czwartek, 12 grudnia 2013

I co z tym tri?

Delikatnie liznąłem, troszkę poczułem triathlon. I jeszcze bardziej mi spodobał. A mimo to wcale nie jestem bliżej decyzji o rozpoczęciu przygotowań. Choć byłoby pięknie założyć koszulkę "Ironman Finisher". W Austrii dostałem ”Ironman 70.3 Team Finisher”.

Po pierwsze, czas i rodzina. Wirtualnie śledziłem przygotowania Baśki i Rafała. Widziałem ile czasu spędzali na basenie, biegając, czy na rowerze. Pracują w dużych przedsiębiorstwach. Też mają dom, dzieci i psy. Ale triathlon jest ich wspólną pasją. Bardzo trudno byłoby mi podjąć z Danusią dyskusję na temat moich przygotowań. Szczególnie gdy Marta planuje wyjazd zagraniczny na cały semestr, a potem może szybko wyfrunąć na dłużej (na zawsze). I nawet gdybym dostał zielone światło, to chyba nie czułbym się dobrze. Żona z pewnością oczekuje, że będziemy więcej razem. Nie, że będę dodatkowo wyjeżdżał na basen. Jak najbardziej mogę się dopytywać o więcej biegania, wspólnego czy z psami, nie o czas dla siebie.

Po drugie, koszty. Rower z osprzętem, buty, kask, ubiór to wszystko kosztuje. Jeszcze trenażer do zimowego pedałowania w domu. Nie muszą być z najwyższej półki, ale powinny być przyzwoite i dopasowane. Dalej pianka. W moim przypadku również trener (kurs) pływacki. W zasadzie od podstaw. Pewnie są jeszcze wydatki, których nie znam, których sobie nie uświadamiam.
Podczas połówki IM na rowerze spędza się około trzech godzin. A potem trzeba pobiec. Należy zatem zadbać, aby przystąpić do ostatniej części w możliwie najlepszej kondycji. I żeby ukończyć całość i przeżyć. Żeby się cieszyć. Nie chodzi o to, aby paść za metą. To wymaga, moim zdaniem, odpowiedniego sprzętu. I czasu na przygotowania. Czyli patrz punkt pierwszy.

 Po trzecie, frajda z treningu i bezpieczeństwo. Czytając niektóre relacje Rafała z jego długich rowerowych jazd nawet po mniej uczęszczanych szosach zastanawiam się czy one są jeszcze fajne. Tyle miał spotkań z aroganckimi kierowcami. Jako biegacz też doświadczyłem zachowań władców szos. Na szczęście nic się nie stało. A gdzie trenować podjazdy i zjazdy? Na płaskim Mazowszu? Koledzy byli rozemocjonowani zjazdami w St.Pölten i prędkościami osiąganymi wiatrem na autostradzie. Mnie zupełnie to nie kręci. Odczuwane obawy nie zachęcają żeby się tym zająć.

Po czwarte, co bardziej warto. Na to pytanie nikt nie odpowie. Trzeba zdecydować, wybrać. Obowiązuje zasada specyfiki treningu. Specyfiki wymaganej przez uprawianą dyscyplinę. Jeżeli wszystko potoczy się jak chciałbym, to jesienią w Berlinie mam szanse pokonać maraton w czasie 3:25. Gdyby się tak wydarzyło, warto byłoby zacząć realizować plan maksymalnego zbliżenia się w ciągu dwóch, może trzech lat do 3:00. W bieganiu walczę z samym sobą, ale w górnej połowie stawki. Nie bardzo chciałbym z tego rezygnować, a startując w triathlonie zaczynałbym od dołu.

Po piąte, moje faktyczne możliwości. Mam 48 lat i bawiąc się sport chcę być w dobrej kondycji, chcę żeby jak najdłużej towarzyszyło mi to wewnętrzne poczucie zdrowia, siły i krzepy. Aktualna intensywność treningu to zapewnia. Czy jednak zwiększenie objętości, czasu, połączenie trzech dyscyplin to nie za dużo? Znam siebie, być może potrafiłbym spokojnie podejść do debiutu. Potem zacząłbym ścigać się o jak najlepszy wynik. Widziałem wielu zawodników startujących na pełnym luzie, żeby ukończyć. Na trasę kolarską wyjeżdżali jakby brakowało im motywacji, w biegu truchtali. To nie mój sposób uczestnictwa. Dopóki mogę zależy mi na jak najlepszym wyniku. Potem też, choć już nie będą to życiówki, a rekordy np. danego roku.

Po szóste, mechanika i obsługa roweru. Banalna rzecz, a jednak. Oglądałem jak doskonale przygotowane były maszyny kolegów, obserwowałem dramatyczne sytuacje na trasie gdy samodzielnie i szybko trzeba było zmienić dętkę czy coś poprawić w rowerze. Trzeba wiedzieć co, trzeba to potrafić. Trzeba regularnie doglądać sprzętu w trakcie przygotowań. A ja tego nie lubię i nie mam smykałki. Tuż przed zawodami można zdać się na serwis zapewniany przez organizatorów (pewnie płatny). Ale w trakcie wyścigu to już należy poradzić sobie samemu.

Jak panienka na wydaniu. Chciałaby i boi się. A tu trzeba decyzji. No więc zostaję przy śledzeniu i kibicowaniu. A wieczorem idę na trening biegowy.

I kilka zdań zakończenia. To była wspaniała przygoda. I ciekawe doświadczenie przed Berlinem. Wiem trochę więcej czego spodziewać się po starcie w dużej imprezie zagranicznej. Najbardziej w pamięć zapadła mi atmosfera na mecie. Te tłumy owinięte w folie chroniące przed zimnem emanowały radością, entuzjazmem. Wszyscy się cieszyli. Pomimo, że odwołano pływanie. Pomimo że niektórym żołądek nie pozwolił dobiec do WC. Pomimo, że wielu nosiło ślady poważnych kraks rowerowych. Pozytywne emocje aż buzowały. Świetnie było być w tym tłoku.

A puentę napisali organizatorzy. W poniedziałek rano, dzień po zawodach otrzymałem mail'a  informującego, że jako rekompensatę za odwołanie pływania mogę dostać (ja i wszyscy, którzy rywalizowali lub mieli rywalizować w sztafetach) "pre entry code" do Klagenfurtu w przyszłym roku. Rozumiem, że też do sztafet, tyle że na pełnym dystansie IM. I jestem pod wrażeniem. Bo nie z winy organizatorów nie odbyło się pływanie. Były ku temu obiektywne powody. A jednak ktoś się poczuł i zaproponował nie lada zadośćuczynienie. Klagenfurt to chyba największe i najbardziej renomowane zawody Ironman w Europie. Jeżeli się nie mylę to o udział w nich trzeba rywalizować w wyścigach kwalifikacyjnych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz