Trener koszykówki Andrzej „Bill”
Nowak twierdził, że tremę to mogą odczuwać zawodnicy
doświadczeni, na których spoczywa odpowiedzialność za wynik
zespołu. A młodzi powinni grać na luzie, bez obciążeń, bo mają
jeszcze czas i nikt nie oczekuje od nich mistrzowskich zagrań.
Przypomniała mi się ta opinia wczoraj, bo dawno nie
czułem przed startem takiego stresu. Nie jestem już debiutantem,
który niezależnie od tego jak pobiegnie i tak ustanowi rekord
życiowy. Oceniam, że osiągnąłem kilka przyzwoitych rezultatów,
mam ambicję jeszcze je poprawić. A jeżeli tak, to trzeba kończyć
piątki, dychy i inne dystanse w czasach nie różniących się
znacznie od wcześniejszych osiągnięć. A ja ostatnio nie mogłem
się do nich zbliżyć. A to brakowało koncentracji, a to mocy, a to
było upalnie. Miałem ostatnią szansę tej wiosny, aby pobiec
satysfakcjonujący rezultat i poprawić własną opinię o samym
sobie. Były więc oczekiwania. Sam je zbudowałem. I zaczęła się
nerwówka. Choć czekało mnie tylko pięć kilometrów, raptem
dwadzieścia minut trudu. Początkowo napięcie umiejscowiło się w
brzuchu, jakby w środku ciała. A podczas rozgrzewki w głowie.
Stamtąd na całego mnie rozlewała się niechęć do intensywnego
wysiłku.
Postanowiłem zacząć 4'10”/km,
potem dwa kolejne 4'05”km i zostanie długa prosta do mety. A tam
ile fabryka dała. Wychodziło, że na finiszu powinienem mieć
20:20, czyli minimalnie poprawić życiówkę z maja ubiegłego roku.
Zacząłem szybciej. Fala niesie, jak
później skomentował Paweł. Czułem się dobrze i dłuższą
chwilę przeżywałem wahania czy nie zaryzykować. W jednym z
ostatnich maili Piotr napisał, że nie ma co kalkulować, trzeba iść
na maksa. Pierwszy kilometr 3'59”/km. Już nie czułem się jak
trzy minuty wcześniej. Tempo chwilowe spadło nawet do 4'14”/km.
Przypomniałem sobie radę „jak jest ciężko to przyspiesz”. I
za wszelką cenę starałem się biec blisko założeń. Byle mieć
za sobą trójkę. Potem będzie już z górki.
Nie pamiętam około pięciuset metrów
trasy. A przecież doskonale ją znam. Mieszkałem bardzo blisko.
Często tamtędy przejeżdżam. Wiem jak wygląda. Mimo to nie wiem
jak pokonałem ten odcinek. Nie widzę go. A inne tak. Zachowałem
też obraz zakrętu w prawo. Było miejsce żeby pokonać go przy
samej krawędzi. Ale nie wiem gdzie to było.
Dwa tysiące metrów wiodące do mety
to stałe powtarzanie sobie żeby co najmniej trzymać tempo. I
wymienianie wszystkich motywatorów. Że biegnę dla Danusi. I dla
Marty. Że ofiarowałem ten wysiłek. Przestałem spoglądać na
zegarek. Dzieliłem dystans, który mi pozostał na odcinki i po
kolei je przebiegałem. Na ostatnim próbowałem przyspieszyć.
Wydolnościowo od początku było na równym poziomie trudności, dalekim od komfortu. Ale nogi niosły. Pod koniec poczułem, że
mięśniowo zaczyna brakować. Samochód prowadzący elitę stał
jakieś dwieście metrów przed bramą finiszową. Na wyświetlaczu
było 19:52. Czyli netto kilka sekund mniej. Ulga. Jeszcze kawałek i
można zatrzymać stoper. Pokazał 20:19 (organizatorzy zmierzyli 20:18). Jak dotąd szybciej piątki
nie pokonałem. I ostatni kilometr najszybszy, 3'58”/km! Dodatkową satysfakcję poczułem widząc międzyczasy. Do półmetka 10:13, druga cześć 10:05. Ładnie rozegrałem ten bieg. :)
Nie wiem czy się przepaliłem, jak
mówi Piotr. Jak mocny to był wysiłek poczułem w domu. Wcześniej, w samochodzie byłem głodny, zużyłem wszystkie zapasy. Po obiedzie
dłuższy czas brakowało mi sił. Ogarnęła mnie senność. Gardło drapało, kaszlałem. A
mięśnie obu nóg zakwasiłem gigantycznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz