poniedziałek, 27 stycznia 2014

"Hu! hu! ha! Nasza zima zła!"

„Jak jest zima, to musi być zimno, tak?” Powszechnie znane, prawda? Ta wypowiedź z filmu „Miś” w zasadzie wyjaśnia wszystko. I nie bardzo pozostawia miejsce na jakieś dyskusje. Nie zmienia to jednak mojego odczucia, że od połowy listopada do ostatnich dni marca biega się trudniej. Oraz mojego postrzegania obecnej pory roku; postrzegania odmiennego od wszystkich, którzy czekają na narciarskie wyjazdy.

Pierwsze dokuczają coraz dłuższe ciemności. Czy rano, czy wieczorem trening realizowany jest w mroku. I nawet najjaśniej świecące latarnie nie poprawiają wrażenia. To zupełnie inna ciemność niż ta czerwcowa czy sierpniowa. Jest mniej przyjazna. Poranki są o tyle przyjemniejsze, że końcowe roztruchanie odbywa się najczęściej już w szarzyźnie wstającego dnia. Nadal to jednak nie to samo co wczesny i ciepły letni świt. Trudno się zmobilizować do rannego wstawania i większość zajęć przenoszę na wieczór.

Robi się zimno, często pada, wieje. Chłód i wilgoć wciskają się pod coraz to więcej warstw technicznych, oddychających tkanin, które na siebie wciągam. Przygotowanie trwa dłużej, a i pranie po powrocie jest dużo większe. Początek biegu nie jest przyjemny. Nim się rozgrzeję i rozruszam dominuje wątpliwość po co ja się tak wygłupiam, co z tego mam.

Mam wrażenie, że w temperaturach bliskich zeru, nawierzchnia szos, a szczególnie wyłożone kostką ścieżki piesze robią się bardziej twarde. Tracą tę minimalną elastyczność, którą można poczuć gdy jest ciepło. Nie wiem czy tak jest faktycznie, ale w nogach czuję jakby tak było. Wydaje się, że biegam po bardzo bardzo twardym podłożu.

Dopóki nie spadnie śnieg i nie nadciągną siarczyste mrozy, wszystko jest do zniesienia. Zmaganie się z trudnościami daje trochę funu. Mnie zadowalają ciepłe zimy, nie czekam na śnieg, nie marzę o nartach, nie śnię o łyżwach. Cieszę się, że mam gdzie trenować. Gdy sypnie i zmrozi, skala trudności wzrasta. Bieganie wymaga rozeznania stanu okolicznych dróg i chodników. Żeby uniknąć oblodzenia, żeby nie brnąć tam gdzie nikt nie odśnieża. Najlepiej utrzymane są szosy. W pierwszej kolejności, te najbardziej uczęszczane, najbardziej ruchliwe.

Dlaczego więc biegam skoro tyle trudności piętrzy się przede mną? Dlaczego nie zrobię sobie przerwy do wiosny? Bo mimo wszystko mam z tego dużą przyjemność, bo źle czułbym się bez tej aktywności. Bo w jakimś stopniu muszę. Skoro palę się do kolejnych rekordów, bezpośrednie przygotowania powinienem zaczynać co najmniej z poziomu, który osiągnąłem w ubiegłym roku. Skarżyński zimową pracę przygotowawczą nazywa orką. Celne określenie. Konieczna do wykonania część cyklu treningowego; część, której nie można pominąć, poprzedzająca siew i zbieranie plonów. To wysiłek ponoszony dla satysfakcji z przyszłych wyników. Inwestycja. Ale trochę mniej intensywna.


Biegam cztery razy w tygodniu i dodatkowo wykonuję jeden lub dwa treningi ogólnorozwojowe. W takim siedmiodniowym cyklu pokonuję trochę powyżej sześćdziesięciu kilometrów. Pracuję nad bazą, czyli zbudowaniem odpowiedniego kilometrażu, utrzymaniem szybkości oraz zapewnieniem nogom siły. W większości to wysiłek tlenowy w pierwszym zakresie intensywności. Przez grudzień, styczeń i luty powinienem pokonać siedemset, siedemset pięćdziesiąt kilometrów. Jeżeli nie wystąpią jakieś niespodziewane trudności, myślę, że do końca lutego nabiegam siedemset piętnaści kilometrów. Może trochę więcej, bo od początku drugiej dekady najkrótszego miesiąca roku wracam do pracy z Piotrem i liczba treningów biegowych może wzrosnąć do pięciu tygodniowo.

