Delikatnie liznąłem, troszkę poczułem triathlon. I jeszcze bardziej
mi spodobał. A mimo to wcale nie jestem bliżej decyzji o rozpoczęciu
przygotowań. Choć byłoby pięknie założyć koszulkę "Ironman Finisher".
W Austrii dostałem ”Ironman 70.3 Team Finisher”.
Po pierwsze, czas i rodzina. Wirtualnie śledziłem
przygotowania Baśki i Rafała. Widziałem ile czasu spędzali na basenie,
biegając, czy na rowerze. Pracują w dużych przedsiębiorstwach. Też mają dom,
dzieci i psy. Ale triathlon jest ich wspólną pasją. Bardzo trudno byłoby mi
podjąć z Danusią dyskusję na temat moich przygotowań. Szczególnie gdy Marta planuje
wyjazd zagraniczny na cały semestr, a potem może szybko wyfrunąć na dłużej (na
zawsze). I nawet gdybym dostał zielone światło, to chyba nie czułbym się
dobrze. Żona z pewnością oczekuje, że będziemy więcej razem. Nie, że będę dodatkowo
wyjeżdżał na basen. Jak najbardziej mogę się dopytywać o więcej biegania, wspólnego
czy z psami, nie o czas dla siebie.
Po drugie, koszty. Rower z osprzętem, buty, kask, ubiór to
wszystko kosztuje. Jeszcze trenażer do zimowego pedałowania w domu. Nie muszą
być z najwyższej półki, ale powinny być przyzwoite i dopasowane. Dalej pianka. W
moim przypadku również trener (kurs) pływacki. W zasadzie od podstaw. Pewnie są
jeszcze wydatki, których nie znam, których sobie nie uświadamiam.
Podczas połówki IM na rowerze spędza się około trzech
godzin. A potem trzeba pobiec. Należy zatem zadbać, aby przystąpić do ostatniej
części w możliwie najlepszej kondycji. I żeby ukończyć całość i przeżyć. Żeby
się cieszyć. Nie chodzi o to, aby paść za metą. To wymaga, moim zdaniem, odpowiedniego sprzętu. I czasu na przygotowania. Czyli patrz punkt pierwszy.
Po czwarte, co bardziej warto. Na to pytanie nikt nie
odpowie. Trzeba zdecydować, wybrać. Obowiązuje zasada specyfiki treningu.
Specyfiki wymaganej przez uprawianą dyscyplinę. Jeżeli wszystko potoczy się jak
chciałbym, to jesienią w Berlinie mam szanse pokonać maraton w czasie 3:25.
Gdyby się tak wydarzyło, warto byłoby zacząć realizować plan maksymalnego
zbliżenia się w ciągu dwóch, może trzech lat do 3:00. W bieganiu walczę z samym sobą, ale w górnej połowie stawki. Nie
bardzo chciałbym z tego rezygnować, a startując w triathlonie zaczynałbym od
dołu.
Po piąte, moje faktyczne możliwości. Mam 48 lat i bawiąc się
sport chcę być w dobrej kondycji, chcę żeby jak najdłużej towarzyszyło mi to
wewnętrzne poczucie zdrowia, siły i krzepy. Aktualna intensywność treningu to
zapewnia. Czy jednak zwiększenie objętości, czasu, połączenie trzech dyscyplin
to nie za dużo? Znam siebie, być może potrafiłbym spokojnie podejść do debiutu.
Potem zacząłbym ścigać się o jak najlepszy wynik. Widziałem wielu zawodników startujących
na pełnym luzie, żeby ukończyć. Na trasę kolarską wyjeżdżali jakby brakowało im
motywacji, w biegu truchtali. To nie mój sposób uczestnictwa. Dopóki mogę
zależy mi na jak najlepszym wyniku. Potem też, choć już nie będą to życiówki, a
rekordy np. danego roku.
Po szóste, mechanika i obsługa roweru. Banalna rzecz, a
jednak. Oglądałem jak doskonale przygotowane były maszyny kolegów, obserwowałem
dramatyczne sytuacje na trasie gdy samodzielnie i szybko trzeba było zmienić
dętkę czy coś poprawić w rowerze. Trzeba wiedzieć co, trzeba to potrafić.
Trzeba regularnie doglądać sprzętu w trakcie przygotowań. A ja tego nie lubię i
nie mam smykałki. Tuż przed zawodami można zdać się na serwis zapewniany przez
organizatorów (pewnie płatny). Ale w trakcie wyścigu to już należy poradzić
sobie samemu.
Jak panienka na wydaniu. Chciałaby i boi się. A tu trzeba
decyzji. No więc zostaję przy śledzeniu i kibicowaniu. A wieczorem idę na
trening biegowy.
I kilka zdań zakończenia. To była wspaniała przygoda. I ciekawe
doświadczenie przed Berlinem. Wiem trochę więcej czego spodziewać się po
starcie w dużej imprezie zagranicznej. Najbardziej w pamięć zapadła mi
atmosfera na mecie. Te tłumy owinięte w folie chroniące przed zimnem emanowały
radością, entuzjazmem. Wszyscy się cieszyli. Pomimo, że odwołano pływanie.
Pomimo że niektórym żołądek nie pozwolił dobiec do WC. Pomimo, że wielu nosiło
ślady poważnych kraks rowerowych. Pozytywne emocje aż buzowały. Świetnie było
być w tym tłoku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz