Panika przyszła w niedzielę rano [14 października 2012].
Miałem schodzić na śniadanie, gdy poczułem strach, że to już za
chwilę, że wysiłek, że nie można odpuścić. Poczułem strach
przed odpowiedzialnością. Bo przyszedł moment kiedy moje znane
wszystkim zafiksowanie na bieganiu przestało być ważne. Miałem
wrażenie, że jestem sprawdzany. Nie miały znaczenia gadanie,
zachęcanie innych, dobry plan treningowy, setki kilometrów
przebiegniętych na treningach. Trzeba było zrobić wynik i wszystko
uzasadnić. Sam do siebie też miałbym pretensje gdybym po raz
kolejny miał powiedzieć, że dzisiaj się nie dało. Skurcz żołądka
nie trwał długo. „Odwróciłem” myślenie o niektórych
wątpliwościach. Tak, to dziś jest ten dzień. Musisz wykorzystać
tę okazję. Nie będziesz przecież czekał kolejny rok na następną.
Zaskakujący był ten nagły przypływ silnych emocji. W piątek, po przyjeździe do Poznania napięcie odczuwane w ostatnich dniach zupełnie opadło. W sobotę też nic nie czułem. Zacząłem wręcz obawiać się czy nie brakuje mi pozytywnej tremy.
Sobotni rozruch pozwalał na optymizm. Biegło mi się łatwo, noga podawała. W trakcie chwili ćwiczeń czułem dużą swobodę, żadnych przykurczów.
Mało spałem i trochę mnie to niepokoiło. Z piątku na sobotę liczyłem na dziesięć godzin mocnego snu. Jednak zaraz po 22-giej w hotelu zameldowała się grupa jak z koła gospodyń wiejskich. Baby obudziły mnie dwa razy. Robiły straszny rejwach na korytarzu. Właśnie na korytarzu. Jedna stała przed swoim pokojem, druga przed swoim odległym o pięć numerów. I gadały. Ostatni raz wychodziłem do nich dwadzieścia minut po północy. Na mój widok panie milkły natychmiast i błyskawicznie chowały się w pokojach. Bez słowa. Ani do siebie, ani do mnie. Miałem wrażenie, że obserwuję cele na strzelnicy pojawiające się w polu widzenia tylko na kilka chwil. Że większość z nich miała coś metr pięćdziesiąt, wrażenie było komiczne. Tylko mi nie było do śmiechu. Szczególnie gdy rano dowiedziałem się, że zostają na kolejną noc. Albo obsługa przywołała je do porządku, albo nie miały kondycji na drugą aktywną noc i z soboty na niedzielę było spokojnie. Za to ja długo nie czułem senności.
Łatwo jest na papierze planować tempo i myśleć o rezultatach możliwych do osiągnięcia. Na trasie już nie jest tak łatwo. Od tygodni marzyło mi się złamanie 3:30. Chodziło po głowie, choć treningi nie uzasadniały takich oczekiwań. W sobotę rozpisałem sobie ostatecznie strategię na bieg. Określiłem tempo do mniej więcej trzydziestego piątego kilometra. I tyle. Co dalej miało wynikać z aktualnego samopoczucia, z oceny zapasu sił. Liczyłem, że nie pobiegnę gorzej niż 3:35:15. Liczyłem też, że potrafię przyspieszyć w samej końcówce. Tylko tej końcówki nie umiałem określić. Jeden kilometr? Dwa?
Teraz uważam, że pobiegłem prawie idealnie. Pobiegłem na kresce, ale ominąłem ścianę. Były oczywiście chwile trudne, lecz nie zdarzył się moment naprawdę kryzysowy. A trasa była trudna, bardzo pofałdowana. I mało atrakcyjna. W większości jej nie pamiętam. Kilka tylko miejsc potrafię odtworzyć w pamięci. Ze zdjęć wynika na przykład, że byliśmy w pobliżu stadionu miejskiego. Nie zauważyłem go. :) Najfajniejsze były te punkty gdzie biegliśmy wśród szpaleru klaszczących widzów (np. na rodzie Śródka).
W strefie startowej ustawiłem się pomiędzy tablicami 3:30 i 3:45, bliżej tej pierwszej. Spotkałem Tomka, który trochę z niedowierzaniem zapytał czy świadomie wybrałem to miejsce. Początkowo biegłem przed nim, wyprzedził mnie o kilka metrów na trzecim kilometrze. Gdy na szóstym przyspieszyłem, został z tyłu i skończył kilka minut po mnie. Pierwszą piątkę planowałem po 5'15”/km. Trasa wiodła lekko z górki i wyszło 5'13”/km. Kolejne dwadzieścia pięć kilometrów chciałem zrobić po 5'08”/km i to była najważniejsza część biegu. Pokonałem ją w średnim tempie 5'06”/km, które było trochę szarpane. Nie wiem dlaczego dwunasty kilometr zwolniłem do 5'12”/km. Natomiast w okolicach półmetka tempo było bliskie 5'00”/km. Pewnie było z górki. To były tępe kilometry, wyprane ze wszystkiego. Liczyło się tylko utrzymanie tempa, spożywanie żelu w wyznaczonych momentach i picie na punktach z wodą. Międzyczasy były trochę lepsze od założonych, a to nieco ładowało mentalny akumulator. Na trzydziestym kilometrze po raz pierwszy pozwoliłem sobie na myśl, że będzie dobrze. Może nawet bardzo dobrze. Ale czekał mnie jeszcze długi podbieg na trzydziestym czwartym, trzydziestym piątym kilometrze. Przestrzegał mnie przed nim poznaniak, z którym jeszcze przed rozgrzewką stałem w kolejce do kibelka.
Po trzydziestce chciałem przyspieszyć do 5'00”/km. I średnia kilometrów od trzydziestego pierwszego do trzydziestego piątego kształtuje się na poziomie 5'01'/km, ale składają się na nią bardzo różne odcinki. Początkowo biegliśmy po nowej jezdni z idealnie równą nawierzchnią. Trasa długo delikatnie się wznosiła i pomyślałem, że opinia o podbiegu była mocno przesadzona. Nie pamiętam czy trzydziesty czwarty kilometr wiódł z górki, czy mnie nogi szybciej poniosły. Przyspieszyłem do 4'55”/km. Czułem się przyzwoicie i pomyślałem, że już można trochę ryzykować. I wtedy po raz pierwszy przypomniała mi się końcówka w Warszawie we wrześniu ubiegłego roku.
Po chwili zobaczyłem ten podbieg. Uff! Wymagał wysiłku. Powtarzałem sobie, że muszę utrzymać tempo. I nie straciłem wiele. Zostało siedem kilometrów. Liczyłem w pamięci na jaki czas mogę liczyć na mecie. Wychodziło, że jest szansa na złamanie 3:35. Powtarzałem sobie żeby po prostu biec. I zapewniałem sam siebie, że nie będzie jak w Warszawie, że tym razem pokonam słabości. Zacząłem bowiem czuć, że bateria jest bliska rozładowania. Miałem jeszcze jeden nadmiarowy żel, ale bałem się go zjeść. Czułem, że żołądek mógłby zareagować odmownie. Co gorsza od dłuższego czasu coraz bardziej dokuczało pragnienie. Łapałem po dwa, raz trzy kubeczki z wodą. Ale zaraz potem czułem suchość w gardle. To mnie bardzo niepokoiło. Na ostatnim punkcie przeszedłem na chwilę do marszu żeby się dobrze napić na końcówkę.
Na początku czterdziestego drugiego kilometra był zakręt w prawo, a po nim kilkadziesiąt metrów kostki. Przeklinałem szpetnie w duchu, bo stopy mocno już bolały. Ale było już widać teren MTP gdzie usytuowana była meta. Potwierdziła się moja wiara, że dam radę przyspieszyć na końcówce. Ten ostatni kilometr z podbiegiem na wiadukt obok dworca zrobiłem w 4'43”/km. A gdy na jakieś dwieście metrów przed metą zobaczyłem, że mam minutę żeby zmieścić się w 3:35, nie miałem problemów żeby jeszcze docisnąć. 3:34:48! Uniosłem ręce ku Niebu w geście triumfu i podziękowania. Mam nadzieję, że będzie widać na zdjęciach. :)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz