poniedziałek, 20 stycznia 2014

Vege Runners

Kilka razy byłem bliski przystąpienia do amatorskiego klubu zrzeszającego biegaczy. Rozważałem przede wszystkim te lokalne, działające w pobliżu miejsca gdzie mieszkam. Stowarzyszenie Rekreacyjno-Sportowe Kondycja z siedzibą w Żabieńcu jest widoczne na imprezach biegowych. W ramach Klubu Biegacza Gymnasion wydzielona była kiedyś Grupa Magdalenka. Zastanawiałem się również nad przystąpieniem do Drużyny Szpiku łączącej wszystkich aktywnych sportowo popularyzatorów idei stworzenia jak największej bazy potencjalnych dawców szpiku.

Nigdy jednak deklaracji nie wypełniłem. Po co mi to, myślałem. Żeby zgłaszając się do kolejnych zawodów wypisać i rubrykę „przynależność klubowa”? Bo do tego by się to sprowadziło. Z trenerem współpracuję i raczej nie korzystałbym z takiej możliwości w ramach klubu. W treningach grupowych pewnie bym nie uczestniczył, bo ich charakter wydaje mi się zbyt mało zindywidualizowany. Sprzęt sportowy kupuję taki, który mi odpowiada i nie spodziewam się żebym wiele zyskał na zbiorczych zamówieniach. A składki, nawet nie wysokie, wypada płacić w terminie. Towarzyska część okołobiegowa pewnie byłaby fajna, ale nie bardzo mógłbym sobie na nią pozwolić. Wystarczająco dużo już czasu zabieram rodzinie moją aktywnością. Rachunek zysków i strat zawsze wychodził zdecydowanie na minus.

Gdy jednak natknąłem się na grupę Vege Runners, zareagowałem entuzjastycznie i natychmiast zgłosiłem swój akces. Zadecydowały dwa powody. Moja pasja do diety roślinnej i radosna chęć jej propagowania oraz luźny charakter tego ogólnopolskiego towarzystwa. Każdy trenuje indywidualnie, spotykają się startując, umawiają na niektóre imprezy. Łączą ich witryna internetowa i forum dyskusyjne. A przede wszystkim wyznawana idea, do której w większości są mocno przekonani i zaangażowani.

 Wysłałem więc zgłoszenie na stronę www, napisałem, że chętnie biegałbym w białych koszulkach z dużą czerwoną marchewką-błyskawicą i przedstawiłem się na forum. Nie czując się wegetarianinem, uczciwie wspomniałem, że zdarza mi się zjeść raz w tygodniu nie duży kawałek indyka. W tym samym zdaniu napisałem, że blisko mi do weganina. To dość niefortunne stwierdzenie wynikało z niewiedzy oraz braku zastanowienia. Skro unikam mięsa, a także staram się nie przyjmować mleka i jego przetworów to prawie jestem weganinem. :)


I wywołałem dyskusję. Spodziewałem się, że trafiłem do grona głównie biegowego, gdzie zagadnienia światopoglądowe prawie nie są poruszane. Odwiedzając wcześniej amerykańską stronę „No Meat Athlete. Run on Plans”, przede wszystkim propagującą zalety jedzenia warzyw i owoców, gdzie nie wymaga się jednoznacznej „wege deklaracji”, przypuszczałem, że i tu będzie podobnie. Było inaczej. Część uczestników natychmiast odcięła się od mojej postawy, twierdząc, że od bycia wegetarianinem lub weganinem to dzielą mnie „lata świetlne”. Kilkoro wyrażało się łagodniej, że lepiej zachęcać niż odrzucać.

Wszystkie wpisy, nawet te najbardziej zdecydowane, były grzeczne i taktowne. Poziom dyskusji naprawdę budował. Poczułem się jednak zawiedziony, mój entuzjazm opadł i straciłem chęci żeby trenować i startować w koszulce Vega Runners. Kilka dni później przeczytałem jeszcze raz całość opinii, które pojawiły się po moim wpisie. Za wszystkie podziękowałem. Były naprawdę interesujące. I dowiedziałem się nowych rzeczy, i miałem się nad czym zastanawiać. Napisałem długiego posta, w którym starałem się wyjaśnić moje stanowisko, przedstawić tok rozumowania i elegancko się pożegnać. Bo ja do nich nie należę.

Że nie czuję się wege i na chwilę obecną nie wydaje mi się, iż poczuję się nim nawet jeżeli całkowicie zrezygnuję z mięsa, nie ma sensu żebym reprezentował Vege Runners. Tak, ten wniosek powinien zostać wyciągnięty wcześniej. Ale doszedłem do niego w wyniku dystansowania się kilkorga forumowiczów od mojego sposobu myślenia. To nie jest zarzut! Nie musimy na wszystko patrzeć podobnie.

Stale towarzyszy mi pytanie co jeszcze mogę zrobić żeby przez rok, dwa, a może dłużej, urywać z życiówek sekundy czy minuty. I zachować przy tym dobrą kondycję całego organizmu, aby jak najlepiej realizować powołanie męża, ojca i inne. To jest moja motywacja do przejścia na dietę roślinną. I wolę skupiać się np. na tym co dobrze byłoby zjeść, niż przemyśliwać czego nie mogę wziąć do ust. Wydaje mi się, że to pierwsze podejście jest mniej stresujące.

A swoją drogą, to ciekawe jak celne potrafią być podpowiedzi intuicji. Gdy jesienią mówiłem Marcie o zmianie mojego sposobu jedzenia, podkreślałem, że nie uważam się za wegetarianina czy weganina (a jest tych podziałów więcej). Bo za nimi stoi idea. Czułem, że coś jest na rzeczy. Nie uświadamiałem sobie jak mocno.

1 komentarz:

  1. Ciekawe czyli jednak wygląda na to że ludzie nawet w ramach wyznawanych zasad potrafią "dać do pieca" na zasadzie ty nie jesteś taki jak my bo zjadasz raz w tygodniu indyka nawet mnie sie podobały te koszulki z marchewka ale teraz jakby mniej i bardziej wyprane...

    OdpowiedzUsuń