środa, 25 grudnia 2013

Badanie

Na badania zapisałem się głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, chciałem upewnić się, że moje poczucie zdrowia i sił do mocnego biegania znajduje potwierdzenie w konkretnych parametrach. Po drugie, liczyłem na odpowiedź czy mam jeszcze rezerwy, czy moje marzenia dalszego poprawiania rezultatów mają szansę realizacji. W obu przypadkach wynik jest pozytywny!

Oczywiście próba wydolnościowa to nie to samo co echo serca, ale i podczas takiego testu można w tle zauważyć ewentualne niepokojące sygnały. A badanie kardiologiczne planuję na początku roku. Nie wydarzyło się nic alarmującego. Aparatura nie zarejestrowała żadnych niebezpiecznych wartości ani zachowań. No i git. A że okazało się, iż są obszary, które można poprawić powinienem być zadowolony. Nie jestem.

Badanie w formule "do odmowy", czyli w wariancie krańcowym do całkowitego zajechania się, przeprowadzane jest na bieżni mechanicznej. Po krótkiej rozgrzewce zakłada się delikwentowi pulsometr, maskę i elastyczne szelki, na których umieszczone są dodatkowe czujniki. Stres wywołany pomiarami lub doskonałość urządzenia sprawiają, że po chwili można o nich zapomnieć. Podczas biegu są zupełnie nie odczuwalne. Osłona na twarzy uniemożliwia zarówno wypluwanie, jak i smarkanie. O dziwo i to nie jest problemem. Nie ma takiej potrzeby. A przecież na trasie ma to miejsce co kilkadziesiąt metrów. Ot, zdolności adaptacyjne organizmu.
Najpierw bardzo spokojny trucht 10km/h (6'00"/km), a po dwóch minutach zwiększenie prędkości o 1km/h. I tak szybciej i szybciej w regularnych odstępach czasowych - 1km/h więcej co dwie minuty. Aż do chwili gdy badany uzna, że dłużej nie da rady.

Czułem lęk. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Czy "do odmowy" oznacza, że pora na zatrzymanie bieżni to pierwsze potknięcie gdy nogi przestaną nieść? A może mrok przed oczami. Dam radę? Byłem w okresie roztrenowania i biegałem zdecydowanie mniej. Czy jeżeli będę sobie dobrze radził, to usłyszę od prowadzących informację, że już wystarczy? Teraz wiem, że zabrakło paru słów komentarza na samym początku. Niby wszystko było jasne, lecz kilka szczegółów uświadomiłem sobie zbyt późno. A Piotr podniósł mi ciśnienie dosłownie w ostatniej chwili. Nieświadomie. Tuż przed wyjściem z domu przeczytałem w poczcie, że on nigdy nie lubił takich badań, że przez dwa dni mogę się czuć wymęczony, że końcówka to mocny bodziec. O cholera, pomyślałem.


Biegłem piętnaście minut. Mam wrażenie, że zaprogramowałem się na ten kwadrans. Nie wiem kiedy, nie wiem dlaczego. Już krótką chwilę po wyhamowaniu bieżni wiedziałem, że nie osiągnąłem maksa, że jeszcze trzydzieści sekund dałbym radę. Może dłużej. Znowu przekonałem się jak dużo zależy od głowy. Zabrakło mi wyobraźni. W zależności od tempa, którym biegłem przypominałem sobie konkretne sytuacje kiedy przez dłuższy czas radziłem sobie z takim wysiłkiem. Jednym słowem, że nic strasznego. Gdy osiągnąłem 3'30"/km zaczęło brakować pomysłów, bo rzadko biegam 17km/h. Zatrzymałem się. Własna głowa mnie zatrzymała. Byłem i nadal jestem rozczarowany oraz zły. Szczególnie, że szybko wymyśliłem sobie następny motywator. Wytrwać do kolejnego przyspieszenia i poczuć co to jest 3'20"/km. Dlaczego nie przyszedł na myśl gdy bieżnia jeszcze pracowała?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz