Z
hotelu wyszedłem z dużym zapasem czasowym. Okazał się odpowiedni. Zdecydowałem
się na spokojny spacer, miałem do przejścia dwie stacje metra. Zewsząd ciągnęli
ludkowie w strojach biegowych niosący białe worki z logiem imprezy. Od
Potsdamer Platz uformował się sznur maratończyków stale zasilany przez
kolejnych. Przy Bramie Brandenburskiej przeciąłem trasę biegu i pomyślałem, że
za kilka godzin tutaj będę finiszował. Zatrzymałem się na chwilę przy płocie, na
którym umieszczono białe krzyże przypominające ofiary Muru. Najpóźniejsza data:
rok 1989.
Chwilę
później, mając za plecami rozbudowany gmach Reichstagu wszedłem do strefy
dostępnej tylko dla uczestników biegu. Przyszedłem idealnie, odpowiednio
wcześnie przed główną falą biegaczy. W depozycie wziąłem folię Adidasa
pomagającą utrzymać ciepło podczas rozgrzewki. Znalazłem spokojne miejsce żeby
zdjąć dres, założyć skarpetki, zasznurować buty, finalnie zapakować i oddać
worek do depozytu.
Zaskoczyła
mnie mała ilość toalet. Przyzwyczaiłem się np. podczas imprez warszawskich, do
kabin zgrupowanych w długich szeregach. Tutaj stały w grupach po mniej więcej
dziesięć. Czekałem kilka minut, ale tylko moment później kolejki były już
ogromne. W bezpośrednim sąsiedztwie stref startowych toi-toi'ki były mniej
okupowane. Może dlatego, że wielu maratończyków korzystało z krzaczków i
drzewek w parku zlokalizowanym wzdłuż Alei 17 Czerwca. Dziewczyny też.
Pogoda
nie zmieniła się. Na niebie nie widziałem ani jednej chmury. Nie czułem wiatru.
Skojarzyłem, że słońce dominowało w wielu relacjach fotograficznych i filmowych
z biegów rozgrywanych w poprzednich latach. Czyżby wysokie prawdopodobieństwo
sprzyjającej aury miało być oprócz płaskiej i szybkiej trasy jeszcze jednym autem
tego maratonu? Ale było mocno rześko. Bluza zabrana specjalnie na rozgrzewkę,
ze świadomością, że wyrzucę ją tuż przed startem i folia od organizatorów
sprawdziły się doskonale.
Start
wyznaczono na godzinę 8:45. Zostałem przydzielony do grupy startowej E i
spodziewałem się, że od wystrzału statera do przekroczenia linii startu i
faktycznego rozpoczęcia biegu minie kwadrans lub nawet więcej. Na kilka minut
przed ósmą zacząłem truchtać i spokojnie przeprowadziłem normalną rozgrzewkę.
Do oficjalnego startu zostało z dziesięć minut gdy ruszyłem w kierunku
wyznaczonego mi miejsca i się trochę zdziwiłem. I zaniepokoiłem. Maszerujących
było tak wielu, że kolumna posuwała się bardzo powoli. Przedzierałem się obok
ścieżek i idąc za innymi trafiłem na lukę w płocie uniemożliwiającym dowolne
wchodzenie do stref. Zrzuciłem folię, zrzuciłem bluzę, przecisnąłem się
maksymalnie do przodu, przybiłem piątkę z zawodnikiem w białej koszulce Polska
i usłyszałem, że do startu zostało trzydzieści sekund. Chwileczkę próbowałem się
skupić, pomodlić i już ruszyliśmy spokojnym marszem w kierunku bramy startowej.
Wszystko odbywało się płynnie, nie było przestojów. Ulica szeroka na sześć
pasów zapewniała wysoką przepustowość. Po trzech i pół minucie byłem na trasie.
Rozpoczął się mój pierwszy zagraniczny maraton.
Taką
żelazną taktykę to miałem przygotowaną na dwadzieścia pięć kilometrów: pierwsza
piątka 5'00”/km, a następne dwie dychy 4'55”/km. Dalej zakładałem, że będę miał
siły żeby co jakiś czas przyspieszyć o 5”/km. W rozpisce, którą sobie zrobiłem
i zabrałem na trasę czas na mecie wynosił 3:26:05. Jednak to jest maraton. I po
dwóch godzinach dość szybkiego tupania wiele się może wydarzyć. Nie można
zakładać, że tempa z notatek uda się uzyskać w trakcie zawodów. Doskonale o tym
wiedziałem planując bieg. Tempa, które sobie wymyśliłem nie były jednak z
kosmosu. Lepiej lub gorzej biegałem je na treningach. Lecz nie po wcześniejszym
pokonaniu dwudziestu kilometrów. Najgorsze jednak, że nie wiedziałem czego mogę
się spodziewać po własnej dyspozycji. Nie to żebym nie czuł się przygotowany.
Byłem, ale nie wiedziałem na jaki wynik. Nie byłem pewien w jakiej jestem
formie. Cały czas pamiętałem, że silna infekcja na początku sierpnia mocno mnie
osłabiła i zabrała jeden tydzień treningów wg planu. A może zabrała więcej, bo
uszczupliła siły. Nie czułem się w pełni świeży. Zakończone czternaście dni
temu pięć tygodni intensywnych treningów dawało dużą pewność psychiczną. Ale i
obawy czy zdążę w pełni wypocząć. Zdecydowanie zbyt często prześladowała mnie
myśl ile mam lat. Niby humor dopisywał, nic nie bolało, ale czegoś brakowało do
pełnej swobody. Nie było tak jak przed rokiem w Poznaniu. Wiedziałem, że będzie
trudniej. No i choćby nie wiadomo jak chcieć, nie sposób co roku poprawiać się
o dwadzieścia minut. A marzył się taki progres, oj marzył. Może nie o
dwadzieścia minut, ale o dziesięć. I jeszcze Piotr, przez większość przygotowań
ostrożny i pozwalający sobie jedynie na opinie o złamaniu 3:30, nagle, w
ostatnim mail'u wspomniał coś o wyniku poniżej 3:25. :) Rozumiem, że miała to
być dodatkowa motywacja. Koniec końców wyszło, że należy w pełni wierzyć
przezorności i doświadczeniu trenera.
Pierwszy
kilometr minął błyskawicznie; jakbym przebiegł niecałe pięćset metrów. Ten
jeden jedyny raz Garmin zmierzył odległość dokładnie z tablicą organizatorów. Z
każdym kolejnym tysiączkiem sygnalizował pokonanie go wcześniej niż mijałem
oznaczenia przy trasie. W drugiej połowie dystansu różnica mogła wynosić nawet
pięćset metrów. Sprzęt głupiał szczególnie pomiędzy wysokimi budynkami i na
szerokich alejach porośniętych dużymi platanami. W trakcie zawodów nie zwracam
uwagi na dystans pokazywany przez urządzenie. Liczą się tylko znaki ustawione
przez orgów. Ale jednak to nieprawidłowe odmierzanie miało pewien wpływ na mój
bieg i końcowy rezultat. Dyszkę zrobiłem nie wiem kiedy. I cały czas biegłem
swoim tempem, nie miałem żadnych problemów z tłokiem, nie musiałem wyprzedzać
wolniejszych. Miejsca było dużo (dwa początkowe kilometry bardzo szerokie) i
widać, że do strefy weszli tylko maratończycy planujący biec właśnie takim
tempem.
Jedynym
problemem były punkty z napojami. Korzystanie z nich powodowało straty czasowe
i wybijało z rytmu. Trzeba było się przepchnąć do stołów, lub wcześniej do
krawędzi jezdni, złapać kubeczek i omijając innych sięgających po napoje wrócić
do biegu i odpowiedniego tempa. Nowe doświadczenie. Chcąc uniknąć obciążania
się własnym piciem w imprezie, w której na trasę wyrusza ponad czterdzieści
tysięcy ludzi trzeba to uwzględnić szacując wynik końcowy. Trudno żeby było
inaczej. Tak masowa impreza po prostu tak ma.
Czyli
pierwsze dziesięć kilometrów bez problemów, blisko założeń, ale z kilkoma
szarpnięciami tempa. A tempo budziło różnorodne wątpliwości. Czy aby nie za
szybko? A może skoro tak dobrze się czuję trzeba zaryzykować? I nagle poczułem,
że do końca jest jeszcze strasznie daleko. Siły jak najbardziej miałem, ale
jakby zaczęło się odechciewać. Przypomniałem sobie wczorajszą konstatację, że
byle do Potsdamer Platz. Zatem miałem przed sobą jeszcze dwadzieścia dziewięć
kilometrów i trzy końcówki. Z trasy pamiętam tylko niektóre fragmenty.
Reichstag widziany z drugiego brzegu Sprewy, Alexanderplatz i wieżę telewizyjną
gdzie przez głowę przeleciała mi myśl „o, NRDówek”. Dalej szeroka, zalana słońcem
Karl-Marx-Alle i duże rondo pod koniec dwunastego kilometra. Chyba załapałem
się tam na fotkę. Skojarzyłem też stację metra Südstern (osiemnasty kilometr),
bo w pobliżu znajduje się Polska Misja Katolicka i wieczorem miałem być tam na
Mszy Świętej.
W
miejscach zacienionych czuło się chłód. Mimo to cieszyłem się, że nie
przesadziłem z ubiorem. Miałem na sobie jedynie koszulkę na ramiączkach, a
rozważałem i strój jak w St. Pölten.
Tam założyłem dwie warstwy, choć bez rękawów. A wokół widziałem wielu w długich
leginsach, bluzach, ściskających w dłoniach zdjęte kurtki ortalionowe.
Na
półmetku strata do międzyczasu z rozpiski wynosiła równo minutę i wyraźnie
poczułem, że maraton to się dopiero zaczyna. Nie bałem się najbliższych
kilometrów, ale zastanawiałem się co mnie czeka w końcówce. Nie miałem
wątpliwości, że zawody ukończę. Zacząłem się bać, że czas będzie gorszy niż
3:30, a to byłoby porażką. Pragnienie żeby się poprawić i to znacząco, żeby
złamać kolejną granicę, było bardzo silne.
Po
dwudziestu pięciu kilometrach wiedziałem, że ewentualne przyspieszanie musi być
bardzo ostrożne. Koncentrowałem się na utrzymaniu tempa, które pokazywał
Garmin. Wydawało mi się, że biegnę minimalnie powyżej 4'50”/km. Wyprzedził mnie
Paweł z Raszyna. Wymieniliśmy pozdrowienia, spytałem o brata Marcina. Biegł z
tyłu. Spotykałem i innych Polaków. Przybijaliśmy piątki, pozdrawialiśmy się
krótko.
Na
dwudziestym ósmym kilometrze zorganizowana była PowerBar Gel Zone, czyli długa
prosta udekorowana żółto-czerwonymi flagami producenta izotoników, batonów,
żeli energetycznych oraz odżywek, jednego ze sponsorów maratonu. Rozdawano
żele. Można było brać do woli. Nie skorzystałem, miałem własne, a produktów
PowerBar nie próbowałem wcześniej. Inni sięgali, chyba obficie. Opakowania
musiały pękać, spadać na jezdnię. Podeszwy kleiły się do asfaltu.
Po
trzydziestu kilometrach zrobiło się bardziej tłoczno. Przez dłuższy czas miałem
trudności z biegiem we własnym tempie. Musiałem omijać, przeciskać się pomiędzy
biegnącymi. Zdziwiłem się. Myślałem, że taka sytuacja będzie miała miejsce na
początku biegu, że im dalej, tym będzie luźniej. Nie wiem czy to było tylko
wrażenie, czy może na tym mitycznym kilometrze doszedłem tych, którzy
przeżywali kryzys. Odniosłem wrażenie, że trasa wiedzie lekko w dół. Być może
było płasko, ale to odczucie bardzo pomogło. Zaczynało być ciężko. Chwilę
później z chodnika doskoczył do mnie Rafał. Nie spodziewałem się go wśród
kibiców, byłem przekonany, że też startuje. Zapytał czy chcę żel. Biegł obok kilkadziesiąt
metrów, podtrzymał na duchu, że idę równo, że smartphone’owa aplikacja
pokazuje, iż tym tempem będę na mecie lekko poniżej 3:30. Nie wierzyłem. Z
moich bardzo nieprecyzyjnych szacunków wynikało, że mam szansę złamać 3:28.
Kolega zrobił mi dużą przyjemność i zmotywował, choć może nie zdawał sobie z
tego sprawy. Przy nim, triathloniście i uczestniku zawodów Iron Man, nie
wypadało okazać słabości. Pamiętam, że się wyprostowałem. Cisnąłem dalej. Ale
fajny gość, pomyślałem. Nie krzyczał z chodnika, a chciało mu się zrobić kilka
wspólnych kroków. Dziękuję.
Odliczałem
kilometry do końca, obliczałem ile jeszcze będzie trwał mój bieg. Nic mnie nie
bolało, tylko brakowało mocy. Głowa domagała się żeby skończyć, żeby się
zatrzymać. Każdy krok wymagał wysiłku, pokonanie każdego metra było trudem.
Ściana? Raczej nie, ale poważny kryzys i owszem. Próbowałem nie zwalniać.
Szukałem w sobie tego zapomnienia, o którym czytałem u wybitnych
wytrzymałościowców, tego punktu gdy organizm przełamuje zmęczenie i sięga do
najgłębszych rezerw. Może i dobrze, że nie znalazłem. Naprawdę biegłem na
kresce, jej przekroczenie mogło być ryzykowne.
Ze
znanych miejsc zauważyłem charakterystyczne wieże Kościoła Pamięci
(Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche) i dalej w perspektywie ulicy pomnik w
kształcie powyginanych ogniw ogromnego łańcucha, symbolizujący podział miasta
na część wschodnią i zachodnią. Zarejestrowałem, że się do nich zbliżam. Nic
ponadto. Nie pamiętam momentu kiedy przebiegałem w ich bezpośrednim
sąsiedztwie. Czyli głowa przyjęła informację, ale nic z nią nie zrobiła. Ta
wiadomość do niczego nie była potrzebna.
Wiatr
zaczął być odczuwalny. Niektóre podmuchy, w niektórych miejscach wiały prosto w
twarz. Na szczęście nie były zbyt silne. Nagle zorientowałem się, że przecież
byłem na tej ulicy wczoraj, podczas rozruchu. Potsdamer Strasse! Blisko, jakieś
cztery kilometry. Lekki podbieg, na którego końcu usytuowany był punkt z wodą.
Sięgnąłem po kubeczek i zatrzymałem się. Odpocznę chwilkę. To wszystko działo
się jakby poza mną, jakbym widział to, a nie czuł. Nie wiem skąd napłynęło
olśnienie, że jeżeli postoję choć chwilę to się nie ruszę, będzie katastrofa.
Jak będziesz się czuł jeżeli się poddasz? Jak będziesz się czuł gdy
przybiegniesz w czasie gorszym niż 3:30? Tak, wiedziałem, że nawet życiówka,
ale poniżej trzech i pół godziny będzie dużym rozczarowaniem, będzie bardzo
bolała. Biegłem dalej.
Kilometrów trzydziestego ósmego i trzydziestego dziewiątego nie pamiętam. Nie wiem kto walczył obok, czy było ciasno, czy już nie. Jak przez mgłę widziałem wyczekiwany Potsdamer Platz. Coś trzy kilometry do mety. Trochę dalej usłyszałem pytanie: „zrobimy 3:35?”. Spojrzałem na Polaka po mojej lewej ręce i odpowiedziałem, że będzie lepiej. Przyspieszyłem. Wykorzystywałem ostatnie zasoby, a głowa wiedząc, że meta blisko, przestała protestować. Ominąłem ostatnie stoły w wodą. Nie dlatego żeby nie tracić czasu. Bałem się straty rytmu. Końcówka, dasz radę bez picia. Zerknąłem na Garmina, na ekran z czasem łącznym (tu nie było żadnych przekłamań). Poniżej 3:27 już chyba nie zejdę, ale na 3:28:xx nadal jest szansa. Tylko dlaczego właśnie tutaj trasa jest tak kręta? Nareszcie Unter den Linden, ostatnia prosta! Podręcznikowo podzieliłem ją w myślach na etapy. Najpierw niebieska pompowana brama ERDINGER Alkoholfrei. Jest! Teraz Brama Brandenburska. Przypomniał mi się jeden z końcowych odcinków „Czterech pancernych i psa”; Janek wspinający się na szczyt tej budowli. Przebiegłem pomiędzy kolumnami. Zostało kilkaset metrów. Widziałem czarne, a może granatowe litery ZIEL na białym zwieńczeniu mety. Wreszcie pod nogami ceglasta mata pomiaru czasu. Zatrzymałem zegarek. Pokazał 3:29:06. Pierwszą myślą, która przyszła mi do głowy było, że ładnie wygląda ten rezultat, że ta dwójka na drugim miejscu jest piękna. :)
Niespodziewanie usłyszałem komplement: „ale jesteś gigant, ale miałeś końcówkę”. Kolejny Polak. Przybiegł za mną, widział moją walkę na finiszu. Pogratulowaliśmy sobie, wymieniliśmy kilka uwag. Dostałem medal, odebrałem folię. Dopytałem się o zwycięzcę i szczegóły rekordu świata. Wypatrzył mnie Paweł, po chwili dobiegł i Marcin. Z jeszcze jednym Polakiem zrobiliśmy sobie zdjęcie.
Poczułem
się naprawdę słabo. Spodziewałem się, że zaraz zrobi mi się zimno, będę miał
dreszcze (to normalny u mnie objaw zmęczenia i poważnego wyczerpania). Folia
chroniła tylko trochę, a do depozytu miałem kawałek. I szedłem bardzo powoli.
Pojawił się ból w nogach, szczególnie prawa łydka była mocno nabita, twarda i
utrudniała płynny ruch.
Na
odkrytym, ogromnym trawniku przed Reichstagiem wiatr szybko mnie ochłodził.
Odbierając graty z depozytu nie potrafiłem powstrzymać szczękania zębami;
dygotałem. Zmęczony, połamany i sztywny wciągałem suche rzeczy. Na wierzch
założyłem cienki ortalion i poczułem się lepiej. Gdy zjadłem bardzo słodki
baton energetyczny, siły wróciły. Byłem zmęczony i obolały, ale po za tym było
już w porządku. Starając się nie człapać zbytnio, nie ciągnąć nogami i nie
garbić, ruszyłem do punktu gdzie umówiliśmy się ze znajomymi.
Ok.,
to tyle co zapamiętałem, co podpowiadają emocje. Teraz krótka analiza startu
oparta na liczbach i innych konkretach.
Uważam,
że czas 3:29:05, bo tyle zmierzył mi sprzęt organizatorów i taki jest
oficjalnie uzyskany rezultat, był realizacją tego na co faktycznie byłem
przygotowany. Przy odrobinie szczęścia można było urwać jeszcze jakieś 15”
(zatrzymanie się przy punkcie odświeżania, kilka zakrętów pobiegniętych
bardziej przy krawędzi). Chwila poważnego osłabienia uświadomiła mi, że wielu
rezerw to już nie miałem. A nie chodzi o to żeby paść zaraz za metą. Czas w
graniach 3:25 był mało realny i należy go traktować w kategoriach pięknych
marzeń.
Nie
wiem co by się stało gdyby Garmin odmierzał równe kilometry. Wg urządzenia
przebiegłem prawie czterdzieści trzy tysiące metrów. A suma czasów w jakich
pokonałem każdy z czterdziestu dwóch kilometrów zmierzonych przez zegarek
wynosi 3:24:53! Gdyby tak było, na mecie osiągnąłbym czas 3:26:20 ~ 3:26:50. Wg
Garmina biegłem ze średnim tempem 4’53”/km, a w rzeczywistości było wolniej o
prawie 5”/km. Stąd te moje wątpliwości, szczególnie na początku, czy nie idę za
szybko. W trakcie długiego biegu (wysiłku) głowa nie pracuje normalnie i
trudniej o precyzyjne wnioski. Dlatego zapewne nie przejąłem się tym, że biegnę
niby szybciej niż planowałem, a na punktach kontrolnych moja strata w stosunku
do rozpiski rośnie. Bo upływający czas Garmin mierzył prawidłowo.
Analiza
międzyczasów zamieszczonych w tabeli wyników pokazuje, że moje wrażenia z biegu
są bliskie prawdy. Pierwszą piątkę zrobiłem średnio 5’00”/km. Potem przez
dwadzieścia kilometrów biegłem w tempie 4’57”/km i biegłem dość równo
(najwolniejsza piątka 4’58”/km, dwie najszybsze 4’55”/km). Po dwudziestu pięciu
kilometrach na podstawie oceny aktualnego samopoczucia ostrożnie podszedłem do
planowanego przyspieszania i następną dyszkę pokonałem średnio 4’55”/km.
Najsłabsze było pięć kilometrów od trzydziestego piątego. Tempo spadło
(5’04”/km). Tylko ja o tym nie widziałem. Garmin pokazuje średnią dla tego
fragmentu na poziomie 4’55”/km. Na trasie wydawało mi się, że mniej więcej
trzymam tempo. Cieszę się, że potrafiłem pocisnąć w końcówce, że znalazłem
siły, że przyspieszyłem do 4’47”/km. W ten sposób chyba po raz pierwszy
pobiegłem obie połówki maratonu prawie równo. Na półmetku miałem czas 1:44:27,
a drugą część dystansu pokonałem w 1:44:39. Dwanaście sekund wolniej, czyli coś pół
sekundy na kilometr. Na moim poziomie różnica chyba niemożliwa do wychwycenia.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz