wtorek, 28 października 2014

W niedzielę rano

Mam wrażenie, że jeszcze nigdy maratońskiego startu nie poprzedzało takie zdenerwowanie. Pojawiło się nagle, rano, zaraz po pobudce o 6:20. Serce mi waliło, a ja cieszyłem się, że w miejsce wcześniejszego spokoju, a nawet obojętności, pojawiły się jakieś emocje. Zastanawiam się czy ta uprzednia pasywność nie wynikała ze znużenia, a nawet ze zmęczenia. Teraz, gdy zaakceptowałem już słaby występ i spokojnie o nim myślę, zaczynam mieć wątpliwości czy długie i w końcówce intensywne przygotowania były naprawdę dobrym pomysłem.

W sobotę późnym popołudniem trochę mnie pogoniło. Oceniam, że to rezultat lunchu i kolacji zjedzonych we włoskiej jadłodajni dwa kroki od hotelu. Nie chciało mi się drałować do knajpy prowadzonej przez Włochów, w której jadłem w piątek. I w której bardzo mi smakowało. A trzeba było. Przez lenistwo i chęć jak najmniejszego wydatkowania energii trafiłem do dużej sali mogącej pomieścić kilkaset osób. Wczesnym popołudniem gości było wielu, ale spokojnie znalazłem miejsce i zostałem dość sprawnie obsłużony. Wieczorem przelewał się tam dziki tłum. Pół godziny czekałem żeby usiąść, a potem jadłem w pośpiechu chcąc jak najszybciej uciec od hałasu i ciżby. W takich warunkach kuchni najbardziej zależy na wydaniu wszystkich zamówień. Obawiam się, że na dalszy plan schodzi dbałość o sztukę kulinarną. Dobrze, że Stoperanu wrzuciłem do walizki więcej niż profilaktyczna dawka przyjmowana rano przed startem.

Spałem źle. Nie była to jednak pierwsza noc poprzedzająca zawody, kiedy przewracałem się z boku na bok i sen nie nadchodził. Nawet spodziewałem się, że tak będzie. A to było mi ciepło, a to chłodno. Na lewym boku źle, na prawym też niewygodnie. I siusiać się chciało. Wstawałem. Zapadałem potem w płytki półsen, w krótkie drzemki i dopiero nad ranem zasnąłem mocniej. Gdy zadzwonił budzik, miałem piasek pod powiekami. Chętnie zostałbym w łóżku. Dodatkowo od wieczora męczyła mnie suchość w gardle i ustach. Nie pomagało regularne i dość częste popijanie wody.

Śniadanie słabo wchodziło. Musiałem się trochę przymuszać żeby zjeść to co zwykle. Białe pieczywo, masło, dużo dżemu i kawa z mlekiem. Czyli tak jak przed większością ostatnich maratonów i półmaratonów. Czyli tak jak lubię na trzy godziny przed długim biegiem. A jednak rosło w ustach.

Paru rzeczy nie zabrałem. Nie wziąłem wazeliny. A była na wcześniej przygotowanej liście. Nie miałem też żadnego starego ciucha na rozgrzewkę. Takiego żeby nie było go szkoda wyrzucić tuż przed wyruszeniem na trasę. Tej pozycji w ogóle nie uwzględniłem w notatkach. Podobnie jak i ubioru na dojście do strefy startu i powrót do hotelu. Trzeba było wyrywać w cywilkach. Oj, oj, nie do końca dobrze się przygotowałem. Od poniedziałku prześladowała mnie myśl, że do wylotu czekają mnie cztery intensywne dni, że mam mało czasu. Targał delikatny niepokój czy panuję nad wszystkim. A w czwartek wieczorem nie mogłem się zebrać do pakowania. Drobiazgi świadczące, że mogłem być zmęczony?  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz