niedziela, 15 czerwca 2014

Bieg Ursynowa

Trener koszykówki Andrzej „Bill” Nowak twierdził, że tremę to mogą odczuwać zawodnicy doświadczeni, na których spoczywa odpowiedzialność za wynik zespołu. A młodzi powinni grać na luzie, bez obciążeń, bo mają jeszcze czas i nikt nie oczekuje od nich mistrzowskich zagrań. Przypomniała mi się ta opinia wczoraj, bo dawno nie czułem przed startem takiego stresu. Nie jestem już debiutantem, który niezależnie od tego jak pobiegnie i tak ustanowi rekord życiowy. Oceniam, że osiągnąłem kilka przyzwoitych rezultatów, mam ambicję jeszcze je poprawić. A jeżeli tak, to trzeba kończyć piątki, dychy i inne dystanse w czasach nie różniących się znacznie od wcześniejszych osiągnięć. A ja ostatnio nie mogłem się do nich zbliżyć. A to brakowało koncentracji, a to mocy, a to było upalnie. Miałem ostatnią szansę tej wiosny, aby pobiec satysfakcjonujący rezultat i poprawić własną opinię o samym sobie. Były więc oczekiwania. Sam je zbudowałem. I zaczęła się nerwówka. Choć czekało mnie tylko pięć kilometrów, raptem dwadzieścia minut trudu. Początkowo napięcie umiejscowiło się w brzuchu, jakby w środku ciała. A podczas rozgrzewki w głowie. Stamtąd na całego mnie rozlewała się niechęć do intensywnego wysiłku.

Pogoda była prawie idealna. Pochmurno z przejaśnieniami, ok. 15 °C. Utrudniał trochę wiatr. Nie jakiś huraganowy, ale wyraźnie odczuwalny. Przez pierwsze kilometry wiał w twarz.
Postanowiłem zacząć 4'10”/km, potem dwa kolejne 4'05”km i zostanie długa prosta do mety. A tam ile fabryka dała. Wychodziło, że na finiszu powinienem mieć 20:20, czyli minimalnie poprawić życiówkę z maja ubiegłego roku.

Zacząłem szybciej. Fala niesie, jak później skomentował Paweł. Czułem się dobrze i dłuższą chwilę przeżywałem wahania czy nie zaryzykować. W jednym z ostatnich maili Piotr napisał, że nie ma co kalkulować, trzeba iść na maksa. Pierwszy kilometr 3'59”/km. Już nie czułem się jak trzy minuty wcześniej. Tempo chwilowe spadło nawet do 4'14”/km. Przypomniałem sobie radę „jak jest ciężko to przyspiesz”. I za wszelką cenę starałem się biec blisko założeń. Byle mieć za sobą trójkę. Potem będzie już z górki.

Nie pamiętam około pięciuset metrów trasy. A przecież doskonale ją znam. Mieszkałem bardzo blisko. Często tamtędy przejeżdżam. Wiem jak wygląda. Mimo to nie wiem jak pokonałem ten odcinek. Nie widzę go. A inne tak. Zachowałem też obraz zakrętu w prawo. Było miejsce żeby pokonać go przy samej krawędzi. Ale nie wiem gdzie to było.

Dwa tysiące metrów wiodące do mety to stałe powtarzanie sobie żeby co najmniej trzymać tempo. I wymienianie wszystkich motywatorów. Że biegnę dla Danusi. I dla Marty. Że ofiarowałem ten wysiłek. Przestałem spoglądać na zegarek. Dzieliłem dystans, który mi pozostał na odcinki i po kolei je przebiegałem. Na ostatnim próbowałem przyspieszyć. Wydolnościowo od początku było na równym poziomie trudności, dalekim od komfortu. Ale nogi niosły. Pod koniec poczułem, że mięśniowo zaczyna brakować. Samochód prowadzący elitę stał jakieś dwieście metrów przed bramą finiszową. Na wyświetlaczu było 19:52. Czyli netto kilka sekund mniej. Ulga. Jeszcze kawałek i można zatrzymać stoper. Pokazał 20:19 (organizatorzy zmierzyli 20:18). Jak dotąd szybciej piątki nie pokonałem. I ostatni kilometr najszybszy, 3'58”/km! Dodatkową satysfakcję poczułem widząc międzyczasy. Do półmetka 10:13, druga cześć 10:05. Ładnie rozegrałem ten bieg. :)

Nie wiem czy się przepaliłem, jak mówi Piotr. Jak mocny to był wysiłek poczułem w domu. Wcześniej, w samochodzie byłem głodny, zużyłem wszystkie zapasy. Po obiedzie dłuższy czas brakowało mi sił. Ogarnęła mnie senność. Gardło drapało, kaszlałem. A mięśnie obu nóg zakwasiłem gigantycznie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz