czwartek, 27 marca 2014

Drugie badanie

Czy zdarzy się kiedyś tak, że będę w pełni zadowolony z badań wydolnościowych? O ile oczywiście będę je jeszcze robił. Czy będę pewny, że już absolutnie nic więcej nie mogłem pobiec? Chyba tylko gdy zakończę próbę omdleniem.A do doprowadzenia się do takiego wyczerpania bynajmniej mi nie śpieszno. I gnać do upadłego wcale nie jest łatwo, co w pewnym sensie dzisiaj odczułem.

Biegłem o półtorej minuty dłużej niż w ostatnich dniach listopada. Kończyłem z intensywnością 162, czyli o 7 niższą niż wtedy. Czy ta różnica na poziomie 4% to dużo czy mało? Wówczas byłem w środku roztrenowania, dzisiaj jeszcze w dość intensywnym treningu przed najważniejszym wiosennym startem. Podczas poprzednich badań byłem wypoczęty i niedotrenowany. Teraz z pewnością brakowało mi świeżości i pełnej regeneracji, ale mocy raczej nie. Który zatem sprawdzian wypadł lepiej? Czy w ogóle można je porównywać? Pytań mam wiele i w tej chwili na nie nie odpowiem. Muszę otrzymać pełny wynik testu. Muszę poprosić Piotra żeby porównał obecny z tym sprzed czterech miesięcy. Spodziewam się, że mi wszystko ładnie wyjaśni.

Powtórkę badań planowaliśmy zaraz po poprzednich. Niedługo po mnie inny zawodnik trenujący pod kierunkiem Piotra też poddał się próbie do odmowy na bieżni mechanicznej. Tyle, że w innym laboratorium. Po zapoznaniu się z wynikami, a w zasadzie z ich formą, trener zasugerował żebym i ja wykonał tam badania. Ważniejszym jednak argumentem była możliwość rozszerzenia próby o pomiar poziomu mleczanów we krwi. Czyli zbadanie o ile wzrasta zakwaszenie organizmu wraz ze wzrostem obciążenia w trakcie biegu. To chyba najbardziej precyzyjny sposób wyznaczania stref intensywności treningu. Umówiłem się więc w nowym miejscu.

Od rana sam się sobie przyglądałem. Wiedziałem co mnie czeka i byłem ciekaw co uda mi się osiągnąć, a także jak zniosę ten sprawdzian. Podczas wczorajszego wieczornego biegania spodziewałem się, że ciężko może być w nogach. Nie czułem się wypoczęty, a kulasy były sztywne i lekko obolałe. Spałem doskonale, ale wstałem odrętwiały. Ciśnienie krwi oraz puls niedługo po obudzeniu absolutnie w normie. Z każdą chwilą "odmarzałem", ruszałem się coraz lepiej. Około południa poczułem przypływ energii i rosnące podniecenie przed czekającym mnie wysiłkiem. Tę zwyżkę adrenaliny oceniam bardzo pozytywnie w kontekście ostatnich wahań nastroju i zwątpienia co do własnej dyspozycji. Wyjazdu do Poznania też już wyglądam. Zaczynam odczuwać ekscytację. I chyba powoli oswajam się z myślą, że czekają mnie naprawdę wymagające zawody.

Na początek chwila rozmowy, wywiad (pytania np. o wyniki w maratonie, półmaratonie i na dychę) i podpisanie oświadczenia, że nie ma przeciwwskazań do przeprowadzenia tak mocnej próby. Badanie koncentrowało się na biegu. Nie było zatem żadnego ważenia, pomiarów poziomu tkanki tłuszczowej. To inne badanie, jeżeli jestem zainteresowany można się umówić. Ok. Spodobał mi ten konkret, choć troszkę żałowałem, że nie sprawdzę czy od listopada zmniejszyła się ilość noszonego przeze mnie tłuszczu.

Jeszcze dopasowanie maski i na bieżnię. Kilka pytań z mojej strony na temat zakończenia, informacji, których mogę na bieżąco spodziewać się od fizjologa. Ruszamy. Pierwsza minuta marsz, jeszcze nie objęty badaniem. Dla sprawdzenia poprawności działania instrumentów oraz stwierdzenia czy moje parametry spoczynkowe są w porządku. Pierwsza szybkość to 8km/h. W listopadzie zaczynałem od 10km/h, ale wtedy dano mi czas na rozgrzewkę. Dzisiaj osobnej nie było, a tempo pierwszych kilku minut pozwoliło się rozruszać. Ten czas był nie tylko dla mnie. Sprawdzano czy mierzone wartości nie rosną zbyt gwałtownie. Wiedząc czego się spodziewać byłem raczej spokojny. I nie wystąpił wywołany emocjami wzrost tętna na pierwszych, wolnych kilometrach. Dalej podobnie jak poprzednim razem. Co dwie minuty zwiększenie szybkości o 1km/h. I pod koniec każdego obciążenia pobieranie krwi z palca. Bez problemów. Nawet nie za każdym razem trzeba było kłóć. Wystarczyło odpowiednio cisnąć. A gdy przed laty robiliśmy wspólnie z Piotrem test Żołądzia były trudności żeby utoczyć mi choć maleńką kropelkę.

Pobieranie krwi urozmaicało bieg. Dwie minuty wydawały się krótsze. Wydolnościowo cały czas czułem się bardzo dobrze i choć było coraz trudniej, miałem rezerwę. W pierwszej części jakieś dziwne wrażenia, jakby bardzo delikatne zawroty głowy. Ale żadne zapisywane parametry nie budziły niepokoju. Prowadzący badania nic nie mówili, a ja widziałem wszystko na dużym ekranie przed sobą. Jedną wielkość rozumiałem - puls. Przyrastał stopniowo, bez żadnych skoków. Gdy tempo stało się wymagające, złe nastroje minęły. Albo o nich zapomniałem. Nogi bolały. Najpierw na wysokości bioder. Tak jak podczas ostatnich treningów. Później również piszczele. I to coraz mocniej. Niepokojąco. Zbliżałem się do granicy grążącej urazem. Starałem się nie patrzeć zbyt często na zegar odmierzający czas próby, ale nawet sekundy zaczęły się dłużyć. Wiedziałem, że w piersiach mam jeszcze zapas, tętno nie wzrastało ponad 162, ale głowa coraz mocniej domagała się końca biegu. Impuls szedł z nóg. Trochę się bałem czy nie przeginam. Zależało mi żeby poprawić osiągnięcia listopadowe i gdy to zrobiłem, motywacja spadła. Poczułem jak łepetyna blokuje maksymalny wysiłek. Chyba pierwszy raz tak wyraźnie przekonałem się, że w pierwszej kolejności wygrać trzeba z sobą. Na pewno pierwszy raz na takim poziomie intensywności. Usłyszałem, że wydaje się iż dam radę z kolejnym obciążeniem. Głos z zewnątrz. Zaskakujący. Dotąd nikt nic nie mówił. Słyszałem tylko miarowe uderzenia stóp o bieżnię. Poprosiłem o zakończenie badania. Wydolnościowo maksa nie było.

Biegłem o półtorej minuty dłużej niż w ostatnich dniach listopada. Przez dziewięćdziesiąt sekund biegłem w tempie 3'20"/km. Wcześniej, nawet gdy próbowałem sprintować np. robiąc przebieżki nie udawało mi się tak rozpędzić. A gdy bieżnia zaczęła zwalniać zrozumiałem, że jeszcze trochę dałbym radę. Ta sama głowa, która moment wcześniej chciała żebym natychmiast stanął, teraz miała pretensje, że to zrobiłem. A potem zacząłem czuć jak mocny to był bieg. I dla nóg, i dla płuc.

Wierzę, że Piotr wykorzysta wyniki badania układając mój trening w drugiej części sezonu, pod maraton. A teraz, z perspektywy kilku godzin oceniam, że test był mi bardzo potrzebny mentalnie. Po lutowym przeziębieniu, po rozczarowaniu Radomiem, po wszystkich targających mną wątpliwościach, nie czułem specjalnego stresu, trochę się poprawiłem i ostrożnie oceniam, że dyspozycja jest może lepsza niż np. w Bełchatowie, mogłem jeszcze ciut wycisnąć. I jeszcze raz doświadczyłem, że najtrudniejsza jest walka psychiczna. W moim przypadku nigdy za wiele takich wrażeń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz