Gdy Piotr zaproponował dłuższe
przygotowania, ucieszyłem się. Lubię mieć świadomość wykonania
dużej pracy. Łatwiej mi wtedy o wewnętrzne przekonanie, że mam
bazę pod dobry wynik. Bo nie chodzi mi przecież żeby jedynie
ukończyć maraton.
Zaczęliśmy osiemnaście
tygodni przed startem. I tak, trenowałem trzy tygodnie dłużej niż
rok temu. A pomimo że przebiegłem sto dwadzieścia kilometrów
więcej, średni dystans pokonywany w ciągu siedmiu dni tylko trochę
przekroczył siedemdziesiąt pięć kilometrów. Był niższy od
ubiegłorocznego o siedem kilometrów. Długość okresu
przygotowawczego spowodowała jeszcze jedną zmianę. Przez pierwsze
dziesięć niedziel biegałem nieco spokojniej. Intensywność i
objętość treningów wzrosła zdecydowanie po Półmaratonie
Praskim, czyli na ostatnie sześć tygodni faktycznych przygotowań.
Bo ostatnie czternaście dni poprzedzających start to już tylko
podtrzymywanie i ostrzenie formy. Schodzenie z objętości i
intensywności treningu. Ostatnią różnicą w stosunku do lat
wcześniejszych było dużo biegania po lesie. Dawniej uważałem, że
trzeba przyzwyczajać nogi do tupania po twardych nawierzchniach i w
trakcie BPS-u unikałem biegania w terenie.
Poczułem ten czas po
praskiej połówce, oj poczułem. Zaczęło boleć i bolało jak
nigdy dotąd. Niepokojąco. To nie był ból zmęczeniowy, to kulasy
dawały znać, że realizuję obciążenia na granicy moich
możliwości. Cisnąłem dalej, choć z wątpliwościami. Doskonale
pamiętam uczucie ulgi, ale i zadowolenia, gdy skończyłem ostatni
długi trening, ostatnie trzydzieści kilometrów. Uff.. wytrzymałem,
nic poważnego się nie stało. Jednocześnie wszystkie treningi, i
te mocne, wymagające, ale i spokojne wybiegania, robiłem na dość
niskich intensywnościach. Czyli układ sercowo-naczyniowy był w
doskonałej dyspozycji. Szkoda byłoby gdyby właśnie teraz jakaś
„ortopedyczna” dolegliwość uniemożliwiła walkę o złamanie
kolejnej bariery. Bałem się i złościłem jednocześnie.
Nie umiem jednoznacznie
opowiedzieć się za którymś z modeli przygotowań. Pewnie ze
względu na dużo leśnego i terenowego biegania bardziej lubię to
co właśnie za mną. Ale to nie jest ważne. Już za chwilę
rozstrzygnie wynik. Wszystko zweryfikuje ten fascynujący,
czarodziejski i zawsze tajemny dystans. Czterdzieści dwa kilometry i
sto dziewięćdziesiąt pięć metrów. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz