poniedziałek, 23 grudnia 2013

Zielona dieta

Na dietę w zasadzie pozbawioną produktów zwierzęcych przeszedłem zaraz po powrocie z Berlina. Choć decyzję podjąłem wcześniej, nie chciałem eksperymentować przed najważniejszym startem w roku. Nie stała za tym żadna ideologia, żaden światopogląd. Zamierzałem jedynie przekonać się na ile oparcie odżywiania na roślinach, warzywach, owocach, nasionach, ziarnach, pestkach i orzechach pomoże mi lepiej biegać. Bo jest kilku wybitnych sportowców wytrzymałościowych, którzy bardzo sobie chwalą takie żarcie. Po trzech miesiącach uważam, że zmiana z pewnością mi nie zaszkodziła.

Gdy na początku roku czytałem historię Scotta Jurka "Jedz i biegaj" jego wegetarianizm potraktowałem jako intrygującą ciekawostkę. Przyjąłem, że facet ma po prostu organizm pozwalający odnosić spektakularne sukcesy w ultramaratonach bez specjalnie bogatego zasilania. Tak, rok temu wydawało mi się, że warzywno-owocowa dieta to pośledniejszy, mniej dostatni sposób odżywiania. Nie pełny. Właśnie wydawało mi się. Niewiele wiedziałem na ten temat i choć sam przywiązywałem wagę do regularnego spożywania dań roślinnych, kilka agresywnych tytułów widzianych w przyszłości powodowało, że wyłącznie takiego jedzenia nie umiałem traktować poważnie. Co więcej, głośno zarzekałem się, że ze względów smakowych nie potrafiłbym zrezygnować z dań mięsnych. Opowieść Jurka nie zachęciła mnie. Jeszcze.
Inspiracją okazała się kolejna sportowa lektura; książka "Ukryta siła", którą napisał Rich Roll. Początkowo biografia utalentowanego pływaka, kandydata do kadry olimpijskiej topiącego talent w alkoholu, mocno mnie irytowała. Potem jednak z uznaniem czytałem o przemianie mojego prawie rówieśnika w faceta, który będąc już po czterdziestce ukończył zawody Ultraman (taki trzydniowy i mniej komercyjny Ironman: prawie 10km pływania w otwartym akwenie, 420km jazdy rowerowej i 84km biegu, a wszystko oczywiście w spiekocie Hawajów). Ze zdziwieniem potraktowałem wiadomość, że początki jego przygody ze sportem ultra wytrzymałościowym zbiegły się z przejściem na zieloną dietę. Zatrzymałem się. Zachciałem spróbować. Zastanawiałem się przecież co jeszcze mogę zrobić żeby wspomóc samego siebie w realizacji marzeń o poprawie maratońskiego wyniku. A tu mężczyzna młodszy tylko o rok, zatruty alkoholem, a potem otyły za sprawą hamburgerów, które zastąpiły wcześniejszy nałóg, osiąga takie rezultaty, że zostaje zaliczony w poczet dwudziestu pięciu najbardziej wysportowanych osób na świecie! I twierdzi, że wszystko dzięki mocy roślin, jak nazywa swoją dietę. Języczkiem u wagi było jedno stwierdzenie. Roll napisał, że jedząc warzywa i owoce pozbył się codziennych problemów z popołudniową sennością! Tak, dla wyeliminowania "dzięcioła" męczącego mnie w biurze codzienne po lunchu odstawię produkty zwierzęce! Będę jadł tylko rośliny.

Sięgnąłem również do źródeł, bo Roll powoływał się na kilka poważnych publikacji. Utwierdziłem się w przekonaniu, że to dobra decyzja. I zacząłem ją postrzegać szerzej, nie tylko w biegowym kontekście. Chciałbym żeby poprawiła moje osiągnięcia. Ale jeżeli tak się nie stanie, to wierzę, że zdecydowanie polepszy kondycję całego organizmu. Ufam też w delikatne podpowiedzi ciała. Od chwili gdy Kuba zasugerował aby dla lepszej regeneracji spożywać dużo sałat, poczułem, że z zadowoleniem przyjmuję tego typu posiłki. Jakkolwiek śmiesznie to brzmi, różnego rodzaju zieleniny dobrze mi wchodzą.

Od początku października jem głównie jarzyny i owoce. Unikam mięsa i przetworów mlecznych. Ale nie jestem ortodoksyjny. Raz w tygodniu zdarza mi się przyjąć przygotowany przez Danusię nieduży kawałek indyka czy łososia. Lunche jadam na mieście i nawet dopytując się o skład potraw, nie jestem w stanie całkowicie wyeliminować nabiału. Mam świadomość, że trafią się drobinki masła czy śmietany. Takie spokojne podejście bardzo podobało mi się u Rolla. Staram się, aby moje odżywianie opierało się o rośliny, ale jeżeli nie mam innych możliwości to nie głodzę się.

Zmiana nie okazała się trudna. Z pozytywnym zdziwieniem przyjąłem łatwość z jaką odstawiłem sery żółte i pleśniowe, które wcześniej jadłem codziennie. Z wędlinami nie miałem żadnych problemów. Było mi o tyle łatwiej, że Danusia z Martą od kilku już lat nie jedzą nabiału (z wyjątkiem masła). A mięso ograniczają prawie wyłącznie do weekendowych obiadów z indykiem lub rybą. Czerwonego nie było u nas od dawna. Nie spowodowałem zatem domowych konfliktów, uniknąłem prowadzenia dwóch kuchni. Oczywiście trzeba było trochę poszperać, aby znaleźć produkty roślinne bogate w białko czy w żelazo. Stale szukam nowych przepisów. Trzeba było zastanowić się chwilę nad zawartością poszczególnych posiłków. Musiałem wymyślić co przygotować sobie zaraz po treningu w miejsce jogurtu jako wspomaganie węglowo-białkowe. Należało też zmienić strukturę zakupów. Wszystko to przebiegło dość łatwo. Teraz lodówki i spiżarnia pełne są warzyw i owoców oraz ryżu i kasz. Jest dużo orzechów. Na półkach stoją puszki fasoli, groszku czy soczewicy. I mleka kokosowego, które smakuje mi niebywale. Sojowe, migdałowe czy ryżowe też pijemy. Zamrażarka jest wypełniona mrożonkami. Jest po co sięgać. A blender i mikser to moje ulubione kuchenne gadżety. Jeden już zajechałem. Zelmer Katarzyna otrzymany w prezencie ślubnym nie zniósł intensywnego mieszania, często dwa razy w ciągu dnia. Miksowanie zup dla małej Marty przed laty okazało się mniej wymagające o mojego przygotowywania koktajli czy past do chleba.

Czuję się doskonale. Jestem pełen energii. Lepiej śpię. Zdecydowanie częściej przesypiam bardzo mocno całą noc i potrzebuję dłuższej chwili żeby się wybudzić. Wstaję wypoczęty. Waga jeszcze obniżyła się i ustabilizowała. Waha się w przedziale 92,7 - 93,3kg. Wszystkie parametry krwi i moczu pozostają jak najbardziej w normie. I nie muszę już toczyć poobiednich biurowych bojów z pragnieniem drzemki!

A sportowo? Nie zauważyłem żadnych trudności, a bałem się, szczególnie początkowo, że organizm może zareagować na zmianę obniżką formy. Dlatego przyglądałem się sobie bardzo uważnie. Jak się czuję w trakcie treningu, jak szybko odpoczywam, czy puls spoczynkowy się nie zmienił, czy ciśnienie krwi jest na odpowiednim poziomie. Jest znakomicie. Dwa szybkie i intensywne starty kończące sezon wypadły bardzo dobrze. Wyniki na dziesięć i piętnaście kilometrów bardzo cieszą, ale bardziej samopoczucie i dyspozycja w jakich przystępowałem do zawodów. Byłem wypoczęty, pełen mocy i świeżości. Byłem nakręcony i przekonany o wysokiej formie.

Przejście na dietę roślinną ma jeszcze jedną zaletę. Rodzinną. Dużo więcej czasu spędzam w kuchni i szykując jedzenie dla siebie, szykuję i dla Dziewczyn. Bo żeby w tygodniu łatwo było zrobić sobie kanapkę, w niedzielę trzeba umyć sałatę, rukolę, cykorię, pokroić paprykę, obrać ogórki kiszone, przygotować pasty do smarowania na chlebie. Dobrze jest nagotować komosy, kaszy lub ryżu żeby szybko zrobić "wegańską owsiankę", którą jadam na podwieczorek. W tygodniu te zapasy świeżyzny wymagają oczywiście uzupełnienia, ale już w mniejszych ilościach, co nie zabiera tyle czasu. A zdziwienie Danusi, która uważała dotąd, że mąż nic w kuchni zrobić nie potrafi jest naprawdę bezcenne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz