Z powodu mgły przyleciałem z godzinnym opóźnieniem. Najpierw przez czterdzieści minut tkwiłem w samolocie stojącym na Okęciu, co nie było specjalnie wygodne dla moich długich nóg. Potem miałem wrażenie, że czekamy w powietrzu na maksymalnie dobre warunki do zniżania.
Już po wylądowaniu zagadnąłem spotkanego na pokładzie redaktora Kurzajewskiego, czy również ma w planach maraton. Odpowiedział, że tak i dodał: "do zobaczenia w Nowym Jorku". Każdy z nas miał na myśli inny bieg. Ja niedzielny, w Niemczech, on jeden z największych światowych, tydzień później.
Frankfurt nieco mnie rozczarował, z pewnością ta część po której kręciłem się najwięcej. Niby centrum finansów i biznesu, znany ośrodek targowy, a jakiś taki zapyziały, zakurzony, nieświeży. Nie czułem się zbyt pewnie. W głównej mierze to rezultat nieznajomości niemieckiego i ograniczonej możliwości swobodnego porozumiewania. Choć muszę przyznać, że wśród zaczepianych przechodniów większość bez problemów odpowiadała po angielsku. Ale zagadywałem przede wszystkim młodych. Dużo czarnoskórych, a jeszcze więcej osób w typie arabskim. Nic przeciwko nim nie mam, z wyjątkiem odjechanych radykałów, jednak osamotniony byłem, powiedzmy, skrępowany. To z kolei wynikało z nie przyzwyczajenia.
Już po wylądowaniu zagadnąłem spotkanego na pokładzie redaktora Kurzajewskiego, czy również ma w planach maraton. Odpowiedział, że tak i dodał: "do zobaczenia w Nowym Jorku". Każdy z nas miał na myśli inny bieg. Ja niedzielny, w Niemczech, on jeden z największych światowych, tydzień później.
Frankfurt nieco mnie rozczarował, z pewnością ta część po której kręciłem się najwięcej. Niby centrum finansów i biznesu, znany ośrodek targowy, a jakiś taki zapyziały, zakurzony, nieświeży. Nie czułem się zbyt pewnie. W głównej mierze to rezultat nieznajomości niemieckiego i ograniczonej możliwości swobodnego porozumiewania. Choć muszę przyznać, że wśród zaczepianych przechodniów większość bez problemów odpowiadała po angielsku. Ale zagadywałem przede wszystkim młodych. Dużo czarnoskórych, a jeszcze więcej osób w typie arabskim. Nic przeciwko nim nie mam, z wyjątkiem odjechanych radykałów, jednak osamotniony byłem, powiedzmy, skrępowany. To z kolei wynikało z nie przyzwyczajenia.
Maratonu
w mieście prawie nie widziałem. Zauważyłem pojedyncze plakaty z
fajnym hasłem ”This is Your Day”. I brama startowa stała już w
piątek w południe, w chwili gdy otwierano biuro zawodów. Byłem
ciekawy jak wielu kibiców zgromadzi się wokół trasy.
Zawiodło mnie również expo. Stosunkowo małe, a przede wszystkim bardzo standardowe. Stoiska producentów, wśród których wyróżniało się to Asics-a, jednego z głównych sponsorów biegu, oraz sprzedawców sprzętu różnych marek. Odzież, buty, pulsometry, odżywki, akcesoria. Nie powinienem spodziewać się niczego więcej, a jednak marzyło mi się coś innego. Tylko nie bardzo wiedziałem, co. Myślę, że ogrom i przepych Berlina mocno zapadł mi w pamięć. I mimo że zdawałem sobie sprawę, iż frankfurcka impreza jest prawie trzykrotnie mniejsza, nadal oczekiwałem tego co spotkałem przed rokiem. Aczkolwiek przy odbiorze pakietów nie było żadnych kolejek i prawie godzinnego czekania jak wtedy gdy ruszyły po nie rzesze berlińczyków.
Znalazłem
też niebagatelne plusy. Po pierwsze, ogromna łatwość logistyczna.
Z lotniska do głównego dworca kolejowego S-bahn jechał niecałe
dwadzieścia minut. Myk i stałem w samym centrum miasta. Przez chwilę zadzierałem głowę na wysokie biurowce. Kolejne dziesięć minut piechotą i byłem w
hotelu. Pokój już czekał! A spodziewałem się dłuższego wycierania foteli w lobby. Do rozpoczęcia doby hotelowej pozostało ponad
trzy godziny. W sobotę w porze lunchu bez problemu uzyskałem
zgodę na niedzielne późne wymeldowanie.
Na
teren targów, gdzie mieściło się biuro zawodów, i gdzie zlokalizowane były start oraz meta, też nie było
daleko. Dwudziestominutowa przechadzka. A po drodze wiele hoteli,
hotelików i hosteli. Dużo knajpek. Mniejszych, większych, tanich,
drogich, sieciowych. Można było zatrzymać się jeszcze bliżej
terenu Frankfurt Messe. Ja stanąłem nad samym brzegiem Menu. Żeby
na sobotni rozruch wybiec prosto na bulwar.
Na
dobę z kawałeczkiem przed startem trochę pobiegałem. Trzy
kwadranse. Delikatnie i bardzo spokojnie. To poranne truchtanie nad
Menem dało ogromną frajdę. I dużą nadzieję na niedzielę. :D
Lekkie
zesztywnienie kilkunastoma godzinami bezruchu szybko minęło, nogi
niosły, nic nie bolało. Na buzi pojawił się banan.
Powstrzymywałem się żeby nie szaleć, a tylko trochę rozruszać
gnaty. Sześćdziesięciometrowe przyspieszenia potraktowałem bardzo
ostrożnie. Na zakończenie rundka od mostu przy hotelu do kładki
przypominającej londyński Millennium Bridge. Jednym i drugim
brzegiem rzeki. Wśród wielu biegaczy gadających w różnych
językach. Wszyscy się pozdrawiali. Nie ruchem dłoni, jak
najczęściej u nas, ale pełnym słowem. Po niemiecku, po włosku,
po angielsku. Fajnie było, komfortowo. Zacząłem nastawiać się,
że jutro tak nie będzie.
Na
śniadanie wróciłem z pewnym ociąganiem. I kolejna niespodzianka.
Zwracała uwagę moja czerwona koszulka z białym napisem Polska i godłem. Od
razu usłyszałem powitania w ojczystym języku. :) Najbardziej
zaskakujące było to gdy zostałem rozpoznany. „Bo Pan należy do
parafii w Starej Iwicznej”. Bomba! Spotkałem sąsiadów. :)
Pozostało
już tylko oczekiwanie i zaleganie. Ostatnie ładowanie
węglowodanami. Finalne przygotowanie sprzętu. Od brzucha na całe
ciało zaczęła rozlewać się gorączka.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz