wtorek, 17 grudnia 2013

Ocena

Trudno jest wystawiać cenzurkę wydarzeniu, o którym wcześniej słyszałem same zachwyty. Gdy oczekuje się absolutnej rewelacji najmniejszy nawet drobiazg nie będący doskonałym może rozczarować.

Zgodnie z tym czego się spodziewałem trasa okazała się płaska i szybka. Była świetnie przygotowana oraz zabezpieczona. Nie zauważyłem żadnych prób przekraczania jej przez pieszych, biegu nie utrudniały rowery czy wózki. Nie widziałem kierowców oczekujących na możliwość przejazdu; oczekujących ze złością w oczach i wrogością w stosunku do maratończyków. Jej niewątpliwym atutem byli żywo reagujący kibice. Takich rzesz obserwatorów nie spotkałem nigdy dotąd. Stali w zasadzie wzdłuż całej trasy, a ostatnie dziesięć kilometrów to był gęsty szpaler ludzi po obu stronach ulicy. Fantastyczny motywator.
Zespoły muzyczne rozstawione były co kilkaset metrów. Jeden z ostatnich news letter'ów otrzymanych przed imprezą zapowiadał osiemdziesiąt kapel wspierających zawodników. Czyli co pięćset metrów inna. Choć tak dużo ich nie było, to słyszałem naprawdę wielu grajków. Przeważali chyba bębniarze. Były też lubiane przez ze mnie kapele jazzujące, a nawet kilka dużych big bandów.

Nie mogę powiedzieć nic złego na temat organizacji strefy startu – mety. Żadnych kolejek do napojów, pakietów żywieniowych czy depozytu. Nie wiem jak było z masażami – miejsce gdzie można było z nich skorzystać ulokowane było pod niebem i bojąc się chłodu nie zdecydowałem się tam pokuśtykać. Choć pierwotnie planowałem.


Organizatorzy nie uniknęli jednak wpadek. Najpoważniejszą było nagłe pojawienie się na trasie, na ostatnich metrach, kibica, który zerwał taśmę przed finiszującym nowym rekordzistą świata. Zabrał Wilsonowi Kipsangowi coś co należało się tylko jemu. Skandal! A po zamachu w Bostonie karygodne niedopatrzenie ze względu na konieczność zapewnienia bezpieczeństwa uczestnikom. Podobnie jak możliwość, z której i ja skorzystałem, czyli wejście do strefy startowej poza wyznaczoną bramką. Tomek opowiadał, że przy wejściu do jego strefy kontrola numerów i niebieskich opasek była bardzo skrupulatna. Gdy okazało się, że trawa za długo, że zbliża się godzina startu, zaniechano jej i reszta weszła bez żadnego sprawdzania. Słabe. Mimo to ani przez chwilę nie czułem żadnych obaw czy aby nie przyjdzie komuś do głowy zakłócić imprezę.


Ogromną frajdą był start w bardzo bardzo międzynarodowym towarzystwie. Słyszałem o uczestnikach ze stu dziewięćdziesięciu państw. W tłumie biegaczy najbardziej widoczni byli Duńczycy – wydaje się, że wszyscy startują w koszulkach w barwach narodowych. Można było odnieść wrażenie, że jest ich więcej niż Niemców. Zachwycała organizacja duńskich kibiców, znacznie bardziej licznych niż maratończycy z tego kraju. Wyróżniali się czerwono-białą kolorystyką i wrzawą z jaką witali każdego mijącego ich krajana. Widziałem wielu biegaczy z Hiszpanii, Francji, Włoch, dużo było reprezentantów krajów Ameryki Łacińskiej. Pojawiały się barwy Izraela, Kanady i Stanów Zjednoczonych. Mało było Azjatów. Polaków uczestniczyło ok. tysiąca dwustu. Ale nasze flagi obok trasy były bardzo nieliczne.


To była ostatnia edycja berlińskiego maratonu, na którą zapisać się mógł każdy kto zdążył wysłać zgłoszenie przed wyczerpaniem limitu miejsc. To była ostatnia taka otwarta edycja spośród wszystkich Marathons Major. Od przyszłego roku o udziale w imprezie decydować będzie losowanie. Wszystkich zachęcam żeby spróbowali szczęścia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz