Nowy Rok zaczął się optymistycznie. Badanie echa serca nie wykazało żadnych niepokojących sygnałów. Można napierać! Zdziwiłbym się gdyby było inaczej, a mimo to z ulgą wyszedłem z gabinetu. W takich sytuacjach towarzyszy mi wewnętrzny chochlik i choć staram się tego nie okazywać, bywam zaniepokojony.
Są zatem sercowe, oddechowe i wydolnościowe podstawy do planowania biegowego roku 2014. Nie czuję też żeby nogi i cały mój układ ruchu miał nie wytrzymać tego co zamierzam. Tym bardziej, że spodziewam się kilometrażu i obciążeń podobnych jak w ostatnich dwóch latach. Jeżeli nawet przebiegnę więcej to wzrost nie przekroczy 5%, może 7%, liczba startów też może różnić się o pojedyncze biegi. Za Piotrem nie w ilości upatruję progresu.
Na maraton zapisałem się do Frankfurtu, na koniec października. Mam już przyznany numer 2320. Jest więc dużo czasu na przygotowania, zmieści się też długie, trzytygodniowe roztrenowanie po pierwszej części sezonu. Dość późny termin biegu budzi wątpliwości co do warunków pogodowych. Od lat jednak impreza odbywa się w tym właśnie czasie, padają na niej wartościowe wyniki, a Piotr i Rafał, którzy ukończyli zawody gorąco je polecali. Zdecydowałem się.
Sezon startowy chciałbym otworzyć 2 marca w radomskim Biegu Kazików. To dycha na trzech pofałdowanych pętlach w centrum miasta, z których każda kończy się długim podbiegiem, oceniam, że prawie osiemset metrów. Wymagające ściganie, do którego przystąpię prosto z zimowego treningu, bez specjalnych przygotowań. Fajnie byłoby pobiec nie wolniej niż 42:30, czyli potwierdzić utrzymanie szybkości osiągniętej pod koniec ubiegłego roku.
Jakiego czasu bym nie uzyskał, będzie to jedyny bieg kontrolny przed wiosennym startem docelowym, czyli półmaratonem w Poznaniu (6 kwietnia). Cel jeszcze nie jest sprecyzowany i w korespondencji z trenerem pojawiają się określenia typu „bardzo dobry wynik”. Rozumiem przez to zauważalne poprawienie życiówki. Oczywiście marzy mi się pokonanie kolejnej dużej bariery, ale realnie trzeba myśleć o rezultacie poniżej 1:34 i maksymalnie możliwym zbliżeniu się do 1:30. To dość swobodny zapis. Pozostawia dużo miejsca na wiele. Od początku współpracy z Piotrem pracowaliśmy w ten sposób, z pewnym zakresem nieokreśloności. Przygotowania nie przebiegały pod hasłem „celujemy w rezultat xx:yy:zz”. Może trzeba podjąć ryzyko i to zmienić? Zagadnienie do przemyślenia.
Po Poznaniu, po krótkim odsapnięciu, chciałbym zmienić trochę trening na taki pod szybsze bieganie i kilka razy wystartować na krótszych dystansach. Nie lubię intensywnego biegania z przewagą beztlenowego. Taki wysiłek budzi zawsze pewne obawy. Wyraźnie jednak odczuwam, że poprawa życiówek na piątkę i dychę procentuje w półmaratonie i maratonie. Myślę, że dwa miesiące treningu szybkościowego i kilka wyścigów pozwolą więcej osiągnąć jesienią. I pomimo lekkiego respektu, ekscytuje mnie ta perspektywa. Pierwszą dobrą okazją wydaje się Bieg STO-nogi w Milanówku (27 kwietnia). Jest szansa, że łapiąc drugi oddech i nadal pozostając w półmaratońskiej dyspozycji uda się poprawić rekord na dziesięć kilometrów. Zamierzam zatem gonić na maksa. Wierzę, że wczesne upalne lato tej pory nie nadejdzie.
Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, to już tydzień później czeka mnie prawdziwa jazda bez trzymanki. Mam na myśli zawody rozgrywane po sąsiedzku, czyli w Piaseczyńską Milę Konstytucyjną (3 maja). Atestowana odległość jednej mili, czyli około kilometra i sześciuset metrów sprawia, że trzeba zamknąć oczy i cisnąć na maksa. Nie ma co się oszczędzać, należy zasuwać ile mocy w nogach. Ciekaw jestem, i to bardzo, jak szybko mogę to pobiec. Sześć minut? Wolniej? Szybciej?
Wiele wskazuje, że na przełomie kwietnia i maja będę startował przez kolejne trzy weekendy. 10 lub 11 maja zostanie rozegrana sztafeta maratońska Ekiden i już teraz wspólnie z koleżankami i kolegami z pracy planujemy wystawić co najmniej jeden skład. W ubiegłym roku zgłosiliśmy dwa zespoły. Dla siebie rezerwuję dyszkę. Trochę dlatego, żeby ostro pobiec najmniej lubiany dystans, żeby ponapierać przez czterdzieści kilka minut, a trochę żeby nie blokować krótszych odcinków i ułatwić udział mniej zaawansowanym biegaczom. To będzie start treningowy; intensywny, ale treningowy. Będę chciał ukończyć moją zmianę w czasie, który określę przed zawodami na podstawie aktualnej dyspozycji, albo pobiec kolejne kilometry w zadanym tempie. Zobaczymy.
Takie drużynowe wyścigi wcale nie są dla mnie łatwe. Na pewno jest w nich dużo zabawy. Jednak jako inicjator firmowego w nich udziału czuję odpowiedzialność za pozostałych. Czuję też ich wzrok na sobie, oczekiwanie, że pobiegnę naprawdę szybko, że potwierdzę pozycję lidera. Jakby dla niektórych satysfakcja z uczestnictwa, z ukończenia, z medalu była większa gdy mają świadomość, że w teamie jest ktoś przyzwoicie biegający.
Zapewne 8 czerwca odbędzie się Legionowska Dycha. To następna możliwość pokonania dziesięciu kilometrów na atestowanej i płaskiej trasie. Chciałoby się jeszcze raz spróbować urwać sekundy z własnego wyniku. Wiele zależeć będzie od pogody. Upał wykluczy atak na rekord życiowy. Organizm też może zacząć domagać się poluzowania. Spodziewam się, że o tej porze roku, po wcześniejszych startach będę już czuł zmęczenie. Tak po prostu jest. Świadomość, że właśnie wtedy dyspozycja może się pogorszyć to doświadczenie z wcześniejszych lat. Trzeba będzie wsłuchać się w siebie i ocenić na ile jeszcze starczy sił. Koniec wiosennej części sezonu widzę w połowie czerwca. Na 14 przewidywana jest warszawska edycja Biegu Firmowego, czyli rywalizacja czteroosobowych sztafet na terenowej trasie w Lesie Kabackim. Każdy uczestnik ma do pokonania coś cztery kilometry. Jeden zespół z pewnością się skrzyknie. Może będzie ich więcej. Chętnie pobiegnę, choć pewnie nie będę się specjalnie napinał. Szczególnie, że następnego dnia może odbyć się Bieg Ursynowa. Dzisiaj myślę, że taka atestowana piątka, planowana jako atak na życiówkę może być dobrym zamknięciem wiosny.
Gdybym czuł się naprawdę bardzo dobrze i wszystkie sprawy nie sportowe ułożyły się idealnie, chętnie wybrałbym się do Gdyni na Nocny Bieg Świętojański (20 czerwca).
A dalej? Oczywiście roztrenowanie, czyli trzy tygodnie bardzo wolnego truchtania, poważne ograniczenie kilometrażu i zmniejszenie do trzech tygodniowej iloci treningów biegowych. Poza tym dużo rozciągania, moczenia nóg w ciepłej wodzie. Z pewnością masaże. Wypoczynek dla ciała i dla głowy. Spokój.
Wydaje się, że jest szansa aby bezpośrednie przygotowanie startowe (BPS) do maratonu zacząć 6 lipca. Szesnaście tygodni, idealnie. Książkowo. W ramach startów kontrolnych chciałbym ukończyć nową imprezę w Warszawie, czyli BMW Półmaraton Praski (31 sierpnia), a potem pobiec połówkę w Tarczynie (14 września) lub w Łowiczu (21 września). Wolałbym tę pierwszą. Bo bardzo blisko od domu i jeszcze tam nie biegałem. Jednak Łowicz zdaje się lepszym terminem w stosunku do daty frankfurckiego maratonu. Trudno cokolwiek przesądzać. Będziemy decydować nie wcześniej niż za pół roku, wspólnie z Piotrem oczywiście. Nie wykluczam, że nie będzie żadnego startu kontrolnego. W ubiegłym roku też nie było. Bardzo chciałbym natomiast żeby przed startem w Niemczech czuć się tak jak ostatniej jesieni, już po Berlinie. Towarzyszyło mi poczucie mocy oraz wysokiej formy. Byłem odpowiednio sprężony i jednocześnie swobodny, wypoczęty. Byłem zaprogramowany na wyniki. Nie miałem wątpliwości. Wiedziałem, że je osiągnę. Musiałem tylko nie stracić koncentracji i pobiec.
W listopadzie tradycyjnie już Bieg Niepodległości i może wzorem ubiegłego roku Bełchatowska Piętnastka na koniec. Zobaczymy.
To wszystko plany. Zawierzam je Panu Bogu. Wierzę, że zdrowie dopisze, a sprawy rodzinne i zawodowe pozwolą cieszyć się z kolejnych osiągnięć biegowych. Byłoby fajnie. Jeżeli nie, będę się radował z tego co będzie moim udziałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz