Pstryk! Mgnienie. Skończył się czerwiec. Minęła połowa roku.
Od tygodnia realizuję już trening ukierunkowany na jesienny maraton. Zostało
jeszcze siedemnaście tygodni.
A czy pierwsze sześć miesięcy mogę uznać za udane? Z
pewnością tak. Choć nie czułem ta doskonałej formy fizycznej i psychicznej jak
jesienią. Poczucie tamtej dyspozycji pozostało w pamięci. I chciałoby się żeby
dalej wszystkim treningom i startom towarzyszyły łatwości, swoboda i poczucie
dużych możliwości z tamtego okresu.
Minusów kilka zauważam. Są różnej natury i różnej wagi.
Cieniem kładą się na ambicję odbiegające od oczekiwań starty w Radomiu, Legionowie
czy podczas sztafety maratońskiej. Opuściłem się w gimnastyce. A zawsze
powtarzam, że ćwiczenia tego typu trzeba regularnie wykonywać nawet nie uprawiając
innych sportów. Dla utrzymania dobrej formy codziennej. Przestawił się mój wewnętrzny
zegar. Coraz trudniej mi wstać na poranny trening, obudzić się. Zdarzało się,
że ignorowałem budzik i spałem dalej. Teraz najczęściej wyruszam o 18:30 lub
później. A niedawno musiałem się mocno mobilizować żeby biegać czy ćwiczyć u
schyłku dnia. Niby niewielka różnica. Plan przecież zrealizowany. Ale trudniej
o wolne popołudnie i mniej czasu na treningi ogólnorozwojowe.
Zimę przepracowałem porządnie. I bez żadnych zaskakujących
przerw. Jestem zadowolony z tego czasu. Przez dwanaście tygodni, od grudnia do
lutego, pokonałem prawie siedemset pięćdziesiąt kilometrów. Wszystkie w reżimie
cztery razy w tygodniu. Zabawa biegowa,
wybieganie krótsze, kros i dłuższe wybieganie. Intensywność i długość zabaw
oraz krosów za każdym razem wzrastała, wydłużał się też dystans wybiegań. Dużą
frajdą był pierwszy w życiu start na dwa kilometry i wynik poniżej ośmiu minut.
W połowie lutego zwiększyłem obciążenia do pięciu treningów biegowych w
tygodniu i wróciłem do pracy według dwutygodniowych planów regularnie opracowywanych
przez Piotra. Wszystko to było dobrym przygotowaniem do startu w Poznaniu i
pozwoliło uzyskać rekord życiowy w półmaratonie. Satysfakcja naprawdę duża.
A potem zacząłem mieszać. Bo pierwotnie mieliśmy ustalone,
że od drugiej dekady kwietnia robimy trening szybkościowy, aby w czerwcu
zaatakować życiówki na piątkę i na dyszkę. W międzyczasie miały być dwa starty
na dziesięć kilometrów. Takie bardziej kontrolne. A ja zrobiłem sobie przerwę.
I wycofałem się z biegu w Milanówku. Sportowo nie była to dobra decyzja. Natomiast
życiowo ze wszech miar korzystna. Króciutkie odcięcie. Chwila bez biegania nie
wymuszona kontuzją, czasem na regenerację czy roztrenowaniem. I nowe
doświadczenie, że refleksja nad sobą może prowadzić do wniosków wcześniej
zupełnie nie oczekiwanych. Poznanie jakie są skutki czternastu dni bezruchu też
uważam za korzystne. Choć gdy podczas Ekidenu brakowało mocy żeby dyszkę
pokonać w granicach czterdziestu trzech minut, pozytywów nie widziałem żadnych.
Miesiąc później start w Legionowie wypadł jeszcze gorzej i nastrój chwilami
miałem naprawdę minorowy.
Ostatnie wiosenne zawody dużo zmieniły. Mam poczucie, że
rozegrałem je bardzo przyzwoicie. Piotr ocenił, że się „przepaliłem”, czyli
uznał za bardzo korzystne dwadzieścia minut biegu z żarem w sercu i płucach, z
poczuciem, że nogi słabną. A nawet minimalna poprawa rekordu życiowego cieszy. Ponownie
poczułem, że bak jest pełen, a paliwo wysokiej jakości.
Gdybym miał jednym
zdaniem określić pierwsze sześć miesięcy bieżącego roku, powiedziałbym, że
wiosenny trening nie był wymagający, nie kosztował mnie wiele, że za mało było
kilometrów. To pierwsze co przychodzi mi do głowy. Ot, odczucie nie poparte dokładniejszymi
analizami czy przeglądem dzienniczka. Ale między innymi dlatego w
przygotowaniach do Frankfurtu nastąpią zmiany. Znowu będzie dużo pracy tlenowej
i drugiego zakresu. Ale myślę, że ilość szybkiego biegania będzie co najmniej
taka jak na wiosnę. Czyli trening z dołu, a nie z góry na konkretne tempo.
Zacytuję Piotra: „my jesteśmy jak silniki Diesla, ;) długo i spokojnie (…),chociaż
jak trzeba to też można wkręcić się na wysokie obroty ;)”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz