„Jak jest
zima, to musi być zimno, tak?” Powszechnie znane, prawda? Ta wypowiedź z filmu
„Miś” w zasadzie wyjaśnia wszystko. I nie bardzo pozostawia miejsce na jakieś
dyskusje. Nie zmienia to jednak mojego odczucia, że od połowy listopada do
ostatnich dni marca biega się trudniej. Oraz mojego postrzegania obecnej pory
roku; postrzegania odmiennego od wszystkich, którzy czekają na narciarskie
wyjazdy.
Pierwsze
dokuczają coraz dłuższe ciemności. Czy rano, czy wieczorem trening realizowany
jest w mroku. I nawet najjaśniej świecące latarnie nie poprawiają wrażenia. To
zupełnie inna ciemność niż ta czerwcowa czy sierpniowa. Jest mniej przyjazna.
Poranki są o tyle przyjemniejsze, że końcowe roztruchanie odbywa się
najczęściej już w szarzyźnie wstającego dnia. Nadal to jednak nie to samo co
wczesny i ciepły letni świt. Trudno się zmobilizować do rannego wstawania i
większość zajęć przenoszę na wieczór.
Robi się
zimno, często pada, wieje. Chłód i wilgoć wciskają się pod coraz to więcej
warstw technicznych, oddychających tkanin, które na siebie wciągam.
Przygotowanie trwa dłużej, a i pranie po powrocie jest dużo większe. Początek
biegu nie jest przyjemny. Nim się rozgrzeję i rozruszam dominuje wątpliwość po
co ja się tak wygłupiam, co z tego mam.
Dopóki nie
spadnie śnieg i nie nadciągną siarczyste mrozy, wszystko jest do zniesienia.
Zmaganie się z trudnościami daje trochę funu. Mnie zadowalają ciepłe zimy, nie
czekam na śnieg, nie marzę o nartach, nie śnię o łyżwach. Cieszę się, że mam
gdzie trenować. Gdy sypnie i zmrozi, skala trudności wzrasta. Bieganie wymaga
rozeznania stanu okolicznych dróg i chodników. Żeby uniknąć oblodzenia, żeby
nie brnąć tam gdzie nikt nie odśnieża. Najlepiej utrzymane są szosy. W
pierwszej kolejności, te najbardziej uczęszczane, najbardziej ruchliwe.
Dlaczego więc
biegam skoro tyle trudności piętrzy się przede mną? Dlaczego nie zrobię sobie
przerwy do wiosny? Bo mimo wszystko mam z tego dużą przyjemność, bo źle czułbym
się bez tej aktywności. Bo w jakimś stopniu muszę. Skoro palę się do kolejnych
rekordów, bezpośrednie przygotowania powinienem zaczynać co najmniej z poziomu,
który osiągnąłem w ubiegłym roku. Skarżyński zimową pracę przygotowawczą nazywa
orką. Celne określenie. Konieczna do wykonania część cyklu treningowego; część,
której nie można pominąć, poprzedzająca siew i zbieranie plonów. To wysiłek
ponoszony dla satysfakcji z przyszłych wyników. Inwestycja. Ale trochę mniej
intensywna.
Biegam cztery
razy w tygodniu i dodatkowo wykonuję jeden lub dwa treningi ogólnorozwojowe. W takim
siedmiodniowym cyklu pokonuję trochę powyżej sześćdziesięciu kilometrów.
Pracuję nad bazą, czyli zbudowaniem odpowiedniego kilometrażu, utrzymaniem
szybkości oraz zapewnieniem nogom siły. W większości to wysiłek tlenowy w
pierwszym zakresie intensywności. Przez grudzień, styczeń i luty powinienem pokonać
siedemset, siedemset pięćdziesiąt kilometrów. Jeżeli nie wystąpią jakieś
niespodziewane trudności, myślę, że do końca lutego nabiegam siedemset
piętnaści kilometrów. Może trochę więcej, bo od początku drugiej dekady
najkrótszego miesiąca roku wracam do pracy z Piotrem i liczba treningów
biegowych może wzrosnąć do pięciu tygodniowo.
W
poniedziałek albo robię sobie wolne albo się rozciągam. We wtorek wykonuję tzw.
zabawę biegową (ostatnio to nawet dużą zabawę biegową, bo dystans tych
treningów zaczął przekraczać piętnaście kilometrów). Po sześciokilometrowym,
spokojnym otwarciu i kilku minutach ćwiczeń dogrzewających, biegam mocno, choć
nie na maksa, dziesięć odcinków o zadanym czasie. W przerwach truchtam.
Zaczynałem od trzydziestu sekund, obecnie robię odcinki trzyminutowe.
Odpoczynek wydłużył się z trzydziestu sekund do jednej minuty. Po wszystkim
dwa, trzy kilometry schłodzenia, czyli spokojny bieg do domu.
W środę
staram się przeprowadzić drugi trening ogólnorozwojowy. Rozciągam się, jeżeli
nie robiłem tego w poniedziałek lub wykonuję serię ćwiczeń gimnastyki siłowej.
Na czwartek najczęściej przypada spokojne i dość krótkie rozbieganie (dwanaście
kilometrów). Żeby podczas biegu o niewysokiej intensywności rozmasować nogi po
wcześniejszej zabawie biegowej.
W sobotę jeżdżę do Lasu Kabackiego na mój ulubiony obecnie
trening, czyli cross. To żywy bieg w terenie z kilkoma zbiegami i podbiegami. Na
początku pracy zimowej biegałem go w formie pasywnej, tzn. wszystkie
wzniesienia pokonywałem spokojnie, „na zaliczenie”. Od dwóch tygodni realizuję
cross aktywny, podczas którego pod górkę zdecydowanie przyspieszam. Chodzi o
mocną pracę góry i wyższe podnoszenie nóg. Na skarpie w Powsinie wymyśliłem
sobie pętlę, na której mogę kręcić ósemki i pokonywać w ten sposób podbiegi o
różnym nachyleniu i różnej długości (od stu do pięciuset metrów). Bywa ciężko, ale frajda jest duża. Bo po
lesie, choć dróżki Lasu Kabackiego są jak parkowe alejki i daleko im do dzikich
ścieżek. Bo za dnia, bo dynamicznie, bo rozmaicie.
A w niedzielę tupanie, czyli spokojne długie wybieganie.
Raczej nudne osiemnaście kilometrów, podczas których dobrze jest pilnować żeby
intensywność nie wzrosła zbytnio. Czyli stałe gadanie do samego siebie: „nie
przyspieszaj, nie przyspieszaj”.
Jeszcze dziesięć dni temu zimę mieliśmy w pełni wiosenną i
choć w mroku, chłodzie, wietrze czy deszczu, biegało się całkiem przyzwoicie. Z
nastaniem mrozów i pierwszymi śniegami sytuacja się zmieniła. Pojawiło się dużo
lodu. Jest ślisko. Trzeba uważać. Gdy stopom brakuje przyczepności i wolny
trucht bywa trudny, a szybkie bieganie staje się niemożliwe.
Przy temperaturach poniżej – 10oC drogi oddechowe
wymagają ochrony. Żeby nie nałykać się zbyt dużo mroźnego powietrza. I żeby
uniknąć chorobowej przerwy w treningach.
Co wtedy? Fajnie byłoby mieć dostęp do hali
lekkoatletycznej. To jednak rzadkość. Ale już bieżnie mechaniczne są w każdym
klubie fitness. I na treningi jakościowe, np. na zabawę biegową, jeżdżę do
takich właśnie miejsc. A treningi ilościowe (wybiegania) dalej realizuję na
dworze. Byle się dobrze opatulić, założyć ortalion chroniący przed wiatrem i
szybkim wyziębieniem oraz kominiarkę co zakrywa usta. Oddycha się trudniej, ale
powietrze zdąży się ocieplić za nim trafi do gardła. W ubiegłym tygodniu
wychodziłem i przy – 14oC. Cóż, „do sukcesu nie ma windy, trzeba (…)
schodami”.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz