poniedziałek, 28 lipca 2014

Pięć tygodni

Za mną pięć tygodni maratońskich przygotowań. Dziwne, że to już więcej niż czwarta część całego okresu przedstartowego. Jest pełnia lata, jeszcze tydzień do końca lipca i październikowy środek jesieni wydaje się odległy. To nawet dobrze, bo pracy do przerobienia nadal jest dużo. Choć idzie mi doskonale i oceniam, że nigdy dotąd nie biegałem tak szybko na trzynaście tygodni przed najważniejszy startem w roku, do pokonania maratonu dużo brakuje. Zrobiłem raptem niecałe trzysta pięćdziesiąt kilometrów, a najdłuższy trening miał około siedemnastu. Robota stale przede mną. Oceniam, że może nawet tysiąc kilometrów. W coraz dłuższych porcjach. I pewnie coraz szybciej. A także regularne sesje rozciągania i gimnastyki siłowej. Staram się żeby były co najmniej dwie w tygodniu.

Od pierwszych dni tego czasu, który wspólnie z Piotrem określiliśmy jako bezpośrednie przygotowania, biega mi się świetnie. Jest swoboda, jest łatwość, jest przekonanie o dużych możliwościach. Zmęczenie ustępuje dość szybko i choć zdarza się, że na kolejnym treningu czuję nogi, to nie mam trudności z realizacją założeń. Wręcz zaskakuje łatwość z jaką je osiągam. Jeszcze nie jestem zmęczony takim nawarstwiającym się znużeniem, niewystarczającą regeneracją. A mentalnie naładowany jestem że hej! Czekam na każde bieganie. Szczególnie na treningi jakościowe. Wybiegania wydają się nudne, jałowe. Ale, ale … I one potrafią być wymagające. Nie dalej jak w sobotę wychodziłem na czternaście kilometrów spokojnego biegu po lesie z przekonaniem, że luzik, że nie ma nad czym się rozwodzić, że się pobiegnie. Samo. Okazało się, że trzeba się nieco przyłożyć, że koncentracja jest wskazana. Bo podłoże nierówne, bo nieduże górki, bo gorące lipcowe południe.

Po głowie roją się myśli o nie wiadomo jakim wyniku. Już łamię kolejne granice. Zdjęcie dziesięciu minut z aktualnej życiówki wydaje się mało ambitne. A przecież od prawie czterech miesięcy nie pokonałem choćby dystansu połówki. Z jednej strony jestem bardzo skory do ogłaszania już ogromnego sukcesu, a z drugiej boję się czy ta dobra dyspozycja nie jest zbyt wczesna. Zastanawiam się jak ją utrzymać. Myślę jak ją rozwinąć.

Oceniam, że wiosna mimo wszystko dała ciekawe rezultaty. Niby byłem rozczarowany, wartościowego wyniku nie osiągnąłem (na dziesięć kilometrów), ale taki Ekiden czy Legionowo to były intensywne biegi, które wraz z pozostałymi treningami dały efekt i szybkościowy, i wydolnościowy. Poczułem to już podczas ursynowskiej piątki. Wcześniejsza praca zimowa i przygotowania do połówki zbudowały bazę i teraz nogi kręcą. Dwie przerwy pozwoliły uniknąć samozajechania się. Mam również wrażenie, że miało miejsce jeszcze coś. Ale o tym opowiem za jakiś czas. Muszę nabrać większego przekonania, że to w ogóle możliwe.

Piotr nakazał zwolnić. Na razie nie mogę biegać ciągłego szybciej niż 4'50”/km. I zaleca jak najczęstsze treningi w lesie lub po polnych drogach. Będzie trudniej, parametry nieco siądą. Żeby potem znowu wystrzelić gdy przyjdzie pora wyłącznie na twarde nawierzchnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz