Mam wrażenie, że jeszcze nigdy
maratońskiego startu nie poprzedzało takie zdenerwowanie. Pojawiło się nagle, rano, zaraz po pobudce o 6:20.
Serce mi waliło, a ja cieszyłem się, że w miejsce wcześniejszego
spokoju, a nawet obojętności, pojawiły się jakieś emocje.
Zastanawiam się czy ta uprzednia pasywność nie wynikała ze
znużenia, a nawet ze zmęczenia. Teraz, gdy zaakceptowałem już
słaby występ i spokojnie o nim myślę, zaczynam mieć wątpliwości
czy długie i w końcówce intensywne przygotowania były naprawdę
dobrym pomysłem.
W sobotę późnym popołudniem trochę
mnie pogoniło. Oceniam, że to rezultat lunchu i kolacji zjedzonych
we włoskiej jadłodajni dwa kroki od hotelu. Nie chciało mi się
drałować do knajpy prowadzonej przez Włochów, w której jadłem w
piątek. I w której bardzo mi smakowało. A trzeba było. Przez
lenistwo i chęć jak najmniejszego wydatkowania energii trafiłem do
dużej sali mogącej pomieścić kilkaset osób. Wczesnym popołudniem
gości było wielu, ale spokojnie znalazłem miejsce i zostałem dość
sprawnie obsłużony. Wieczorem przelewał się tam dziki tłum. Pół
godziny czekałem żeby usiąść, a potem jadłem w pośpiechu chcąc
jak najszybciej uciec od hałasu i ciżby. W takich warunkach kuchni
najbardziej zależy na wydaniu wszystkich zamówień. Obawiam się,
że na dalszy plan schodzi dbałość o sztukę kulinarną. Dobrze,
że Stoperanu wrzuciłem do walizki więcej niż profilaktyczna dawka
przyjmowana rano przed startem.
Spałem źle. Nie była to jednak
pierwsza noc poprzedzająca zawody, kiedy przewracałem się z boku
na bok i sen nie nadchodził. Nawet spodziewałem się, że tak
będzie. A to było mi ciepło, a to chłodno. Na lewym boku źle, na
prawym też niewygodnie. I siusiać się chciało. Wstawałem.
Zapadałem potem w płytki półsen, w krótkie drzemki i dopiero nad ranem
zasnąłem mocniej. Gdy zadzwonił budzik, miałem piasek pod
powiekami. Chętnie zostałbym w łóżku. Dodatkowo od wieczora
męczyła mnie suchość w gardle i ustach. Nie pomagało regularne i dość częste popijanie wody.
Śniadanie słabo wchodziło. Musiałem
się trochę przymuszać żeby zjeść to co zwykle. Białe pieczywo,
masło, dużo dżemu i kawa z mlekiem. Czyli tak jak przed
większością ostatnich maratonów i półmaratonów. Czyli tak jak
lubię na trzy godziny przed długim biegiem. A jednak rosło w
ustach.
Paru rzeczy nie zabrałem.
Nie wziąłem wazeliny. A była na wcześniej przygotowanej liście.
Nie miałem też żadnego starego ciucha na rozgrzewkę. Takiego żeby
nie było go szkoda wyrzucić tuż przed wyruszeniem na trasę. Tej
pozycji w ogóle nie uwzględniłem w notatkach. Podobnie jak i
ubioru na dojście do strefy startu i powrót do hotelu. Trzeba było
wyrywać w cywilkach. Oj, oj, nie do końca dobrze się przygotowałem.
Od poniedziałku prześladowała mnie myśl, że do wylotu czekają
mnie cztery intensywne dni, że mam mało czasu. Targał delikatny
niepokój czy panuję nad wszystkim. A w czwartek wieczorem nie
mogłem się zebrać do pakowania. Drobiazgi świadczące, że mogłem
być zmęczony?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz