środa, 29 października 2014

Dziewiąty maraton

Myślałem, że pogodziłem się już ze słabym występem we Frankfurcie. Gdy jednak przystąpiłem do dokładnej analizy międzyczasów i tempa kolejnych kilometrów, ponownie poczułem silne emocje. Na nowo doświadczyłem złości, rozczarowania i zażenowania. Świadomość, że byłem na fajnej wycieczce, że przeżyłem kolejną zagraniczną przygodę biegową nie jest pocieszeniem. A dodatkowo jeszcze Garmin się zaciął i w żaden sposób nie pozwala przenieść danych biegu do komputera. Poirytowany zgrzytam zębami. Drugą dobę walczę z urządzeniem i oprogramowaniem. Nie pomogła prawie godzinna rozmowa z supportem technicznym producenta.

Zegarek kaprysił już przed startem. Bardzo długo nie pozwalał się włączyć. Nie, że nie potrafił nawiązać połączenia z satelitami. Zawieszał się krok wcześniej. Po uruchomieniu wyświetlał logo i trwał w takim stanie przez długi minuty. Kolejne próby nie dawały rezultatów i po kwadransie wysiłków, kiedy już naprawdę trzeba było zacząć rozgrzewkę, zdenerwowany zacząłem rozglądać się za pacemaker-ami. I nagle urządzenie zaskoczyło.

A i potem sprzęt działał tak sobie. To znaczy w znany mi sposób w otoczeniu wysokich budynków i w bliskości wielu biegaczy, z których większość miała swoje maszynki. Mocno zawyżał tempo pierwszych dziesięciu kilometrów, skracał kilometry. Dopiero od jedenastego kilometra wartości zapisane przez Garmina są w jakimś stopniu bliskie oficjalnym międzyczasom. Podobnie jak w Berlinie pokazał, że pokonałem dystans ponad sześćset metrów dłuższy niż atestowana długość maratonu. A nie wydaje mi się. Z pewnością nadłożyłem, ale nie tyle. Dobrze, że wszystko miałem rozpisane.

Planowałem zacząć 4'55”/km. I tak przez pierwszą piątkę. Żeby złapać rytm i pozwolić rozciągnąć się stawce. Potem przyspieszenie, 4'47” ~ 4'50”/km. Zamierzałem utrzymać takie tempo do trzydziestego piątego kilometra. Myślałem, że świadomość zbliżającej się mety pozwoli jeszcze coś wycisnąć ze zmęczonych nóg (4'45”/km). Gdybym cztery dychy pokonał w granicach 03:12 i podjął końcowy wysiłek, była szansa ukończyć zawody z rezultatem mniej więcej 03:22. Ściągawkę przygotowałem z międzyczasami lekko optymistycznymi i założeniem szybszej drugiej części dystansu. A w piątek na expo wziąłem ze stoiska Asics-a jeszcze jedną, na wynik 3:22 pobiegnięty równym tempem od startu do mety.

Pogoda była prawie idealna. Temperatura około 15°C, umiarkowane zachmurzenie i w zasadzie całkowity brak wiatru. Rzadko się zdarza taka aura gdy podmuchy nie są w ogóle odczuwalne. Pomimo to ciężko było od samego początku. Mozolnie. Nie czułem euforii pierwszych kilometrów, nie cieszyłem się kolejnym maratonem, nie rajcował mnie kolorowy tłum wokół. Zgaszony sunąłem przed siebie i odliczałem kolejne kilometry. I zaraz za startem czekałem na pierwszy punkt z wodą. Suchość w ustach nie ustąpiła. Jeżeli nawet byłem trochę odwodniony, to z pewnością nie to spowodowało słaby rezultat. Nie straciłem aż tyle płynów żeby w ten sposób usprawiedliwiać trzydziestominutową różnicę na mecie.


Nie przejmowałem się wewnętrznym odrętwieniem. Widać taki miał być ten bieg. Powtarzałem w głowie przygotowany plan i biegłem. Wierzyłem, że na końcu czerwony dywan wynagrodzi wszystkie trudy. Bo krwisty kobierzec oznaczał sukces, szlak po którym przechadzają się gwiazdy, wybitni zawodnicy. A ja chciałem czuć się jak ktoś wyjątkowy. Spodziewany rekord życiowy miał być upoważnieniem do odrobiny dumy.

Dychę zrobiłem granicach 4'55”/km. Strata jeszcze nie wynikała z mojej słabości. Pierwsze dziesięć kilometrów wyznaczono w ścisłym centrum miasta. Trasa mocno kluczyła i była wąska, miejscami tak bardzo, że fala biegaczy zdecydowanie zwalniała. Ciasnota wokół poważnie utrudniała utrzymanie równego tempa. Niepokoiło mnie to już wcześniej – widziałem film przygotowany przez organizatorów. Piotr opowiadał, że jest w porządku, że nie ma powodów do obaw. Tylko, że on ze swoimi rezultatami biega dużo bliżej czołówki. Tam nie ma tylu zawodników.

Trzecią piątkę pobiegłem w granicach założeń (4'51”/km). Na siedemnastym czy osiemnastym kilometrze zrównałem się z grupą pod dużym, żółtym balonikiem z grubymi, czarnymi cyframi 3:29. Od początku byli z przodu i oceniałem, że zaczęli za szybko jak na planowany wynik. Spotkałem wśród nich znajomego sprzedawcę z Centrum Biegowego Ergo. Choć zacząłem czuć, że robi się trudniej, wydawało mi się, że trzymam się lepiej od niego. Czwarta piątka 4'56”/km. Bez rewelacji, ale nadal szybciej niż przed rokiem. Czas na półmetku miałem lepszy od berlińskiego o czterdzieści dwie sekundy.
Kolega zamierzał jak najdłużej trzymać się w tej gromadzie i pocisnąć w końcówce. Pomyślałem, że to dobry pomysł. Na 3:22 już nie liczyłem, ale wydawało mi się, że zmieszczę się poniżej 3:25. Trochę lecieliśmy razem. Jednak z każdym krokiem odrobinkę zostawałem w tyle. Przerwa pomiędzy nami rosła; bardzo powoli, ale rosła. Mobilizowałem się na pojedyncze tysiączki. Powtarzałem, że każdy przebiegnięty to mniej do pokonania. Ale tempo spadało. Kilometry od dwudziestego pierwszego do dwudziestego piątego już średnio 5'08”/km. Przewaga nad Berlinem zmniejszyła się do dziesięciu sekund. Oczywiście na trasie tego nie wiedziałem. Teraz, pisząc tą relację, mogę sobie swobodnie porównywać międzyczasy.

Chciałem zapomnieć się w biegu. Odciąć od zmęczenia, bólu, niemocy. Wyłączyć myślenie, jak mówi Marcin. I po prostu cisnąć do przodu. Nie udało się. Na dwudziestym czwartym czy piątym kilometrze był podbieg na most. Wracaliśmy na północny brzeg Menu. Przeprawę jeszcze pokonałem. Katastrofa zaczęła się zaraz po zbiegu. Nogi nagle osłabły. Brakowało sił na utrzymanie jakiegokolwiek przyzwoitego tempa. Do dwudziestego dziewiątego kilometra jeszcze truchtałem (5'53”/km). Na trzydziestym lub trzydziestym pierwszym po raz pierwszy zacząłem maszerować. W tym samym czasie gdy kopytom zupełnie zabrakło mocy, wydolnościowo czułem się bardzo przyzwoicie. Nie występowały żadne słabości, żadne mroczki. Serce i płuca spokojnie pracowały i dalekie były od stanów krytycznych. Najwyższa intensywność zapisana przez Garmina wyniosła raptem 154.

Myśl, że nie będę przecież szedł aż do mety, dość szybko zmobilizowała mnie do ponownego truchtania. Za nią kolejne, iż trwałoby to nie wiadomo jak długo, że to jest bieg maratoński, nie marszobieg. Wydaje się więc, że głowa chciała walczyć. Nie miała jednak wsparcia w ciele. Chwilami miałem wrażenie, że nogi mnie nie utrzymają, że się przewrócę. Czułem je jakby mocno zdrętwiałe, gdy samodzielne stanie niesie ryzyko upadku. I tak, przez kolejne pięć kilometrów, szedłem gdy kulasy już zupełnie nie chciały mnie nieść, a truchtałem gdy tylko się dało. Starałem się żeby marsz był możliwie szybki. Przerażała mnie myśl, że ukończę zawody z czasem 4:10 lub gorszym.

Gdy ponownie wbiegaliśmy do centrum, wyprzedziła mnie kolejna grupa. Spodziewałem się, że na baloniku zobaczę 4:15. Ku mojemu zaskoczeniu lecieli na 3:44. Nie wierzyłem własnym oczom. Sprawdziłem zegarek. I jeszcze raz. Faktycznie. Jeżeli się zmobilizuję, powinienem zmieścić się w czterech godzinach. Uff... Może uchronię się przed kompromitacją absolutną. Ostatnie sześć, siedem kilometrów wolno biegłem. Odliczałem pozostałe kilometry i ani razu nie lazłem. Przypominałem sobie i powtarzałem wszystkie motywatory. Myślałem o rodzinie, którą zostawiłem na trzy dni żeby realizować własne ambicje. I o siatkarzach co ciężko wywalczyli mistrzostwo. Miałem w głowie dyskusje z innymi biegaczami. A także cytat z Karnazesa, że jak nie boli jak diabli, to nie dałem z siebie wszystkiego.

Jakieś cztery kilometry przed metą zauważył mnie spiker zabawiający zgromadzoną w tym miejscu publikę. Usłyszałem: zwei meter, Maciek, Polen i oczywiście Lewandowski. Uśmiechnąłem się i przez kilka metrów poruszałem się jakby swobodniej.

Wrzawa wokół mety, czerwony dywan, dudniące rytmy czy szperające światła nie cieszyły mnie. Nie tak to miało wyglądać. Przez chwilę nad żalem zapanowała ulga, że to już koniec. Lekko zatoczyłem się przed jednym z ratowników uważnie obserwujących kończących bieg. Nie zaprzątał sobie głowy słabymi nogami. W twarzy, w oczach szukał niepokojących symptomów. Nic nie znalazł. Z punktu widzenia kogoś kto ma wyłowić w przepływającym mrowiu ludzi osoby bliskie omdlenia, ze mną było wszystko w porządku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz