sobota, 25 października 2014

Przygotowania

Gdy Piotr zaproponował dłuższe przygotowania, ucieszyłem się. Lubię mieć świadomość wykonania dużej pracy. Łatwiej mi wtedy o wewnętrzne przekonanie, że mam bazę pod dobry wynik. Bo nie chodzi mi przecież żeby jedynie ukończyć maraton.

Zaczęliśmy osiemnaście tygodni przed startem. I tak, trenowałem trzy tygodnie dłużej niż rok temu. A pomimo że przebiegłem sto dwadzieścia kilometrów więcej, średni dystans pokonywany w ciągu siedmiu dni tylko trochę przekroczył siedemdziesiąt pięć kilometrów. Był niższy od ubiegłorocznego o siedem kilometrów. Długość okresu przygotowawczego spowodowała jeszcze jedną zmianę. Przez pierwsze dziesięć niedziel biegałem nieco spokojniej. Intensywność i objętość treningów wzrosła zdecydowanie po Półmaratonie Praskim, czyli na ostatnie sześć tygodni faktycznych przygotowań. Bo ostatnie czternaście dni poprzedzających start to już tylko podtrzymywanie i ostrzenie formy. Schodzenie z objętości i intensywności treningu. Ostatnią różnicą w stosunku do lat wcześniejszych było dużo biegania po lesie. Dawniej uważałem, że trzeba przyzwyczajać nogi do tupania po twardych nawierzchniach i w trakcie BPS-u unikałem biegania w terenie.

Poczułem ten czas po praskiej połówce, oj poczułem. Zaczęło boleć i bolało jak nigdy dotąd. Niepokojąco. To nie był ból zmęczeniowy, to kulasy dawały znać, że realizuję obciążenia na granicy moich możliwości. Cisnąłem dalej, choć z wątpliwościami. Doskonale pamiętam uczucie ulgi, ale i zadowolenia, gdy skończyłem ostatni długi trening, ostatnie trzydzieści kilometrów. Uff.. wytrzymałem, nic poważnego się nie stało. Jednocześnie wszystkie treningi, i te mocne, wymagające, ale i spokojne wybiegania, robiłem na dość niskich intensywnościach. Czyli układ sercowo-naczyniowy był w doskonałej dyspozycji. Szkoda byłoby gdyby właśnie teraz jakaś „ortopedyczna” dolegliwość uniemożliwiła walkę o złamanie kolejnej bariery. Bałem się i złościłem jednocześnie.

Nie umiem jednoznacznie opowiedzieć się za którymś z modeli przygotowań. Pewnie ze względu na dużo leśnego i terenowego biegania bardziej lubię to co właśnie za mną. Ale to nie jest ważne. Już za chwilę rozstrzygnie wynik. Wszystko zweryfikuje ten fascynujący, czarodziejski i zawsze tajemny dystans. Czterdzieści dwa kilometry i sto dziewięćdziesiąt pięć metrów. :)   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz