W najczarniejszych snach nie wyśniłbym takiej przegranej. Trzydzieści minut gorzej od czasu, który jeszcze wczoraj wydawał się do osiągnięcia! Można nie zrealizować zamierzeń, można być gorszym od planu. Ale nie z taką różnicą. Boli, oj boli.
W czasie biegu najbardziej uwierała świadomość, że jestem widoczny, że nie mogę się schować. A chciałem. Żeby nie było widać, że taki wielki, w pięknych biało-czerwonych barwach, a musi chwilami iść. Nie walczy. Nogi odmawiały posłuszeństwa, sztywniały. Były jak pozbawione mocy i sztywne drewniane kołki. Gdy udawało się zmobilizować do truchtu odnosiłem małe zwycięstwa nad sobą. Maleńkie chwile radości.
Dobrze, że finalnie ukończyłem poniżej 3:52. Wstyd nieco mniejszy. Bo w pewnym momencie witałem się już z rezultatem 4:10.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz