Biegowa wyobraźnia zawsze o dobrych kilka kroków wyprzedzała
moje możliwości. Ledwo pokonałem granicę czterech godzin, nie zrobiłem jeszcze
rezultatu w pobliżu 3:45, a już pytałem Piotra co powinno się wydarzyć żebym
zbliżył się do trzech i pół godziny. Między innymi i dlatego, że byłem
absolutnie pewien, iż w najbliższych startach ponownie znacznie poprawię swój
najlepszy wynik.
Nasza rozmowa miała miejsce jeszcze przed Wrocławiem i Warszawą. Spotkaliśmy się latem w Trójmieście. Jedliśmy lody i leniwie
rozmawialiśmy o bieganiu. Pewnie to ja głównie gadałem. Tak mam. Nakręcam się. Piotr
komentował, odpowiadał na pytania. Zaskoczył mnie mówiąc, że dalszy progres
wymaga pracy na krótszych dystansach, że trzeba mieć lepsze życiówki na piątkę
i na dychę. Wydawało mi się, że maraton to przede wszystkim wytrzymałość i
kondycja. Nie myślałem o szybkości. Spodziewałem się usłyszeć coś o znacznie większym
kilometrażu, dużej intensywności czy jeszcze jednym treningu jakościowym w
tygodniu.
Zgodziłem się prawie natychmiast. W porządku, zróbmy tak.
Problem jednak w tym, że trudno jest połączyć przygotowania do maratonu i szybkiego
startu na krótszym dystansie. Najpierw szybkość i dopiero na tej bazie praca
specyficzna dla czterdziestu dwóch kilometrów z ogonkiem. Żeby wszystko razem
zmieścić w cyklu rocznym należy ograniczyć się do jednego biegu maratońskiego. W
myślach gwałtownie zaprotestowałem. No bo jak? Tak długo czekać na kolejny? A
jeżeli coś nie wyjdzie, to następna próba dopiero po dwunastu miesiącach? Nie
jestem dwudziestolatkiem, nie mam tyle czasu. Dwa starty w roku, jeden wiosną i drugi jesienią, wydawały się systemem prawie idealnym.
Zaraz, ale o co ci chodzi? Postawiłeś pytanie, usłyszałeś
odpowiedź. Teraz masz dwie możliwości: zaliczasz kolejne maratony albo zasuwasz
żeby pobiec rzadziej, ale dużo szybciej.
Już dwa kolejne lata trenuję w ten sposób: maraton pod
koniec września lub w październiku, a wcześniej starty na krótszych dystansach.
Teraz widzę same pozytywy takiego planu. Po pierwsze, złamałem trzy i pół
godziny i czuję, że jest szansa na jeszcze lepszy rezultat. A po drodze bardzo
poprawiłem czasy od pięciu kilometrów do półmaratonu. Po drugie, odpoczywam
emocjonalnie pomiędzy najważniejszymi dla mnie startami na królewskim
dystansie, czekam na kolejne, wewnętrznie jestem odpowiednio naładowany. Po
trzecie, w takim cyklu jest miejsce na odpoczynek fizyczny i regenerację, na dwa, trzy tygodnie
roztrenowania. Najczęściej późną wiosną, na początku lata. Przed rozpoczęciem
bezpośredniego przygotowania startowego. I wreszcie, jeden maraton rocznie to
obciążenie akceptowalne przez organizm. Mogę powiedzieć, że biegam dla zdrowia.
A fantazja nadal sięga daleko. Marzy mi się bieg w czasie
lepszym niż trzy godziny. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz