wtorek, 10 czerwca 2014

W Legionowie

Tysiączki i pięćsetki biegałem na ostatnich treningach po 4’10”/km. Postanowiłem zatem przymierzyć się do tempa 4’15”/km. Rezultat 42:15 ~ 42:30 przyjąłbym z zadowoleniem. A bardziej niż wynik cieszyłoby mnie „eleganckie” pokonanie dystansu. W formie biegu z narastającą prędkością lub co najmniej w równym tempie. Bo dawno takiego ładnego wyścigu nie miałem.
Planowałem zacząć 4’20”/km, potem piątkę 4’15”/km. Liczyłem, że dam radę jeszcze przyspieszyć, że ostatnie kilometry pokonam w granicach 4’10”/km. Wierzyłem, że bliskość mety pozwoli urwać kilka sekund na naprawdę końcowych metrach.

Było ciepło. Z każdą chwilą bardziej. Nie miałem jednak świadomości czy jest 20oC czy może o dziesięć więcej. Dopiero jadąc do domu zauważyłem na mijanej stacji paliw elektroniczny termometr pokazujący 31oC. Nie odczuwałem warunków jako aż tak upalnych, a start wyznaczony na 10:00 pozwalał mi myśleć, że temperatura nie zdążyła jeszcze osiągnąć maksimum. Że jest gorąco poczułem będąc już koło domu. Wysiadłem z samochodu i uderzyła mnie fala żaru.
Sądząc też po wyglądzie moich pleców i karku przypalonych w koszulkę na ramiączkach, słońce musiało mocno operować.

Trasa była płaska. Prześledziłem ją wcześniej w narzędziach Google i wiedziałem, że z podbiegami zmagać się nie będę. Została wytyczona na dwóch pętlach. Wiodła asfaltem, różnej jakości. Miała dość dużo zakrętów, większość pod kątem prostym. Była całkowicie odkryta. Cienia w zasadzie nie było. Strażacy rozstawili jedną kurtynę wodną, a bodajże na Kościuszki mieszkańcy polewali biegnących wodą z ogrodowych węży. Schłodzony takim krótkim prysznicem czułem, że muszę być nieźle nagrzany.

Ruszyłem szybciej niż zaplanowałem. Powstrzymywałem się nieco. Początkowe szarpanie tempa kosztowało mnie ze dwie sekundy na kilometrze. Przyspieszyłem po pierwszym tysiącu. Czułem się dobrze. Bieg w granicach 4’15”/km był wymagający, ale zupełnie do przyjęcia. Byłem przekonany, że pokonam w ten sposób co najmniej pięć kilometrów.

Coś się zaczęło psuć na czwartym kilometrze. Trasa wiodąca do tej pory głównie wśród domów jednorodzinnych, niedużych działek z ogródkami, zmieniła charakter na przemysłowy. Biegliśmy obok hałd węgla, w pobliżu chyba torów kolejowych, jakiejś budowy. Asfalt pokryty był wyschniętym błotem z kół ciężarówek. Było więcej dziur. I zrobiło się jakby bardziej sucho. Kilometry zaczęły się dłużyć. Gdy zobaczyłem na Garminie 4’30”/km, pomyślałem, że się rozkojarzyłem. Wydaje mi się, że przyspieszyłem i jeszcze na krótką chwilę wróciłem do zaplanowanego tempa. Niedługo potem zegarek pokazał 4’40”/km. Nie umiałem tego zmienić. Denerwowałem się, że tempo jest gorsze od półmaratońskiego. Nic z tego nie wynikało. Nie przyspieszałem. Próbowałem zabrać się z jednym lub drugim zawodnikiem biegnącym szybciej. Bezskutecznie. Brakowało mocy. Starałem się wyprzedzać. I wyprzedzałem czasami. Ale nie dlatego, że przyspieszałem, a dlatego że oni biegli wolniej. Świadomość słabego tempa zawstydzała. Taki start to obciach. Co sobie pomyślą świadomi koledzy biegacze? Na tym poziomie to ja dychę biegałem trzy lata temu, kiedy w maratonie dopiero łamałem cztery godziny. Rezultaty tegorocznej połówki  czy mili świadczyły, że powinienem utrzymać do mety przynajmniej to 4’15”/km. Kłębiące się w głowie myśli motywowały. W żaden jednak sposób nie przekładały się na szybszą pracę nóg. Oceniam, że problem nie leżał w psychice. Tylko co się ze mną działo? Czy wszystko można zrzucić na wysoką temperaturę?

Liczyłem jeszcze, że może GPS nie odmierza prawidłowo. Że może biegnę szybciej niż to widzę na zegarku. Wiedziałem jednak, że to raczej złudna nadzieja. W tych warunkach pogodowych nic nie zakłócało transmisji z satelitami, kilometry rejestrowane przez Garmina były bardzo bliskie wyznaczonym przez organizatorów, a przede wszystkim czułem, że to nie jest to tempo. Będąc na ostatniej prostej szukałem przede wszystkim zegara. Czerwone cyfry na czarnym wyświetlaczu obdzierały z ostatnich złudzeń. Porażka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz