprzedniego ganiania i zrobiłem to tempo naprawdę szybko. Piotr ocenił nawet, że za bardzo. Ja byłem usatysfakcjonowany.

Nadal nie wiedziałem jednak jak zaplanować start. Notatki sprzed roku wskazywały, że na treningach biegałem wtedy wolniej niż obecnie. To napawało optymizmem, bo po takich przygotowaniach złamałem w Dąbrowie 1:36. Ale żeby poprawić ten rezultat w niedzielę trzeba pokonać ponad dwadzieścia jeden kilometrów w średnim tempie poniżej 4’30”/km. Nogi się uginały, bolało w płucach, a serce waliło już od patrzenia na tak zapisaną wartość. Na podstawie opinii Piotra, w środowe popołudnie przyjąłem ostrożną taktykę. Przestałem dzielić skórę na niedźwiedziu. Odrzuciłem marzenia o wielominutowej korekcie życiówki. Jeżeli po piętnastu kilometrach nadal będzie moc, a warunki pozwolą powalczę o więcej. Chciałbym jednak uniknąć kolejnych zawodów, kiedy już przed startem znałem swój wynik. A potem było rozczarowanie. I wstyd. Również w Poznaniu.

W czwartek wstałem raczej sprawnie, choć snu było nieco mniej. Poranny trening, a bardziej już rozruch, odebrałem jak przyjemny jogging. Bezwysiłkowy, rekreacyjny. Wprowadziłem jedną zmianę do mojego stałego planu tygodnia przedstartowego. Pojechałem na półgodzinny masaż. Ustaliłem wcześniej z Panią Kasią, że będzie delikatnie. Żadnego rozbijania zakwasów. Tylko wypoczynkowe rozmasowanie, tak żeby dodatkowo zregenerować mięśnie i utrzymać konieczne napięcie. Wyszedłem w przekonaniu, że to był dobry pomysł. Tym bardziej, że usłyszałem komplement. Masażystka powiedziała, że w jej przekonaniu nabieram wegańskiego wyglądu, czyli żylastego, z zarysowanymi mięśniami, bez tłuszczu. Fajnie. Szkoda, że nie na brzuchu.

W piątek przed południem dostałem wreszcie opisowe wyniki badań wydolnościowych. Podziałały jak dodatkowy motywator. Sam zrozumiałem tyle, że dyspozycja jest wysoka, a organizm reaguje prawidłowo na wysiłek. "Osiągniętą wydolność tlenową (...) można zaliczyć do wartości wysokich uzyskiwanych przez osoby amatorsko uprawiających sport w danej grupie wiekowej. Badanego cechuje miarowy wzrost częstotliwości skurczów serca oraz wskaźników układu oddechowego". "Obciążenia wysiłkowe na poziomie progu LT i AT kształtują się na poziomie wysokim".

A potem jeszcze był rozruch. Wczesnym popołudniem. Ostatnie bieganie przed startem. Noga ładnie pracowała i godzinka wysiłku minęła bezwysiłkowo. Zostały już tylko przygotowania logistyczne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz