Ależ mnie ten start pobudził! Wróciło wrażenie siły,
przekonanie o dobrej dyspozycji. Poczułem też, że dla nóg, dla serca, dla płuc
korzystnie było popracować chwilę z wysoką intensywnością.
W połowie grudnia znalazłem na portalu bieganie.pl zaproszenie
do udziału w sztafecie 10K Parking Relay. Miała zostać poprowadzona na poziomie
-1 parkingu w centrum handlowym Arkadia. Pomysł bardzo przypadł mi do gustu. W
styczniu, nawet jeżeli jest bardziej wiosenny niż zimowy, jak początek
tegorocznego, bywa trudno o miejsce zasłonięte od opadów i wiatru. Wybrana lokalizacja
gwarantowała warunki halowe oraz dodatkowo idealnie płaską trasę, żadnych
podbiegów. Można było startować „na krótko”, bez bluz, kurtek czy ocieplaczy. Formuła
5 x 2km wydawała się interesująca dla bardzo szerokiego grona osób aktywnych.
Bo dwa kilometry spokojnie pokona każdy kto choć trochę się rusza, a zawodnicy
z większym doświadczeniem mają okazję do zrealizowania akcentu szybkościowego.
No i przecież nie co dzień da się ścigać w garażu. Można delikatnie poczuć czym
jest urban running. Same plusy. No, może poza terminem. Bo zawody wyznaczono na
poniedziałek, 6 stycznia. Uroczystość Objawienia Pańskiego, zwana popularnie
Świętem Trzech Króli, to dzień wolny od pracy, ale i zakończenie
bożonarodzeniowych oraz noworocznych wyjazdów. Inna jednak data w grę nie
wchodziła. Galeria musiała być zamknięta. Kolejny dzień kiedy można by
spróbować to Poniedziałek Wielkanocny,
albo Święto Trzeciego Maja. Tylko czy w kwietniu lub w maju bieganie pod dachem
byłoby równie atrakcyjne? I tak, choć liczyłem, że atuty sztafety zachęcą wielu
do udziału, zebraliśmy w firmie tylko jeden zespół.
Startowaliśmy o 11:00, a ja biegłem jako ostatni z drużyny.
Wydawało mi się, że mam dużo czasu i niewiele brakowało, abym zawalił występ
całego zespołu. Na rozgrzewkę przeniosłem się na poziom -2. Tam było więcej
miejsca, nikomu nie przeszkadzałem. Spokojnie zrealizowałem swój standardowy
program i przekonany, że mam jeszcze kilka chwil na złapanie oddechu, pojawiłem
się piętro wyżej. Okazało się, że czasu to mam akurat tyle, żeby zdjąć dres! I
już byłem na trasie. Tchu w pełni nie uspokoiłem, a trzeba było gonić.
Chciałem uzyskać czas poniżej ośmiu minut. Chciałem
przekonać się, że bez specjalnych przygotowań i prosto z zimowego treningu, a w
sobotę i niedzielę zrobiłem w sumie trzydzieści dwa kilometry, w tym cross, mogę
pobiec szybciej niż 4’00”/km. Tylko jak sprawdzać tempo? GPS przecież nie
działa pod dachem. Pozostawał stoper i tylko jeden punkt kontrolny – koniec okrążenia.
Innych oznaczeń dystansu nie było.
Czułem się doskonale. Biegło mi się lekko i swobodnie. Z
pewnością miały na to wpływ idealne warunki panujące w garażu. Na otwartej
przestrzeni nigdy takich nie ma. A jeszcze na rozgrzewce czułem respekt przed
takim szybkim bieganiem. Jak zawsze bałem się bólu tych kilku minut intensywnego wysiłku z przewagą przemian beztlenowych.
I na trasie delikatnie się powstrzymywałem. Że nie trzeba na maksa, że na
mecie dobrze być w przyzwoitej dyspozycji.
Przebiegając przez start – metę nie spojrzałem na stoper i
nie wiedziałem jak realizuję własne założenia. Taki bieg w ciemno to nowe
doświadczenie. Ciekawe. Byłem przekonany, że jest w porządku. Stawka rozciągnęła się. Na drugiej pętli byłem zupełnie sam. Mogłem maksymalnie ciąć
zakręty. Czyli większość ekip zostawiła nas z tyłu. Razem z Gośką, która biegła
przede mną, nie byliśmy w stanie poprawić naszej pozycji i nadrobić strat poniesionych
przez wolniej biegających kolegów. Mimo wszystko uzyskaliśmy czas o pięć minut
lepszy niż szacowałem zgłaszając nasz udział.
Miałem jeszcze jedną frajdę. Na nawierzchni parkingu znakomicie zachowywały się moje startówki. To zupełny przypadek, ale sztywna guma na podeszwie i delikatnie szorstka masa pod stopami świetnie do siebie pasowały. Zapewniały doskonałą przyczepność, szczególnie na łukach. Oraz odpowiednią dynamikę i amortyzację. Wyraźnie to czułem, jakbym był na jakimś elastycznym obszarze. Każdy krok był uciechą. Również ten efekt miał wpływ na mój pobiegowy entuzjazm.
Nogi kręciły i nie czułem w zasadzie żadnych trudności
oddechowych. Dopiero za metą zorientowałem się, że jestem zadyszany. Czas 7:51 (3:53 i 3:58), czyli
zgodnie z planem, z zapasem i dość swobodnie. Miałem jeszcze rezerwy. Wielka satysfakcja!
I bardzo ładny medal. Solidny. Oraz biała pałeczka sztafetowa na pamiątkę. :)

.jpg)
Fajnie było to prawda...
OdpowiedzUsuń