W poniedziałek albo robię sobie wolne albo się rozciągam. We wtorek wykonuję tzw. zabawę biegową (ostatnio to nawet dużą zabawę biegową, bo dystans tych treningów zaczął przekraczać piętnaście kilometrów). Po sześciokilometrowym, spokojnym otwarciu i kilku minutach ćwiczeń dogrzewających, biegam mocno, choć nie na maksa, dziesięć odcinków o zadanym czasie. W przerwach truchtam. Zaczynałem od trzydziestu sekund, obecnie robię odcinki trzyminutowe. Odpoczynek wydłużył się z trzydziestu sekund do jednej minuty. Po wszystkim dwa, trzy kilometry schłodzenia, czyli spokojny bieg do domu.

W środę staram się przeprowadzić drugi trening ogólnorozwojowy. Rozciągam się, jeżeli nie robiłem tego w poniedziałek lub wykonuję serię ćwiczeń gimnastyki siłowej. Na czwartek najczęściej przypada spokojne i dość krótkie rozbieganie (dwanaście kilometrów). Żeby podczas biegu o niewysokiej intensywności rozmasować nogi po wcześniejszej zabawie biegowej.

W sobotę jeżdżę do Lasu Kabackiego na mój ulubiony obecnie trening, czyli cross. To żywy bieg w terenie z kilkoma zbiegami i podbiegami. Na początku pracy zimowej biegałem go w formie pasywnej, tzn. wszystkie wzniesienia pokonywałem spokojnie, „na zaliczenie”. Od dwóch tygodni realizuję cross aktywny, podczas którego pod górkę zdecydowanie przyspieszam. Chodzi o mocną pracę góry i wyższe podnoszenie nóg. Na skarpie w Powsinie wymyśliłem sobie pętlę, na której mogę kręcić ósemki i pokonywać w ten sposób podbiegi o różnym nachyleniu i różnej długości (od stu do pięciuset metrów).  Bywa ciężko, ale frajda jest duża. Bo po lesie, choć dróżki Lasu Kabackiego są jak parkowe alejki i daleko im do dzikich ścieżek. Bo za dnia, bo dynamicznie, bo rozmaicie.

A w niedzielę tupanie, czyli spokojne długie wybieganie. Raczej nudne osiemnaście kilometrów, podczas których dobrze jest pilnować żeby intensywność nie wzrosła zbytnio. Czyli stałe gadanie do samego siebie: „nie przyspieszaj, nie przyspieszaj”.

Jeszcze dziesięć dni temu zimę mieliśmy w pełni wiosenną i choć w mroku, chłodzie, wietrze czy deszczu, biegało się całkiem przyzwoicie. Z nastaniem mrozów i pierwszymi śniegami sytuacja się zmieniła. Pojawiło się dużo lodu. Jest ślisko. Trzeba uważać. Gdy stopom brakuje przyczepności i wolny trucht bywa trudny, a szybkie bieganie staje się niemożliwe.
Przy temperaturach poniżej – 10oC drogi oddechowe wymagają ochrony. Żeby nie nałykać się zbyt dużo mroźnego powietrza. I żeby uniknąć chorobowej przerwy w treningach.


Co wtedy? Fajnie byłoby mieć dostęp do hali lekkoatletycznej. To jednak rzadkość. Ale już bieżnie mechaniczne są w każdym klubie fitness. I na treningi jakościowe, np. na zabawę biegową, jeżdżę do takich właśnie miejsc. A treningi ilościowe (wybiegania) dalej realizuję na dworze. Byle się dobrze opatulić, założyć ortalion chroniący przed wiatrem i szybkim wyziębieniem oraz kominiarkę co zakrywa usta. Oddycha się trudniej, ale powietrze zdąży się ocieplić za nim trafi do gardła. W ubiegłym tygodniu wychodziłem i przy – 14oC. Cóż, „do sukcesu nie ma windy, trzeba (…) schodami”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz