Tysiączki i pięćsetki biegałem na ostatnich treningach po
4’10”/km. Postanowiłem zatem przymierzyć się do tempa 4’15”/km. Rezultat 42:15
~ 42:30 przyjąłbym z zadowoleniem. A bardziej niż wynik cieszyłoby mnie
„eleganckie” pokonanie dystansu. W formie biegu z narastającą prędkością lub co
najmniej w równym tempie. Bo dawno takiego ładnego wyścigu nie miałem.
Planowałem zacząć 4’20”/km, potem piątkę 4’15”/km. Liczyłem,
że dam radę jeszcze przyspieszyć, że ostatnie kilometry pokonam w granicach
4’10”/km. Wierzyłem, że bliskość mety pozwoli urwać kilka sekund na naprawdę
końcowych metrach.
Było ciepło. Z każdą chwilą bardziej. Nie miałem jednak
świadomości czy jest 20oC czy może o dziesięć więcej. Dopiero jadąc
do domu zauważyłem na mijanej stacji paliw elektroniczny termometr pokazujący
31oC. Nie odczuwałem warunków jako aż tak upalnych, a start
wyznaczony na 10:00 pozwalał mi myśleć, że temperatura nie zdążyła jeszcze
osiągnąć maksimum. Że jest gorąco poczułem będąc już koło domu. Wysiadłem z
samochodu i uderzyła mnie fala żaru.
Sądząc też po wyglądzie moich pleców i karku przypalonych w
koszulkę na ramiączkach, słońce musiało mocno operować.
Ruszyłem szybciej niż zaplanowałem. Powstrzymywałem się
nieco. Początkowe szarpanie tempa kosztowało mnie ze dwie sekundy na
kilometrze. Przyspieszyłem po pierwszym tysiącu. Czułem się dobrze. Bieg w
granicach 4’15”/km był wymagający, ale zupełnie do przyjęcia. Byłem przekonany,
że pokonam w ten sposób co najmniej pięć kilometrów.
Coś się zaczęło psuć na czwartym kilometrze. Trasa wiodąca
do tej pory głównie wśród domów jednorodzinnych, niedużych działek z ogródkami,
zmieniła charakter na przemysłowy. Biegliśmy obok hałd węgla, w pobliżu chyba
torów kolejowych, jakiejś budowy. Asfalt pokryty był wyschniętym błotem z kół
ciężarówek. Było więcej dziur. I zrobiło się jakby bardziej sucho. Kilometry
zaczęły się dłużyć. Gdy zobaczyłem na Garminie 4’30”/km, pomyślałem, że się
rozkojarzyłem. Wydaje mi się, że przyspieszyłem i jeszcze na krótką chwilę
wróciłem do zaplanowanego tempa. Niedługo potem zegarek pokazał 4’40”/km. Nie
umiałem tego zmienić. Denerwowałem się, że tempo jest gorsze od
półmaratońskiego. Nic z tego nie wynikało. Nie przyspieszałem. Próbowałem zabrać
się z jednym lub drugim zawodnikiem biegnącym szybciej. Bezskutecznie.
Brakowało mocy. Starałem się wyprzedzać. I wyprzedzałem czasami. Ale nie
dlatego, że przyspieszałem, a dlatego że oni biegli wolniej. Świadomość słabego
tempa zawstydzała. Taki start to obciach. Co sobie pomyślą świadomi koledzy
biegacze? Na tym poziomie to ja dychę biegałem trzy lata temu, kiedy w
maratonie dopiero łamałem cztery godziny. Rezultaty tegorocznej połówki czy mili świadczyły, że powinienem utrzymać do
mety przynajmniej to 4’15”/km. Kłębiące się w głowie myśli motywowały. W żaden
jednak sposób nie przekładały się na szybszą pracę nóg. Oceniam, że problem nie
leżał w psychice. Tylko co się ze mną działo? Czy wszystko można zrzucić na
wysoką temperaturę?
Liczyłem jeszcze, że może GPS nie odmierza prawidłowo. Że
może biegnę szybciej niż to widzę na zegarku. Wiedziałem jednak, że to raczej
złudna nadzieja. W tych warunkach pogodowych nic nie zakłócało transmisji z
satelitami, kilometry rejestrowane przez Garmina były bardzo bliskie
wyznaczonym przez organizatorów, a przede wszystkim czułem, że to nie jest to tempo.
Będąc na ostatniej prostej szukałem przede wszystkim zegara. Czerwone cyfry na
czarnym wyświetlaczu obdzierały z ostatnich złudzeń. Porażka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz