Naprawdę trudno mi odpuścić. Wiem, że sama liczba pokonanych
kilometrów nic nie znaczy, że przerwy też są potrzebne, że jeden dzień za dużo
może być przyczyną wielu dni bez biegania w ogóle. Mniej doświadczonym zawodnikom przypominam
żeby w swoich planach uwzględniali też czas na regenerację. A gdy z jakiś
powodów przyjdzie mi opuścić trening, jestem bardzo niezadowolony. Czuję ból w środku,
mam wrażenie że zawiodłem. Poniosłem porażkę. Dlaczego nie przejmuję się tak
mocno gdy rezygnuję z wykonania jakiś obowiązków służbowych albo prac domowych?
Złe samopoczucie dopada mnie jedynie gdy opuszczę trening zaplanowany wcześniej i nie mam szans
na jego wykonanie w innym terminie. Uprzednio przewidziane dni wolne są jak
najbardziej w porządku, a popołudnia bez żadnych aktywności sportowych często
cieszą dodatkowym czasem, który można przeznaczyć na inne działania. Choć nie
zawsze. W czasie roztrenowania wychodzę trzy razy w tygodniu na trochę ponad
godzinę spokojnego truchtania. Staram się więcej rozciągać, rezygnuję z
gimnastyki siłowej. Przez większość tego czasu jestem przyjemnie spokojny, że nic
nie trzeba, że mogę się nie spieszyć, że nieróbstwo jest wręcz wskazane. I co
jakiś czas przypomina o sobie złośliwy diabełek: „nie biegasz, nie biegasz,
stracisz, będzie ci trudno…”.
W ubiegły piątek dzień zapowiadał się intensywnie. Niby krótki urlop, ale późnym popołudniem wyjazd do Krakowa, a wcześniej trochę obowiązków domowych, pakowanie, przygotowanie samochodu. I trening. Jakieś dziewięćdziesiąt minut siły biegowej w formie aktywnego crossu. Planowałem dziesięć pełnych podbiegów Rydzową na skarpie wiślanej w Powsinie. Zapowiadało się intensywnie. Nie chciałem się jednak spieszyć. Przecież miałem wolne. Pospałem do ósmej, spokojnie zjadłem śniadanie, zająłem się pracami w mieszkaniu… I zaczęło brakować czasu. Jednak trzeba było się sprężać. Gdy pomimo to prace wokół samochodu zajęły ponad godzinę więcej niż zakładałem, wiedziałem, że polityczniej będzie zrezygnować z biegania. Żeby w momencie powrotu Danusi być całkowicie gotowym do wyjazdu. Nawet gdyby jej zabiegi przed podróżą trwały następne dwie godziny.
Ależ mnie to bolało! Bardzo byłem z siebie niezadowolony. Pomimo,
że od razu zaplanowałem odpracowanie tego crossu już w poniedziałek, że
ustaliłem telefonicznie z Piotrem jak będzie wyglądało dalsze bieganie. Nawet dość
obiektywne argumenty (chyba) nie zmniejszały tego wewnętrznego darcia, które
czułem. Że trzy dni przerwy w niczym nie zaszkodzą, a tylko pozwolą nogom
odpocząć, bo od dwóch miesięcy takiego okna nie miałem. Że cztery godziny za
kierownicą i po ciemku wymagają pewnego wypoczęcia, a nie znużenia mocnymi
podbiegami. „Nie biegasz, nie biegasz, stracisz, będzie ci trudno…”. I wszystko
na własne życzenie. Wystarczyło przecież wstać pół godziny wcześniej i ruszać
się trochę żwawiej. Byłem zły. Uspokoiłem się dopiero na krajowej 7-ce. Uwagę
musiałem skupić na czym innym.
Jeżeli powodem jest tylko uzależnienie od biegania, to nie
dobrze. Myślę jednak, że psychika doprasza się w ten sposób zbudowania pewnego
buforu bezpieczeństwa. Poprzez spędzenie odpowiednio długiego czasu na
treningach, poprzez maksymalne podkręcenie licznika pokonanych kilometrów. Sam
dystans nie zapewni wyniku, co najwyżej ułatwi pokonanie maratonu czy połówki.
Lecz głowa świadoma wykonanej pracy jest mocniejsza , wie, że jest z czego
czerpać.
A setki czy tysiące przebiegniętych kilometrów tak ciepło
głaszczą ego. Można się chwalić tą wartością. To nic, że wyrwana z kontekstu. Można
się chwalić. Co najmniej przed samym sobą, a nie tylko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz