niedziela, 1 grudnia 2013

Tylko raz w roku

Biegowa wyobraźnia zawsze o dobrych kilka kroków wyprzedzała moje możliwości. Ledwo pokonałem granicę czterech godzin, nie zrobiłem jeszcze rezultatu w pobliżu 3:45, a już pytałem Piotra co powinno się wydarzyć żebym zbliżył się do trzech i pół godziny. Między innymi i dlatego, że byłem absolutnie pewien, iż w najbliższych startach ponownie znacznie poprawię swój najlepszy wynik.

Nasza rozmowa miała miejsce jeszcze przed Wrocławiem i Warszawą. Spotkaliśmy się latem w Trójmieście. Jedliśmy lody i leniwie rozmawialiśmy o bieganiu. Pewnie to ja głównie gadałem. Tak mam. Nakręcam się. Piotr komentował, odpowiadał na pytania. Zaskoczył mnie mówiąc, że dalszy progres wymaga pracy na krótszych dystansach, że trzeba mieć lepsze życiówki na piątkę i na dychę. Wydawało mi się, że maraton to przede wszystkim wytrzymałość i kondycja. Nie myślałem o szybkości. Spodziewałem się usłyszeć coś o znacznie większym kilometrażu, dużej intensywności czy jeszcze jednym treningu jakościowym w tygodniu.

Zgodziłem się prawie natychmiast. W porządku, zróbmy tak. Problem jednak w tym, że trudno jest połączyć przygotowania do maratonu i szybkiego startu na krótszym dystansie. Najpierw szybkość i dopiero na tej bazie praca specyficzna dla czterdziestu dwóch kilometrów z ogonkiem. Żeby wszystko razem zmieścić w cyklu rocznym należy ograniczyć się do jednego biegu maratońskiego. W myślach gwałtownie zaprotestowałem. No bo jak? Tak długo czekać na kolejny? A jeżeli coś nie wyjdzie, to następna próba dopiero po dwunastu miesiącach? Nie jestem dwudziestolatkiem, nie mam tyle czasu. Dwa starty w roku, jeden wiosną i drugi jesienią, wydawały się systemem prawie idealnym.

Zaraz, ale o co ci chodzi? Postawiłeś pytanie, usłyszałeś odpowiedź. Teraz masz dwie możliwości: zaliczasz kolejne maratony albo zasuwasz żeby pobiec rzadziej, ale dużo szybciej.

Już dwa kolejne lata trenuję w ten sposób: maraton pod koniec września lub w październiku, a wcześniej starty na krótszych dystansach. Teraz widzę same pozytywy takiego planu. Po pierwsze, złamałem trzy i pół godziny i czuję, że jest szansa na jeszcze lepszy rezultat. A po drodze bardzo poprawiłem czasy od pięciu kilometrów do półmaratonu. Po drugie, odpoczywam emocjonalnie pomiędzy najważniejszymi dla mnie startami na królewskim dystansie, czekam na kolejne, wewnętrznie jestem odpowiednio naładowany. Po trzecie, w takim cyklu jest miejsce na odpoczynek fizyczny i regenerację, na dwa, trzy tygodnie roztrenowania. Najczęściej późną wiosną, na początku lata. Przed rozpoczęciem bezpośredniego przygotowania startowego. I wreszcie, jeden maraton rocznie to obciążenie akceptowalne przez organizm. Mogę powiedzieć, że biegam dla zdrowia.

A fantazja nadal sięga daleko. Marzy mi się bieg w czasie lepszym niż trzy godziny. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz