Pomiędzy chmurami zaczęło pokazywać się słońce. Jeszcze było rześko. Ubrany na krótko czułem chłodek pomimo wciągniętej folii, szczególnie na gołych przedramionach. Najważniejsze, że prawie nie było wiatru. Folia była żółta. Z berlińskiego maratonu. Pierwsza, która wpadła mi w ręce gdy pakując się sięgnąłem do zasobów takich płacht uzbieranych na dużych imprezach biegowych.
Do strefy startowej wszedłem dwie minuty przed rozpoczęciem biegu. Zostałem przydzielony do sekcji A. Po raz pierwszy startowałem zaraz za elitą. Cały czas powtarzałem sobie, że będzie bolało, że jestem na to przygotowany, że dam radę. I myślałem o mecie. O zadowoleniu, które tam poczuję. A potem już tylko upchnięcie folii żeby nikomu nie przeszkadzała, chwila skupienia i krótka modlitwa, znak krzyża, gromkie odliczanie ostatnich dziesięciu sekund pozostałych do rozpoczęcia. Wystrzał padł punktualnie o 10:00. Start!
Przez moment było ciasno, ale szybko znalazłem miejsce dla siebie. W pobliżu nie było przypadkowych biegaczy. Tempa poszczególnych zawodników różniły się nieznacznie i oceniam, że już po pół minucie można było biec swoje; w grupie, ale swoje. Zabrało mnie grono skupione wokół prowadzącego na 1:35. Strasznie gadali, a ja tego bardzo nie lubię. Zdecydowałem zostać trochę z tyłu i traktować ich jako zespół kontrolny. Pacemaker dość szybko ściągnął niżej złote baloniki, które miał przyczepione do koszulki na plecach i był trochę mniej widoczny. Ale długo ich widziałem jakieś pięćdziesiąt metrów z przodu. Teraz nie pamiętam kiedy straciłem ich z oczu. A może do końca byli w pobliżu, tylko ja skupiałem się już jedynie na sobie?
Biegło mi się łatwiej niż się spodziewałem.Zauważyłem to nagle, pewnie na drugim kilometrze. Poczułem ulgę. Bo myślałem, że od samego początku będzie trudno i wydolnościowo, i mięśniowo. Spodziewałem się mozołu, bólu, braku frajdy. A miałem dużą radochę. Nic nie bolało.
Plan był prosty. Powstał kilka dni przed wyjazdem. Zapisałem go i wydrukowałem, żeby w czasie biegu można było łatwo zerknąć na ściągawkę. I zostawiłem w hotelu, tuż obok laptopa. Zapamiętałem, że piętnaście kilometrów mam pokonać w równym tempie, 4'30"/km. Potem planowałem przyspieszyć. Chyba do 4'20"/km i tak cisnąć do mety. Zapamiętałem też dwa międzyczasy: dycha w 45:00 i piętnaście kilometrów w 1:07:30. Dokładnego czasu na mecie, który z tego wychodził nie pamiętałem. Coś 1:34. Jakoś nie przejmowałem się tymi lukami. Najważniejsza była pierwsza piętnastka.
Trasa wiodła lekko w dół. Nie była atrakcyjna. Osiedla mieszkaniowe i bloki. Miejscami grupy kibiców. Wydaje mi się, że tymi samymi ulicami biegłem maraton w 2012 roku. Tylko w przeciwnym kierunku. Nie przypominam sobie żebym zauważył wtedy, że to stały, choć delikatny, podbieg.
Przez jakieś osiem kilometrów czułem się doskonale. Było tak dobrze, że zacząłem przemyśliwać czy już nie przyspieszyć do 4'20"/km. Doświadczenie wzięło górę. Jak będzie moc, to pocisnę na ostatnich dwóch czy trzech tysiączkach. Zjadłem żel. Zbliżałem się do pierwszego wyraźnego podbiegu jaki zauważyłem na profilu trasy. Spodziewałem się jednego wiaduktu, a przed sobą miałem pofałdowaną estakadę. Troszkę w dół, sto pięćdziesiąt metrów podbiegu, znowu w dół i trzysta metrów pod górkę. Poczułem ten fragment. Na szczycie, na zakręcie w lewo w ulicę Rolną ustawił się gęsty szpaler widzów. To dodało energii. A także świadomość, że przekroczyliśmy półmetek.
Dwa kilometry dalej rozpoczęła się długa prosta. Mniej więcej trzy i pół tysiąca metrów Szosą Dębińską i ulicą Garbary. Czekałem na nią. Widziałem, że na jej końcu zacznie się ostatnia część biegu, końcowe cztery kilometry. Było płasko, było bezwietrznie. Powinno być łatwo. Idealne miejsce i moment żeby powoli przyspieszać. Nogi nie zakręciły. Na wyświetlaczu Garmina ze zdumieniem zobaczyłem 4'36"/km. Mobilizacja specjalnie nie pomogła. Przyspieszyłem coś o dwie, trzy sekundy na kilometrze. Na piętnastce drugi żel. Jakbym dostał zastrzyk energii. W Garbary wbiegłem pełen animuszu i przekonany, że powtórzę Berlin, czyli że ostatnie dwa tysiączki pokonam naprawdę szybko. Teraz biegłem poniżej 4'25"/km. Mówiłem do siebie w liczbie mnogiej, że powtarzamy Berlin. Wymieniłem kilka uwag z zawodnikami obok. Pozdrawiałem obserwujących nas z okien pacjentów Szpitala Przemienienia Pańskiego. Wiedziałem, że będzie dobrze.
Werwy starczyło na dwa tysiące metrów. Lekki podbieg ma Most Świętego Rocha dał się we znaki i tempo znowu spadło. Motywowałem się odliczając w myślach czas jaki został do mety. To przecież niecały kwadrans, dasz radę. Musisz. Teraz nie wolno odpuścić. Udało się nadrobić kilka sekund, a bardziej nie tracić kolejnych. Byliśmy nad Maltą. Szukałem punktów, obok których szedłem na start, obok których się rozgrzewałem. Głowa wiedziała, że stąd już blisko. Mimo wszystko wiodący pod górę dwudziesty kilometr wyprostował mnie. Tylko 4'40"/km. Dziś żałuję, że nie sięgnąłem po ostatni żel. Ale wtedy myślałem tylko o górce i zbiegu do mety.
Nogi miałem sztywne i zmęczone. Nie bardzo wykorzystałem, że było w dół. Bardziej uważałem żeby się nie wyłożyć. Nieco jednak przyspieszyłem. Dzieliłem ten ostatni kilometr na krótsze odcinki. Do niebieskiej bramy, do budynku, do zakrętu. Już prawie meta. Jeszcze mostek i ten cholerny krótki zbieg przed ostatnią prostą. Nie cierpię tego miejsca! Tylko pięćdziesiąt metrów, ale stromo w dół. Przez nieuwagę można dużo stracić na samym końcu. Wreszcie byłem na poziomie jeziora. Stówka. Ostatni zryw. Meta!
Jeszcze niedawno najważniejsze starty potrafiłem biegać w formie biegu z narastającą prędkością. Poznań był drugim istotnym występem, podczas którego trasę pokonałem mniej więcej równo. Tempa poszczególnych piątek wg międzyczasów organizatorów zawierają się w przedziale pomiędzy 4'28"/km - 4'32"/km. Druga dycha jednak była wolniejsza od pierwszej o dwadzieścia dwie sekundy (2"/km). Znacząca różnica. Najważniejsze, że na samej końcówce udało się zmusić kulasy do szybszej pracy.
W hotelu zerknąłem na zostawioną ściągawkę. Według tej małej karteczki czas na mecie mia wynieść 1:34:54. Trzy sekundy szybciej niż faktycznie uzyskałem. Idealna realizacja założeń! :)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz