Myślałem, że pogodziłem się już
ze słabym występem we Frankfurcie. Gdy jednak przystąpiłem do
dokładnej analizy międzyczasów i tempa kolejnych kilometrów,
ponownie poczułem silne emocje. Na nowo doświadczyłem złości,
rozczarowania i zażenowania. Świadomość, że byłem na fajnej
wycieczce, że przeżyłem kolejną zagraniczną przygodę biegową
nie jest pocieszeniem. A dodatkowo jeszcze Garmin się zaciął i w
żaden sposób nie pozwala przenieść danych biegu do komputera.
Poirytowany zgrzytam zębami. Drugą dobę walczę z urządzeniem i
oprogramowaniem. Nie pomogła prawie godzinna rozmowa z supportem
technicznym producenta.
A i potem sprzęt działał
tak sobie. To znaczy w znany mi sposób w otoczeniu wysokich budynków
i w bliskości wielu biegaczy, z których większość miała swoje
maszynki. Mocno zawyżał tempo pierwszych dziesięciu kilometrów,
skracał kilometry. Dopiero od jedenastego kilometra wartości
zapisane przez Garmina są w jakimś stopniu bliskie oficjalnym
międzyczasom. Podobnie jak w Berlinie pokazał, że pokonałem
dystans ponad sześćset metrów dłuższy niż atestowana długość
maratonu. A nie wydaje mi się. Z pewnością nadłożyłem, ale nie
tyle. Dobrze, że wszystko miałem rozpisane.
Planowałem zacząć
4'55”/km. I tak przez pierwszą piątkę. Żeby złapać rytm i
pozwolić rozciągnąć się stawce. Potem przyspieszenie, 4'47” ~
4'50”/km. Zamierzałem utrzymać takie tempo do trzydziestego
piątego kilometra. Myślałem, że świadomość zbliżającej się
mety pozwoli jeszcze coś wycisnąć ze zmęczonych nóg (4'45”/km).
Gdybym cztery dychy pokonał w granicach 03:12 i podjął końcowy
wysiłek, była szansa ukończyć zawody z rezultatem mniej więcej
03:22. Ściągawkę przygotowałem z międzyczasami lekko
optymistycznymi i założeniem szybszej drugiej części dystansu. A
w piątek na expo wziąłem ze stoiska Asics-a jeszcze jedną, na
wynik 3:22 pobiegnięty równym tempem od startu do mety.
Pogoda była prawie idealna.
Temperatura około 15°C, umiarkowane zachmurzenie i w zasadzie
całkowity brak wiatru. Rzadko się zdarza taka aura gdy podmuchy nie
są w ogóle odczuwalne. Pomimo to ciężko było od samego początku.
Mozolnie. Nie czułem euforii pierwszych kilometrów, nie cieszyłem
się kolejnym maratonem, nie rajcował mnie kolorowy tłum wokół.
Zgaszony sunąłem przed siebie i odliczałem kolejne kilometry. I
zaraz za startem czekałem na pierwszy punkt z wodą. Suchość w
ustach nie ustąpiła. Jeżeli nawet byłem trochę odwodniony, to z
pewnością nie to spowodowało słaby rezultat. Nie straciłem aż
tyle płynów żeby w ten sposób usprawiedliwiać
trzydziestominutową różnicę na mecie.
Nie przejmowałem się
wewnętrznym odrętwieniem. Widać taki miał być ten bieg.
Powtarzałem w głowie przygotowany plan i biegłem. Wierzyłem, że
na końcu czerwony dywan wynagrodzi wszystkie trudy. Bo krwisty
kobierzec oznaczał sukces, szlak po którym przechadzają się
gwiazdy, wybitni zawodnicy. A ja chciałem czuć się jak ktoś
wyjątkowy. Spodziewany rekord życiowy miał być upoważnieniem do
odrobiny dumy.
Dychę zrobiłem granicach
4'55”/km. Strata jeszcze nie wynikała z mojej słabości. Pierwsze
dziesięć kilometrów wyznaczono w ścisłym centrum miasta. Trasa
mocno kluczyła i była wąska, miejscami tak bardzo, że fala
biegaczy zdecydowanie zwalniała. Ciasnota wokół poważnie
utrudniała utrzymanie równego tempa. Niepokoiło mnie to już
wcześniej – widziałem film przygotowany przez organizatorów.
Piotr opowiadał, że jest w porządku, że nie ma powodów do obaw.
Tylko, że on ze swoimi rezultatami biega dużo bliżej czołówki.
Tam nie ma tylu zawodników.
Trzecią piątkę pobiegłem
w granicach założeń (4'51”/km). Na siedemnastym czy osiemnastym
kilometrze zrównałem się z grupą pod dużym, żółtym balonikiem
z grubymi, czarnymi cyframi 3:29. Od początku byli z przodu i
oceniałem, że zaczęli za szybko jak na planowany wynik. Spotkałem
wśród nich znajomego sprzedawcę z Centrum Biegowego Ergo. Choć
zacząłem czuć, że robi się trudniej, wydawało mi się, że
trzymam się lepiej od niego. Czwarta piątka 4'56”/km. Bez
rewelacji, ale nadal szybciej niż przed rokiem. Czas na półmetku
miałem lepszy od berlińskiego o czterdzieści dwie sekundy.
Kolega zamierzał jak
najdłużej trzymać się w tej gromadzie i pocisnąć w końcówce.
Pomyślałem, że to dobry pomysł. Na 3:22 już nie liczyłem, ale
wydawało mi się, że zmieszczę się poniżej 3:25. Trochę
lecieliśmy razem. Jednak z każdym krokiem odrobinkę zostawałem w
tyle. Przerwa pomiędzy nami rosła; bardzo powoli, ale rosła.
Mobilizowałem się na pojedyncze tysiączki. Powtarzałem, że każdy
przebiegnięty to mniej do pokonania. Ale tempo spadało. Kilometry
od dwudziestego pierwszego do dwudziestego piątego już średnio
5'08”/km. Przewaga nad Berlinem zmniejszyła się do dziesięciu
sekund. Oczywiście na trasie tego nie wiedziałem. Teraz, pisząc tą
relację, mogę sobie swobodnie porównywać międzyczasy.
Chciałem zapomnieć się w
biegu. Odciąć od zmęczenia, bólu, niemocy. Wyłączyć myślenie,
jak mówi Marcin. I po prostu cisnąć do przodu. Nie udało się. Na
dwudziestym czwartym czy piątym kilometrze był podbieg na most.
Wracaliśmy na północny brzeg Menu. Przeprawę jeszcze pokonałem.
Katastrofa zaczęła się zaraz po zbiegu. Nogi nagle osłabły.
Brakowało sił na utrzymanie jakiegokolwiek przyzwoitego tempa. Do
dwudziestego dziewiątego kilometra jeszcze truchtałem (5'53”/km).
Na trzydziestym lub trzydziestym pierwszym po raz pierwszy zacząłem
maszerować. W tym samym czasie gdy kopytom zupełnie zabrakło mocy,
wydolnościowo czułem się bardzo przyzwoicie. Nie występowały
żadne słabości, żadne mroczki. Serce i płuca spokojnie pracowały
i dalekie były od stanów krytycznych. Najwyższa intensywność
zapisana przez Garmina wyniosła raptem 154.
Myśl, że nie będę
przecież szedł aż do mety, dość szybko zmobilizowała mnie do
ponownego truchtania. Za nią kolejne, iż trwałoby to nie wiadomo
jak długo, że to jest bieg maratoński, nie marszobieg. Wydaje się
więc, że głowa chciała walczyć. Nie miała jednak wsparcia w
ciele. Chwilami miałem wrażenie, że nogi mnie nie utrzymają, że
się przewrócę. Czułem je jakby mocno zdrętwiałe, gdy
samodzielne stanie niesie ryzyko upadku. I tak, przez kolejne pięć
kilometrów, szedłem gdy kulasy już zupełnie nie chciały mnie
nieść, a truchtałem gdy tylko się dało. Starałem się żeby
marsz był możliwie szybki. Przerażała mnie myśl, że ukończę
zawody z czasem 4:10 lub gorszym.
Gdy ponownie wbiegaliśmy do
centrum, wyprzedziła mnie kolejna grupa. Spodziewałem się, że na
baloniku zobaczę 4:15. Ku mojemu zaskoczeniu lecieli na 3:44. Nie
wierzyłem własnym oczom. Sprawdziłem zegarek. I jeszcze raz.
Faktycznie. Jeżeli się zmobilizuję, powinienem zmieścić się w
czterech godzinach. Uff... Może uchronię się przed kompromitacją
absolutną. Ostatnie sześć, siedem kilometrów wolno biegłem.
Odliczałem pozostałe kilometry i ani razu nie lazłem.
Przypominałem sobie i powtarzałem wszystkie motywatory. Myślałem
o rodzinie, którą zostawiłem na trzy dni żeby realizować własne
ambicje. I o siatkarzach co ciężko wywalczyli mistrzostwo. Miałem
w głowie dyskusje z innymi biegaczami. A także cytat z Karnazesa,
że jak nie boli jak diabli, to nie dałem z siebie wszystkiego.
Jakieś
cztery kilometry przed metą zauważył mnie spiker zabawiający
zgromadzoną w tym miejscu publikę. Usłyszałem: zwei meter,
Maciek, Polen i oczywiście Lewandowski. Uśmiechnąłem się i przez
kilka metrów poruszałem się jakby swobodniej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz