Moje bieganie zaczęło się od obowiązku zapewnienia ruchu naszym
psom. Gdy zacząłem biegać sam coraz trudniej było mi połączyć własny reżim
treningowy z gonitwami, którym przewodziły Xara i Roger. Huszczaki straciły na
moich biegowych ambicjach. Z czasem wspólnie wychodziliśmy coraz rzadziej.
Na przełomie roku 2008 i 2009 treningi indywidualne były
jeszcze sporadyczne. Również w kolejnym sezonie jesienno-zimowym dużo biegałem razem z psami. Nawet podczas przygotowań do maratonu w Krakowie, czyli końca
lutego 2010. Samodzielnie pracowałem jedynie w ostatnim miesiącu przed startem.
Rok później jesień i zimę dzieliłem po połowie pomiędzy rajdy z psami, a
samotne spokojne wybiegania. Dwa razy w tygodniu biegałem z Xarą i Rogerem, a
dwa razy sam. Od początku marca 2011 trenowałem już tylko w oparciu o plan
przygotowany przez Piotra. Kolejny przełom roku był dla czworonogów najmniej
korzystny. Aktywności grupowe ograniczyły się do spacerów.
Trochę usprawiedliwiałem się zmianą sytuacji w okolicy. Do
lasu przywędrowało więcej zwierzyny. Najbardziej niepokoiły mnie grupy dzików. Największa,
którą spłoszyliśmy liczyła sześć dorosłych osobników. Ruszyły się dopiero gdy
byliśmy jakieś trzydzieści metrów od nich. Psy zapewne wiedziały o nich wcześniej.
Ja nie. Fajnie wyglądały odyńce uciekające w głębokim śniegu. Zimą młode są już podchowane i
raczej nie trzeba drżeć przed broniącymi ich starszymi. Jednak to tylko żyjące
wolno zwierzęta. Czy nie poczują się zagrożone widokiem człowieka z dwoma psami
wyrywającymi się w ich kierunku? Bałem się też czy poradzę sobie z szalonym podnieceniem
czworonogów, próbujących za wszelką cenę sięgnąć zdobyczy.
Dwa razy natknąłem się też na grupy psów ganiających bez
właścicieli.
Żółty i Suczka, dwa kundle mieszkające na jednej z
sąsiednich posesji, ustawicznie uganiały się luzem po otoczeniu. Razem
robiły się agresywne w stosunku do ludzi i zwierząt. Czuły się silne. Uważały się za władców
terytorium. Przetrzebiły okoliczną populację kotów. Przyczyniły się do śmierci psa sąsiada. Zaatakowały i pogryzły
Rogera. Szliśmy w kierunku lasu, gdy nagle na nas wybiegły. Nie potrafiłem ich
odpędzić i utrzymać moich huszczaków. W głębi serca szkoda mi było tych burków. Zawinili ich właściciele, nie one. Niewiele robili sobie ze
zgłaszanych uwag. Kiedy nie mogłem doprosić się potwierdzenia psich szczepień, usłyszałem
„no i co, pójdzie pan z nami do sądu?”. Dzielnicowy grzecznie mnie wysłuchał,
potwierdził, że zna sprawę i obiecał się nią skutecznie zająć. Przypuszczam, że nie zrobił nic.
To wszystko spowodowało, że straciłem entuzjazm do leśnych
wypraw. Niepokój był większy od frajdy. Na indywidualne trening też nie biegłem
do lasu.
Sytuacja trochę zmieniła się ubiegłej jesieni. Żółty gdzieś
zaginął. Nie wrócił. Przypuszczam, że trafił na silniejszego od siebie. Suczka
jakby skuteczniej była pilnowana. Ja, czując się w obowiązku zapewnienia
psiakom więcej ruchu ponad codzienne latanie po ogrodzie, zacząłem organizować
im regularne spacery. Jako obowiązkowy punkt weekendowej agendy. Dla Danusi
również, bo od czasu obrażeń Rogera wychodziliśmy z psami tylko we dwoje. Żona
od razu mnie zaskoczyła. Podbiegała! Na pierwszym spacerze, na drugim, na
kolejnym. Zupełnie jak kiedyś ja. W płaszczu, w wysokich butach, ze smyczą
trzymaną w ręku. I narzekała, że ja nie. Ale ja bardzo chętnie, od następnego
razu, gdy sami ubierzemy sprzęt biegowy, a psom naciągniemy uprzęże! Pod choinką czekał
na moją Damę m.in. szeroki pas do biegania z czworonogiem. I zaczęliśmy.
Pierwszy marszobieg miał miejsce
w Nowy Rok. Danusia założyła biegowe buty, narciarska bieliznę i lekką kurtkę. Ja
ubrałem się jak na trening. Ona z Xarą, bardziej spokojną i łatwiejszą do
utrzymania. Ja z Rogerem, silniejszym i skłonnym do histerii podczas spotkań z
innymi psami, jeźdźcami czy mieszkańcami lasu. Panie jako jeden zaprzęg,
panowie drugi. Psy były mega zadowolone. A ja przeszczęśliwy. Bo po raz
pierwszy od kiedykolwiek truchtała za nami Danuśka. Żono, dziękuję za super
prezent noworoczny!
Regularnie co tydzień robiliśmy trochę ponad pięć kilometrów.
Z tego co najmniej dwa i pół pokonywane było biegiem lub truchtem. Danusia
decydowała kiedy przyspieszyć, kiedy zwolnić. Reszta sfory dostosowywała się. Byłem
zaskoczony. Nieźle sobie Dziewczyna radziła. To było naprawdę bieganie. Dla
Danusi takie wstępne, wprowadzające. Dla mnie przyjemny rozruch. A czasami
rozgrzewka przed normalnym treningiem, który robiłem po odprowadzeniu gromady
do domu. Nie naciskałem by próbowała czegoś więcej. Chciałem żeby sama się
rozsmakowała. I chyba tak się stało. Bo i zimowe warunki jej nie zrażały, i
pełny śnieg, i czasami silny mróz (bywało i -10oC).
Wiem, że nie tak powinno wyglądać rozpoczęcie biegania przez
osobę początkującą. Powinno być wolniej. Ale priorytetem jest wyjście z psami i
delikatne ich przegonienie. Cieszę się, że Danuśka z zadowoleniem przyjęła taką
formę wspólnych spacerów. A że moje bieganie zaczęło się tak samo, rokuje to wcale nieźle.
Zanotowałem między innymi: psiaki cudownie roześmiane z
jęzorami do połowy klaty. Dwa razy spłoszyliśmy dużą grupę saren. A kolejnej
niedzieli: Danuśka zdradza bardzo pozytywne symptomy. Oznajmia np. na ostatniej
prostej [ok. siedemset metrów], że chce spróbować dobiec do samochodu. Na razie nie komentuję, cieszę
się w ciszy z tych pierwszych oznak "infekcji".
Bawiliśmy się tak do kwietnia. Obecny sezon zainaugurowaliśmy
w ostatnią niedzielę listopada.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz