Bieg Kazików rozgrywany jest w ramach obchodów święta
Radomia. Wspólna nazwa obejmuje biegi dzieci i młodzieży, Bieg Dobroczynności na
dystansie bodajże dwóch tysięcy metrów oraz bieg główny na dziesięć kilometrów.
Organizowany na początku marca stanowi dobrą okazję do sprawdzianu przed
wiosennymi półmaratonami (Święty Kazimierz jest patronem Radomia, a jego
wspomnienie liturgiczne przypada na 4 marca). Wczoraj odbyła się siódma edycja
imprezy.
To miał być tylko start kontrolny. To miał być mocny bieg na
dychę. Jednak dusza chciałaby do raju i marzy się, aby każdy wyścig kończyć z
bardzo dobrym rezultatem. Albo co najmniej takim jak wcześniej zaplanowany. A
wymyśliłem sobie, żeby trasę pokonać nie wolniej niż 42:30. Dlaczego tak? Przed
rokiem przystępowałem do tych zawodów z życiówką 42:32 i na początku sezonu dałem
sobie prawie pół minuty zapasu. Uzyskałem 42:58, czyli zmieściłem się w
zakładanych czterdziestu trzech minutach. Obecnie mój najlepszy wynik na dychę
wynosi 41:49 i do głowy przyszła myśl, że ponad czterdziestosekundowy bufor
czasowy będzie odpowiedni. Przyzwyczaiłem się do tego pomysłu. A jednocześnie
miałem świadomość, że to tylko test, że przygotowuję się do dystansu dwa razy
dłuższego. Łagodziłem w ten sposób wewnętrzny niepokój powodowany przez
zbliżający się poważny wysiłek. Łagodziłem napięcie, ale i obniżałem morale.
Było już wczesnowiosennie. Słonecznie, sucho, dość ciepło i z
lekkim wiatrem. Można było startować w krótkich gatkach i dwóch cienkich
warstwach, w czapeczce z daszkiem, bez rękawiczek. Pogoda zachęciła kibiców do
licznego obserwowania wyścigu. Miejscami biegliśmy w gęstym szpalerze widzów
stojących po obu stronach trasy. Ta była lepiej wyznaczona niż przed rokiem.
Nie miałem wątpliwości którędy wiedzie, czy jezdnią czy chodnikiem. Nie można było ścinać zakrętów. Plus dla
organizatorów. Ale z medalami to zaliczyli wpadkę. Zabrakło. Nie dostali ich
już zawodnicy finiszujący w czasie tuż powyżej godziny. Szkoda mi szczególnie
tych, którzy przekraczali metę naprawdę na końcu. Tak dużo pokonali. Laur im
się należał. Nie za tydzień czy dwa, gdy otrzymają przesyłki pocztowe, a jako
zwieńczenie wysiłku.
Pobiegłem 43:05. Nie osiągnąłem planowanego wyniku, nie
zmieściłem się w czterdziestu trzech minutach, czyli wypadłem gorzej niż
dwanaście miesięcy temu. Na mecie odebrałem to jako porażkę. Bolało. Dopiero z
czasem i po bardziej wnikliwej analizie całego biegu dotarło do mnie, że może doskonałego
rezultatu nie uzyskałem, ale i nie występują powody do załamania. To był
start kontrolny. Miał coś pokazać i pokazał. Pozwolił też przez prawie trzy
kwadranse pracować na bardzo wysokich obrotach, już na granicy przemian beztlenowych.
I jakby nie było średnie tempo wyniosło 4’19”/km, czyli minimalnie szybciej niż
w Bełchatowie na koniec poprzedniego sezonu. Dystans wprawdzie krótszy jednak
prędkość ta sama. Nie ma zatem co marudzić, a popracować jeszcze trzy tygodnie,
trochę odpocząć i polecieć w Poznaniu jakiś fajny czas.
Wiedziałem, że żeby osiągnąć 42:30, każdą z pętli powinienem
pokonywać w czasie nie dłuższym niż 14:10. Nie bardzo jednak potrafiłem
rozpisać to na tempa kilometrów okrążenia. No i spodziewałem się ciut innego
profilu. Na płaskiej trasie starałbym się pobiec pierwszą siódemkę po 4’16”/km,
a potem przyspieszyć do 4’12”/km. Do połowy było bardzo blisko planu. Pierwsza
pętla 14:12 (wyliczone na podstawie międzyczasów zmierzonych przez
organizatorów i zamieszczonych w tabeli wyników). Średnie tempo pięciu
kilometrów 4’16”/km. Dalej było już gorzej. Drugie okrążenie 14:27, a trzecie 14:26.
Zawaliłem na szóstym, siódmym i dziewiątym kilometrze. Wydolnościowo zniosłem ten wysiłek przyzwoicie. Pracowałem
intensywnie, a wykres tętna nie pokazuje żadnych gwałtownych skoków. Od samego początku regularny i spokojny
wzrost. I nie dużą różnicę pomiędzy pulsem średnim, a maksymalnym jakie wczoraj
zarejestrował pulsometr. W nogach też nie było najgorzej. Najbardziej brakowało
przełożenia chcę przyspieszyć – nogi mocniej niosą. I nie w kopytach był
problem. W głowie. Za mało było tego „chcę przyspieszyć”. Bruku to ja wczoraj
nie gryzłem. Wyraźnie to widać na dziewiątym kilometrze. W zasadzie płaski i
już końcowy, kiedy mózg odblokowuje wszystkie hamulce. Co z tego, że z „agrafką”?
Nie powalczyłem. Spiąłem się trochę dopiero na ostatnim, pod górę. Miałem
jednak nadzieję, że nawet biegnąc bez tego maksymalnego zadziora, na mecie będę
w czasie poniżej czterdziestu trzech minut. Skąd zatem rozczarowanie, skoro
odpuściłem mentalnie? Ha! To nie gorycz wyniku, to niezadowolenie z samego
siebie. Że nie byłem wystarczająco heroiczny.
Piotr ocenił bieg jako dobry i
przydatny sprawdzian. I
przypomniał, że do Poznania jest jeszcze sporo czasu. A nadchodzące treningi
wytrzymałości tempowej specjalnie pod połówkę dadzą obieganie na wyższych
prędkościach. Ma być OK. Będzie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz