Za mną pięć tygodni maratońskich
przygotowań. Dziwne, że to już więcej niż czwarta część
całego okresu przedstartowego. Jest pełnia lata, jeszcze tydzień
do końca lipca i październikowy środek jesieni wydaje się
odległy. To nawet dobrze, bo pracy do przerobienia nadal jest dużo.
Choć idzie mi doskonale i oceniam, że nigdy dotąd nie biegałem
tak szybko na trzynaście tygodni przed najważniejszy startem w
roku, do pokonania maratonu dużo brakuje. Zrobiłem raptem niecałe
trzysta pięćdziesiąt kilometrów, a najdłuższy trening miał
około siedemnastu. Robota stale przede mną. Oceniam, że może
nawet tysiąc kilometrów. W coraz dłuższych porcjach. I pewnie
coraz szybciej. A także regularne sesje rozciągania i gimnastyki
siłowej. Staram się żeby były co najmniej dwie w tygodniu.
Od pierwszych dni tego czasu, który
wspólnie z Piotrem określiliśmy jako bezpośrednie przygotowania,
biega mi się świetnie. Jest swoboda, jest łatwość, jest
przekonanie o dużych możliwościach. Zmęczenie ustępuje dość
szybko i choć zdarza się, że na kolejnym treningu czuję nogi, to
nie mam trudności z realizacją założeń. Wręcz zaskakuje łatwość
z jaką je osiągam. Jeszcze nie jestem zmęczony takim
nawarstwiającym się znużeniem, niewystarczającą regeneracją. A
mentalnie naładowany jestem że hej! Czekam na każde bieganie.
Szczególnie na treningi jakościowe. Wybiegania wydają się nudne,
jałowe. Ale, ale … I one potrafią być wymagające. Nie dalej jak
w sobotę wychodziłem na czternaście kilometrów spokojnego biegu
po lesie z przekonaniem, że luzik, że nie ma nad czym się
rozwodzić, że się pobiegnie. Samo. Okazało się, że trzeba się
nieco przyłożyć, że koncentracja jest wskazana. Bo podłoże
nierówne, bo nieduże górki, bo gorące lipcowe południe.
Po głowie roją się myśli o nie
wiadomo jakim wyniku. Już łamię kolejne granice. Zdjęcie
dziesięciu minut z aktualnej życiówki wydaje się mało ambitne. A
przecież od prawie czterech miesięcy nie pokonałem choćby
dystansu połówki. Z jednej strony jestem bardzo skory do ogłaszania
już ogromnego sukcesu, a z drugiej boję się czy ta dobra
dyspozycja nie jest zbyt wczesna. Zastanawiam się jak ją utrzymać.
Myślę jak ją rozwinąć.
Oceniam, że wiosna mimo wszystko dała
ciekawe rezultaty. Niby byłem rozczarowany, wartościowego wyniku
nie osiągnąłem (na dziesięć kilometrów), ale taki Ekiden czy
Legionowo to były intensywne biegi, które wraz z pozostałymi
treningami dały efekt i szybkościowy, i wydolnościowy. Poczułem
to już podczas ursynowskiej piątki. Wcześniejsza praca zimowa i
przygotowania do połówki zbudowały bazę i teraz nogi kręcą.
Dwie przerwy pozwoliły uniknąć samozajechania się. Mam również
wrażenie, że miało miejsce jeszcze coś. Ale o tym opowiem za
jakiś czas. Muszę nabrać większego przekonania, że to w ogóle
możliwe.
Piotr nakazał zwolnić. Na razie nie
mogę biegać ciągłego szybciej niż 4'50”/km. I zaleca jak
najczęstsze treningi w lesie lub po polnych drogach. Będzie
trudniej, parametry nieco siądą. Żeby potem znowu wystrzelić gdy
przyjdzie pora wyłącznie na twarde nawierzchnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz