środa, 8 stycznia 2014

10K Parking Relay

Ależ mnie ten start pobudził! Wróciło wrażenie siły, przekonanie o dobrej dyspozycji. Poczułem też, że dla nóg, dla serca, dla płuc korzystnie było popracować chwilę z wysoką intensywnością.

W połowie grudnia znalazłem na portalu bieganie.pl zaproszenie do udziału w sztafecie 10K Parking Relay. Miała zostać poprowadzona na poziomie -1 parkingu w centrum handlowym Arkadia. Pomysł bardzo przypadł mi do gustu. W styczniu, nawet jeżeli jest bardziej wiosenny niż zimowy, jak początek tegorocznego, bywa trudno o miejsce zasłonięte od opadów i wiatru. Wybrana lokalizacja gwarantowała warunki halowe oraz dodatkowo idealnie płaską trasę, żadnych podbiegów. Można było startować „na krótko”, bez bluz, kurtek czy ocieplaczy. Formuła 5 x 2km wydawała się interesująca dla bardzo szerokiego grona osób aktywnych. Bo dwa kilometry spokojnie pokona każdy kto choć trochę się rusza, a zawodnicy z większym doświadczeniem mają okazję do zrealizowania akcentu szybkościowego. No i przecież nie co dzień da się ścigać w garażu. Można delikatnie poczuć czym jest urban running. Same plusy. No, może poza terminem. Bo zawody wyznaczono na poniedziałek, 6 stycznia. Uroczystość Objawienia Pańskiego, zwana popularnie Świętem Trzech Króli, to dzień wolny od pracy, ale i zakończenie bożonarodzeniowych oraz noworocznych wyjazdów. Inna jednak data w grę nie wchodziła. Galeria musiała być zamknięta. Kolejny dzień kiedy można by spróbować  to Poniedziałek Wielkanocny, albo Święto Trzeciego Maja. Tylko czy w kwietniu lub w maju bieganie pod dachem byłoby równie atrakcyjne? I tak, choć liczyłem, że atuty sztafety zachęcą wielu do udziału, zebraliśmy w firmie tylko jeden zespół.

Udział wzięło dziewięćdziesiąt jeden teamów podzielonych na dwie tury. Dzięki temu na dość wąskiej i nieco krętej trasie nie było tłoku. Pierwsze zmiany miały trochę trudniej, ale stawka błyskawicznie się rozciągnęła. Każdy z uczestników dwukrotnie pokonywał atestowaną pętlę o długości jednego kilometra.


Startowaliśmy o 11:00, a ja biegłem jako ostatni z drużyny. Wydawało mi się, że mam dużo czasu i niewiele brakowało, abym zawalił występ całego zespołu. Na rozgrzewkę przeniosłem się na poziom -2. Tam było więcej miejsca, nikomu nie przeszkadzałem. Spokojnie zrealizowałem swój standardowy program i przekonany, że mam jeszcze kilka chwil na złapanie oddechu, pojawiłem się piętro wyżej. Okazało się, że czasu to mam akurat tyle, żeby zdjąć dres! I już byłem na trasie. Tchu w pełni nie uspokoiłem, a trzeba było gonić.

Chciałem uzyskać czas poniżej ośmiu minut. Chciałem przekonać się, że bez specjalnych przygotowań i prosto z zimowego treningu, a w sobotę i niedzielę zrobiłem w sumie trzydzieści dwa kilometry, w tym cross, mogę pobiec szybciej niż 4’00”/km. Tylko jak sprawdzać tempo? GPS przecież nie działa pod dachem. Pozostawał stoper i tylko jeden punkt kontrolny – koniec okrążenia. Innych oznaczeń dystansu nie było.

Czułem się doskonale. Biegło mi się lekko i swobodnie. Z pewnością miały na to wpływ idealne warunki panujące w garażu. Na otwartej przestrzeni nigdy takich nie ma. A jeszcze na rozgrzewce czułem respekt przed takim szybkim bieganiem. Jak zawsze bałem się bólu tych kilku minut  intensywnego wysiłku z przewagą przemian beztlenowych. I na trasie delikatnie się powstrzymywałem. Że nie trzeba na maksa, że na mecie dobrze być w przyzwoitej dyspozycji.

Przebiegając przez start – metę nie spojrzałem na stoper i nie wiedziałem jak realizuję własne założenia. Taki bieg w ciemno to nowe doświadczenie. Ciekawe. Byłem przekonany, że jest w porządku. Stawka rozciągnęła się. Na drugiej pętli byłem zupełnie sam. Mogłem maksymalnie ciąć zakręty. Czyli większość ekip zostawiła nas z tyłu. Razem z Gośką, która biegła przede mną, nie byliśmy w stanie poprawić naszej pozycji i nadrobić strat poniesionych przez wolniej biegających kolegów. Mimo wszystko uzyskaliśmy czas o pięć minut lepszy niż szacowałem zgłaszając nasz udział.


Miałem jeszcze jedną frajdę. Na nawierzchni parkingu znakomicie zachowywały się moje startówki. To zupełny przypadek, ale sztywna guma na podeszwie i delikatnie szorstka masa pod stopami świetnie do siebie pasowały. Zapewniały doskonałą przyczepność, szczególnie na łukach. Oraz odpowiednią dynamikę i amortyzację. Wyraźnie to czułem, jakbym był na jakimś elastycznym obszarze. Każdy krok był uciechą. Również ten efekt miał wpływ na mój pobiegowy entuzjazm.

Nogi kręciły i nie czułem w zasadzie żadnych trudności oddechowych. Dopiero za metą zorientowałem się, że jestem zadyszany. Czas 7:51 (3:53 i 3:58), czyli zgodnie z planem, z zapasem i dość swobodnie. Miałem jeszcze rezerwy. Wielka satysfakcja! I bardzo ładny medal. Solidny. Oraz biała pałeczka sztafetowa na pamiątkę. :)

1 komentarz: