poniedziałek, 10 marca 2014

W Radomiu

Bieg Kazików rozgrywany jest w ramach obchodów święta Radomia. Wspólna nazwa obejmuje biegi dzieci i młodzieży, Bieg Dobroczynności na dystansie bodajże dwóch tysięcy metrów oraz bieg główny na dziesięć kilometrów. Organizowany na początku marca stanowi dobrą okazję do sprawdzianu przed wiosennymi półmaratonami (Święty Kazimierz jest patronem Radomia, a jego wspomnienie liturgiczne przypada na 4 marca). Wczoraj odbyła się siódma edycja imprezy.

To miał być tylko start kontrolny. To miał być mocny bieg na dychę. Jednak dusza chciałaby do raju i marzy się, aby każdy wyścig kończyć z bardzo dobrym rezultatem. Albo co najmniej takim jak wcześniej zaplanowany. A wymyśliłem sobie, żeby trasę pokonać nie wolniej niż 42:30. Dlaczego tak? Przed rokiem przystępowałem do tych zawodów z życiówką 42:32 i na początku sezonu dałem sobie prawie pół minuty zapasu. Uzyskałem 42:58, czyli zmieściłem się w zakładanych czterdziestu trzech minutach. Obecnie mój najlepszy wynik na dychę wynosi 41:49 i do głowy przyszła myśl, że ponad czterdziestosekundowy bufor czasowy będzie odpowiedni. Przyzwyczaiłem się do tego pomysłu. A jednocześnie miałem świadomość, że to tylko test, że przygotowuję się do dystansu dwa razy dłuższego. Łagodziłem w ten sposób wewnętrzny niepokój powodowany przez zbliżający się poważny wysiłek. Łagodziłem napięcie, ale i obniżałem morale.

Nie posiadająca atestu trasa w Radomiu to trzy pętle w centrum miasta. Miejscami kręte, miejscami z górki, każda z „agrafką”, czyli punktem, w którym trzeba zawrócić o 180o i kończące się długim, pięćsetmetrowym podbiegiem. W ubiegłym roku mocno mnie zmęczył. Tak, że przed ostatnią pętlą straciłem nadzieję na zrealizowanie założeń. Teraz, chyba ze względu na liczbę startujących, bo bieg ukończyło prawie tysiąc pięćdziesiąt osób, organizatorzy zmienili kierunek wyścigu. Wydawało się, że będzie łatwiej. Nie było. Marcin stwierdził potem, że w sumie długość podbiegów wzrosła, choć były mniej strome.

Było już wczesnowiosennie. Słonecznie, sucho, dość ciepło i z lekkim wiatrem. Można było startować w krótkich gatkach i dwóch cienkich warstwach, w czapeczce z daszkiem, bez rękawiczek. Pogoda zachęciła kibiców do licznego obserwowania wyścigu. Miejscami biegliśmy w gęstym szpalerze widzów stojących po obu stronach trasy. Ta była lepiej wyznaczona niż przed rokiem. Nie miałem wątpliwości którędy wiedzie, czy jezdnią czy chodnikiem. Nie można było ścinać zakrętów. Plus dla organizatorów. Ale z medalami to zaliczyli wpadkę. Zabrakło. Nie dostali ich już zawodnicy finiszujący w czasie tuż powyżej godziny. Szkoda mi szczególnie tych, którzy przekraczali metę naprawdę na końcu. Tak dużo pokonali. Laur im się należał. Nie za tydzień czy dwa, gdy otrzymają przesyłki pocztowe, a jako zwieńczenie wysiłku.

Pobiegłem 43:05. Nie osiągnąłem planowanego wyniku, nie zmieściłem się w czterdziestu trzech minutach, czyli wypadłem gorzej niż dwanaście miesięcy temu. Na mecie odebrałem to jako porażkę. Bolało. Dopiero z czasem i po bardziej wnikliwej analizie całego biegu dotarło do mnie, że może doskonałego rezultatu nie uzyskałem, ale i nie występują powody do załamania. To był start kontrolny. Miał coś pokazać i pokazał. Pozwolił też przez prawie trzy kwadranse pracować na bardzo wysokich obrotach, już na granicy przemian beztlenowych. I jakby nie było średnie tempo wyniosło 4’19”/km, czyli minimalnie szybciej niż w Bełchatowie na koniec poprzedniego sezonu. Dystans wprawdzie krótszy jednak prędkość ta sama. Nie ma zatem co marudzić, a popracować jeszcze trzy tygodnie, trochę odpocząć i polecieć w Poznaniu jakiś fajny czas.

Wiedziałem, że żeby osiągnąć 42:30, każdą z pętli powinienem pokonywać w czasie nie dłuższym niż 14:10. Nie bardzo jednak potrafiłem rozpisać to na tempa kilometrów okrążenia. No i spodziewałem się ciut innego profilu. Na płaskiej trasie starałbym się pobiec pierwszą siódemkę po 4’16”/km, a potem przyspieszyć do 4’12”/km. Do połowy było bardzo blisko planu. Pierwsza pętla 14:12 (wyliczone na podstawie międzyczasów zmierzonych przez organizatorów i zamieszczonych w tabeli wyników). Średnie tempo pięciu kilometrów 4’16”/km. Dalej było już gorzej. Drugie okrążenie 14:27, a trzecie 14:26. Zawaliłem na szóstym, siódmym i dziewiątym kilometrze. Wydolnościowo  zniosłem ten wysiłek przyzwoicie. Pracowałem intensywnie, a wykres tętna nie pokazuje żadnych gwałtownych skoków.  Od samego początku regularny i spokojny wzrost. I nie dużą różnicę pomiędzy pulsem średnim, a maksymalnym jakie wczoraj zarejestrował pulsometr. W nogach też nie było najgorzej. Najbardziej brakowało przełożenia chcę przyspieszyć – nogi mocniej niosą. I nie w kopytach był problem. W głowie. Za mało było tego „chcę przyspieszyć”. Bruku to ja wczoraj nie gryzłem. Wyraźnie to widać na dziewiątym kilometrze. W zasadzie płaski i już końcowy, kiedy mózg odblokowuje wszystkie hamulce. Co z tego, że z „agrafką”? Nie powalczyłem. Spiąłem się trochę dopiero na ostatnim, pod górę. Miałem jednak nadzieję, że nawet biegnąc bez tego maksymalnego zadziora, na mecie będę w czasie poniżej czterdziestu trzech minut. Skąd zatem rozczarowanie, skoro odpuściłem mentalnie? Ha! To nie gorycz wyniku, to niezadowolenie z samego siebie. Że nie byłem wystarczająco heroiczny.

Piotr ocenił bieg jako dobry i przydatny sprawdzian. I przypomniał, że do Poznania jest jeszcze sporo czasu. A nadchodzące treningi wytrzymałości tempowej specjalnie pod połówkę dadzą obieganie na wyższych prędkościach. Ma być OK. Będzie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz