Z biegania w styczniu jestem zadowolony. A jeszcze bardziej
z aktywności wykonanych od 10 grudnia, czyli od rozpoczęcia zimowej pracy przed
nowym sezonem. Znowu czuję własne możliwości i cieszę się podejmowanym
wysiłkiem. I to jest najfajniejsze. Oraz ustąpienie drobnych dolegliwości, na
które uskarżałem się miesiąc temu. Bo pisałem do Piotra, że biega mi się
ciężko, z mozołem. Narzekałem na bolesności w obręczy biodrowej i w stawach
kolanowych, na sztywność całego ciała. Marudziłem z powodu bardzo wolnych
wybiegań. Wydawało mi się, że pokonuję za mało kilometrów. Wniosek jest
oczywisty – potrzebowałem czasu żeby zaadoptować się do zimowych obciążeń. I
nie bardzo chciałem pamiętać, że po roztrenowaniu i podczas mało korzystnych warunków
pogodowych tak po prostu jest, że poprzedniej zimy czułem się podobnie.
Przebiegłem prawie pięćset kilometrów. Naprawdę prawie bo do
pięciu setek zabrakło niecałych czterech tysięcy metrów. Treningi biegowe trwały
trochę ponad pięćdziesiąt godzin. Dodatkowo szesnaście godzin poświęciłem na
rozciąganie i gimnastykę siłową. Cieszę się ze zrealizowanych treningów
jakościowych. Oceniam, że osiem zabaw biegowych i tyle samo crossów przyniosło
planowane rezultaty, szczególnie, że z tygodnia na tydzień biegało mi się
łatwiej. A osiągane tempa były na poziomie ubiegłorocznych. Przydała się też i wypadła
super dwójka pobiegnięta prawie na maksa podczas 10K Parking Relay. Kilka
wybiegań w wietrze czy na śniegu również było wymagających.
Jeszcze w tym tygodniu powtórzę dotychczasowy mikrocykl:
zabawa biegowa, wybieganie, cross i długie wybieganie. A od 10 lutego wracamy
do wspólnej pracy z Piotrem. Przed weekendem spodziewam się planu na pierwsze
trzy tygodnie. Myślę, że zacznę co najmniej z poziomu na jakim kończyłem poprzedni
sezon. Czuję, że mam w nogach bazę na osiem tygodni przygotowań do startu w
Poznaniu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz