Wydawało się, że kolejnym dobrym momentem dla oceny pierwszego okresu pozimowych przygotowań będzie start w Radomiu. I zupełnie naturalnym. Jednak i wtedy nie byłem w humorze żeby analizować wykonaną pracę. Osiągnięty rezultat rozczarował mnie, a bardziej świadomość, że nie do końca podjąłem walkę, że odpuściłem. Morale spadło. Brakowało przekonania, że jest moc we mnie.
Wydawało mi się, że po zimie to nie zacząłem trenować. Wszystko co zadawał Piotr odbierałem jako delikatne i niepełne. Skąd więc katar, ogólna słabość, bolesność nóg i inne przykre doznania? Przecież nie miałem czym się zmęczyć. A oceniałem, że gdybym w tym okresie musiał przerobić trzy takie tygodnie jak w wakacje, każdy po stówce, to pewnie bym się rozpadł. Z czym więc jechać do Poznania? Nie widziałem szans na dobry wynik. Dla samego startu w dużej imprezie nie trzeba wyjeżdżać. Tydzień wcześniej jest połówka w Warszawie. Wyszłoby taniej i Danusia nie zostawałaby sama.
Skąd się brały takie humory? Czy odpowiedzialna była pora roku i przesilenie wiosenne? A może stres wynikający z niepokoju tym co się dzieje w pobliżu nas? Są to sygnały, że ze zdrowiem nie halo? Osiągnąłem granicę własnych możliwości i o każdy progres będzie teraz bardzo trudno?
Oczywiście wspomniałem Piotrowi, że duch mnie opuścił. Odpowiedź szybko mnie wyprostowała. Najważniejsze było jedno zdanie. "Nie dobrze, że już skreśliłeś Poznań". I kilka kolejnych, że prawdziwie dobrze wykonany akcent treningowy, to taki po którym nogi naprawdę się uginają, a przed oczyma ma się mroczki. Czyli bez zbędnych słów. Nie zachowuj się jak panienka na wydaniu, a zaciśnij co trzeba i zaiwaniaj.
Poczułem się jak Mikołajek, który dostał fangę w nos. Spodziewałem się pocieszeń, delikatnych słów zachęty, a tu taki tekst. Przyszło otrzeźwienie. Przecież ja nic jeszcze nie poddałem. Dobra, muszę się nastawić, że będzie trudno. Nikt mi nie zagwarantuje, że osiągnę atrakcyjny rezultat. Ale w pierwszej kolejności to ja muszę być pewny, iż o niego powalczę. A złe samopoczucie po treningu to żadna nowość. Nie ma biegania w komforcie. Chyba, że bawimy się w rekreacyjny jogging.
I zaraz potem ponad dziewięćdziesiąt kilometrów przez tydzień. Pięć razy, w tym trzy naprawdę długo i naprawdę mocno. Tego mi było trzeba! Pobiegłem, niczego nie skróciłem, poczułem, i od razu morda i dusza mi się roześmiały. Ja muszę się się w treningu "upodlić", jak mawia Marcin. Muszę czuć i być przekonany, że wykonałem konkretną pracę, że mam w nogach, w płucach i w sercu długie kilometry i godziny przygotowań. Najważniejsze żeby przy takim podejściu czasu wystarczyło i na wypoczynek. A trochę odsapnąć powinienem. Żeby za tydzień, dzięki superkompensacji, wydolność była maksymalnie wysoka.
Na koniec był bieg z narastającą prędkością. Dziesięć kilometrów. Miało być dwanaście i szybciej, ale w piątek Piotr przygotował małą korektę. Na ostatnim kilometrze przyglądałem się sobie szczególnie uważnie. Biegłem w tempie w jakim, z pewnym przybliżeniem, w Poznaniu powinienem pokonać całą trasę. Komfortu nie było, ale dało się. Wcześniej odbierałem całość treningu jako wymagającą. Znowu głowa budowała bariery. Bo Garmin nie zarejestrował niczego niepokojącego. Przede mną masaże, wypoczynek, trochę delikatnego biegania, jeden akcent (tempo pięć razy czterysta metrów), odpowiednia dieta i ładowanie węglami. Oraz najważniejsze. Nabijanie własnej głowy przekonaniem, że czeka mnie trudny wyścig, a luksusu to doświadczę być może za metą. Jeżeli zrobię dobry wynik.
Na koniec był bieg z narastającą prędkością. Dziesięć kilometrów. Miało być dwanaście i szybciej, ale w piątek Piotr przygotował małą korektę. Na ostatnim kilometrze przyglądałem się sobie szczególnie uważnie. Biegłem w tempie w jakim, z pewnym przybliżeniem, w Poznaniu powinienem pokonać całą trasę. Komfortu nie było, ale dało się. Wcześniej odbierałem całość treningu jako wymagającą. Znowu głowa budowała bariery. Bo Garmin nie zarejestrował niczego niepokojącego. Przede mną masaże, wypoczynek, trochę delikatnego biegania, jeden akcent (tempo pięć razy czterysta metrów), odpowiednia dieta i ładowanie węglami. Oraz najważniejsze. Nabijanie własnej głowy przekonaniem, że czeka mnie trudny wyścig, a luksusu to doświadczę być może za metą. Jeżeli zrobię dobry wynik.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz