Piotr często powraca do zagadnień wiary w siebie oraz walki
na trasie zawodów. I bardzo dobrze. W tym obszarze chyba zawsze można coś
poprawić. Gdy brakuje treningu pozostaje tylko mocna psychika. A jeżeli cała
zaplanowana praca została wykonana i jest moc, to siłą woli można uruchomić najgłębsze
rezerwy.
Nie jestem psychicznym herosem. Nie zdarzyło mi się „iść w
trupa” i finiszować z mroczkami przed oczami. Wręcz przeciwnie, nie chcę
powtarzać doświadczeń ostatnich kilometrów warszawskiego maratonu z roku 2011.
I dotyczy to wszystkich dystansów. Ubiegłoroczny start w Berlinie był jak dotąd
najlepszy pod względem wykorzystania możliwości fizycznych i psychicznych.
Piotr ocenił go na 99,99%. Prawie idealnie. Na krawędzi, ale nie poza nią.
Temat wrócił po nieudanym biegu w Legionowie. Ja oceniałem,
że więcej nie mogłem. Piotr delikatnie zasugerował czy aby nie odpuściłem. I
bardzo dobrze. Bo zasiał wątpliwości. Sprowokował refleksję. Już z taką pewnością
nie twierdziłem, że dałem z siebie prawie wszystko. Z treningu wychodziło, że
powinienem osiągnąć czas znacznie lepszy. Upału chyba nie można obarczać
całością winy za tamto niepowodzenie. Co na trasie jest jeszcze walką o jak
najlepszy wynik, a co już odpuszczeniem? A wcześniej, czym różni się ocena własnych
możliwości od nie podjęcia wyzwania?
Miałem świadomość, że poprzednie najlepsze osiągnięcia na
dyszkę czy piętnaście kilometrów miały miejsce po miesiącach maratońskich
przygotowań, po udanym starcie na tym dystansie, po odpoczynku, po treningu
podtrzymującym z akcentami szybkościowymi. Przed Legionowem nie wypracowałem takiej
bazy, a wcześniejszy plan na pierwszą połowę roku zakłóciłem nagłą decyzją o dwóch
tygodniach bez biegania. Czy zatem planowanie biegu na czas gorszy o ponad minutę od rekordu
życiowego oznaczało rezygnację z walki? Chyba nie. Jednak
uzyskany wynik był daleki nawet od tych założeń; był gorszy od planu o ponad dwie minuty.
Nie umiem powiedzieć dlaczego. Gorąca się spodziewałem i starałem się nie
zwracać uwagi na warunki. Czyżby tak dużo obywało się poza mną? Czy wewnętrzny
system bezpieczeństwa tak niepostrzeżenie włączył tempomat, że cały czas trwałem
w przekonaniu, iż walczę?
Legionowskie dziesięć kilometrów sprawdziło się jako
intensywny trening. Uważam, że ten mimo wszystko mocny bieg przyczynił się do
poprawienia tydzień później rekordu życiowego na piątkę. Pytania na razie
pozostają bez odpowiedzi. Z pewnością nie byłem w najwyższej dyspozycji, ale nie
była ona taka bardzo słaba, skoro niedługo potem pobiegłem jak nigdy wcześniej.
Czyli rozwiązania trzeba szukać w warunkach pogodowych i w nastawieniu. Czyżbym
zbyt często powtarzał, że dycha to dystans najmniej przeze mnie lubiany?
Haile Gebrselassie twierdzi, że żeby pokonać czterdzieści
dwa kilometry trzeba być gotowym na czterdzieści cztery. A zatem znowu przygotowanie. Kilometry, tempo, siła. Nie sztuką jest jednak wygrać gdy gra
się dobrze, gdy jest się dobrze przygotowanym. Sztuką jest wygrać grając słabo.
Czyli pokonując własne ograniczenia. Maraton nie wybacza jednak braku zaprawy. Próbować
można na krótszych dystansach.
Koniec. Dzielę ten biegowy i maratoński włos na czworo, a
nic z tego nie wynika. Pytania pozostają bez odpowiedzi. Mam wrażenie, że nie
po raz ostatni.
Komentarze do własnych dywagacji pojawiają się nieoczekiwanie. Dzisiaj przeczytałem:
OdpowiedzUsuń"To były ostatnie słowa, jakie usłyszałem od Trenera, i noszę je w sercu do dzisiaj. Jeśli coś przychodzi łatwo, jeśli nie wymaga wyjątkowego wysiłku, to znaczy, że nie dajesz z siebie wszystkiego. Bo to powinno boleć jak diabli."
Dean Karnazes "Ultramaratończyk. Poza granicami wytrzymałości"