Na
dietę w zasadzie pozbawioną produktów zwierzęcych przeszedłem
zaraz po powrocie z Berlina. Choć decyzję podjąłem wcześniej,
nie chciałem eksperymentować przed najważniejszym startem w roku.
Nie stała za tym żadna ideologia, żaden światopogląd.
Zamierzałem jedynie przekonać się na ile oparcie odżywiania na
roślinach, warzywach, owocach, nasionach, ziarnach, pestkach i
orzechach pomoże mi lepiej biegać. Bo jest kilku wybitnych
sportowców wytrzymałościowych, którzy bardzo sobie chwalą takie
żarcie. Po trzech miesiącach uważam, że zmiana z pewnością mi
nie zaszkodziła.
Gdy
na początku roku czytałem historię Scotta Jurka "Jedz i
biegaj" jego wegetarianizm potraktowałem jako intrygującą
ciekawostkę. Przyjąłem, że facet ma po prostu organizm
pozwalający odnosić spektakularne sukcesy w ultramaratonach bez
specjalnie bogatego zasilania. Tak, rok temu wydawało mi się, że
warzywno-owocowa dieta to pośledniejszy, mniej dostatni sposób
odżywiania. Nie pełny. Właśnie wydawało mi się. Niewiele
wiedziałem na ten temat i choć sam przywiązywałem wagę do
regularnego spożywania dań roślinnych, kilka agresywnych tytułów
widzianych w przyszłości powodowało, że wyłącznie takiego
jedzenia nie umiałem traktować poważnie. Co więcej, głośno zarzekałem się, że ze względów smakowych nie potrafiłbym zrezygnować z dań mięsnych. Opowieść Jurka nie
zachęciła mnie. Jeszcze.
Inspiracją
okazała się kolejna sportowa lektura; książka "Ukryta siła",
którą napisał Rich Roll. Początkowo biografia utalentowanego pływaka, kandydata do kadry olimpijskiej topiącego talent w
alkoholu, mocno mnie irytowała. Potem jednak z uznaniem czytałem o
przemianie mojego prawie rówieśnika w faceta, który będąc już
po czterdziestce ukończył zawody Ultraman (taki trzydniowy i mniej
komercyjny Ironman: prawie 10km pływania w otwartym akwenie, 420km
jazdy rowerowej i 84km biegu, a wszystko oczywiście w spiekocie
Hawajów). Ze zdziwieniem potraktowałem wiadomość, że początki
jego przygody ze sportem ultra wytrzymałościowym zbiegły się z
przejściem na zieloną dietę. Zatrzymałem się.
Zachciałem spróbować. Zastanawiałem się przecież co jeszcze
mogę zrobić żeby wspomóc samego siebie w realizacji marzeń o
poprawie maratońskiego wyniku. A tu mężczyzna młodszy tylko o
rok, zatruty alkoholem, a potem otyły za sprawą hamburgerów, które
zastąpiły wcześniejszy nałóg, osiąga takie rezultaty, że
zostaje zaliczony w poczet dwudziestu pięciu najbardziej
wysportowanych osób na świecie! I twierdzi, że wszystko dzięki
mocy roślin, jak nazywa swoją dietę. Języczkiem u wagi było
jedno stwierdzenie. Roll napisał, że jedząc warzywa i owoce pozbył
się codziennych problemów z popołudniową sennością! Tak, dla
wyeliminowania "dzięcioła" męczącego mnie w biurze
codzienne po lunchu odstawię produkty zwierzęce! Będę jadł tylko
rośliny.
Sięgnąłem
również do źródeł, bo Roll powoływał się na kilka poważnych
publikacji. Utwierdziłem się w przekonaniu, że to dobra decyzja. I
zacząłem ją postrzegać szerzej, nie tylko w biegowym kontekście. Chciałbym żeby poprawiła moje osiągnięcia. Ale jeżeli tak się nie stanie, to wierzę, że zdecydowanie polepszy kondycję całego organizmu. Ufam też w delikatne podpowiedzi ciała. Od chwili gdy Kuba zasugerował
aby dla lepszej regeneracji spożywać dużo sałat, poczułem, że z
zadowoleniem przyjmuję tego typu posiłki. Jakkolwiek śmiesznie to
brzmi, różnego rodzaju zieleniny dobrze mi wchodzą.
Od
początku października jem głównie jarzyny i owoce. Unikam mięsa
i przetworów mlecznych. Ale nie jestem ortodoksyjny. Raz w tygodniu
zdarza mi się przyjąć przygotowany przez Danusię nieduży kawałek
indyka czy łososia. Lunche jadam na mieście i nawet dopytując się
o skład potraw, nie jestem w stanie całkowicie wyeliminować
nabiału. Mam świadomość, że trafią się drobinki masła czy
śmietany. Takie spokojne podejście bardzo podobało mi się u
Rolla. Staram się, aby moje odżywianie opierało się o rośliny,
ale jeżeli nie mam innych możliwości to nie głodzę się.
Zmiana
nie okazała się trudna. Z pozytywnym zdziwieniem przyjąłem
łatwość z jaką odstawiłem sery żółte i pleśniowe, które
wcześniej jadłem codziennie. Z wędlinami nie miałem żadnych problemów. Było mi o tyle łatwiej, że Danusia
z Martą od kilku już lat nie jedzą nabiału (z wyjątkiem masła). A mięso
ograniczają prawie wyłącznie do weekendowych obiadów z indykiem
lub rybą. Czerwonego nie było u nas od dawna. Nie spowodowałem
zatem domowych konfliktów, uniknąłem prowadzenia dwóch kuchni.
Oczywiście trzeba było trochę poszperać, aby znaleźć produkty
roślinne bogate w białko czy w żelazo. Stale szukam nowych
przepisów. Trzeba było zastanowić się chwilę nad zawartością
poszczególnych posiłków. Musiałem wymyślić co przygotować
sobie zaraz po treningu w miejsce jogurtu jako wspomaganie
węglowo-białkowe. Należało też zmienić strukturę zakupów.
Wszystko to przebiegło dość łatwo. Teraz lodówki i spiżarnia
pełne są warzyw i owoców oraz ryżu i kasz. Jest dużo orzechów.
Na półkach stoją puszki fasoli, groszku czy soczewicy. I mleka
kokosowego, które smakuje mi niebywale. Sojowe, migdałowe czy ryżowe też pijemy. Zamrażarka jest wypełniona
mrożonkami. Jest po co sięgać. A blender i mikser to moje ulubione
kuchenne gadżety. Jeden już zajechałem. Zelmer Katarzyna otrzymany
w prezencie ślubnym nie zniósł intensywnego mieszania, często dwa
razy w ciągu dnia. Miksowanie zup dla małej Marty przed laty
okazało się mniej wymagające o mojego przygotowywania koktajli czy
past do chleba.
Czuję
się doskonale. Jestem pełen energii. Lepiej śpię. Zdecydowanie
częściej przesypiam bardzo mocno całą noc i potrzebuję dłuższej
chwili żeby się wybudzić. Wstaję wypoczęty. Waga jeszcze
obniżyła się i ustabilizowała. Waha się w przedziale 92,7 -
93,3kg. Wszystkie parametry krwi i moczu pozostają jak najbardziej w
normie. I nie muszę już toczyć poobiednich biurowych bojów z
pragnieniem drzemki!
A
sportowo? Nie zauważyłem żadnych trudności, a bałem się,
szczególnie początkowo, że organizm może zareagować na zmianę
obniżką formy. Dlatego przyglądałem się sobie bardzo uważnie.
Jak się czuję w trakcie treningu, jak szybko odpoczywam, czy puls
spoczynkowy się nie zmienił, czy ciśnienie krwi jest na
odpowiednim poziomie. Jest znakomicie. Dwa szybkie i intensywne
starty kończące sezon wypadły bardzo dobrze. Wyniki na dziesięć
i piętnaście kilometrów bardzo cieszą, ale bardziej samopoczucie
i dyspozycja w jakich przystępowałem do zawodów. Byłem wypoczęty,
pełen mocy i świeżości. Byłem nakręcony i przekonany o wysokiej
formie.
Przejście
na dietę roślinną ma jeszcze jedną zaletę. Rodzinną. Dużo
więcej czasu spędzam w kuchni i szykując jedzenie dla siebie,
szykuję i dla Dziewczyn. Bo żeby w tygodniu łatwo było zrobić
sobie kanapkę, w niedzielę trzeba umyć sałatę, rukolę, cykorię,
pokroić paprykę, obrać ogórki kiszone, przygotować pasty do
smarowania na chlebie. Dobrze jest nagotować komosy, kaszy lub ryżu
żeby szybko zrobić "wegańską owsiankę", którą jadam
na podwieczorek. W tygodniu te zapasy świeżyzny wymagają
oczywiście uzupełnienia, ale już w mniejszych ilościach, co nie
zabiera tyle czasu. A zdziwienie Danusi, która uważała dotąd, że
mąż nic w kuchni zrobić nie potrafi jest naprawdę bezcenne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz