wtorek, 17 grudnia 2013

Piątek i sobota w Berlinie

Poprawiłem swój najlepszy rezultat w maratonie o ponad pięć i pół minuty. Poprawiłem go w biegu, w którym ustanowiony został fantastyczny rekord świata (2:03:23)! Wszystko to podczas niesamowitej imprezy jakim był 40. BMW Berlin Marathon należący do cyklu World Marathon Majors. Teraz, gdy czterdzieści osiem godzin od startu zaczynam pisać tę relację, zmęczenie opadło, nogi bolą, a emocje i wrażenia kłębią się w głowie. Nie do końca wiem jak oceniać to wszystko co wydarzyło się od piątku do niedzieli, a w ocena w pełni obiektywna jest pewnie niemożliwa. Wyjazdowo (bo nie turystycznie), towarzysko i przez pryzmat uczestnictwa w wielkim wydarzeniu było kapitalnie. Rezultat (3:29:05) generalnie bardzo cieszy, a chwilami nieco rozczarowuje. Powody takich wahań emocjonalnych są i obiektywne, bo trochę zawiódł mnie zegarek, z którym biegam, i subiektywne. Ja stale nie nabrałem odpowiedniej pokory dla maratonu. I wynik „wymyślony” w trakcie przygotowań, że fajnie byłoby taki uzyskać, uwiera gdy się nie uda. Jednak pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Ale po kolei.
Miasto mnie rozczarowało, jego atmosfera. Wcześniej bywałem głównie w stolicy NRD. Były to pierwsze dziecięce wyjazdy za granicę, podczas których wszystko się podobało albo pobyty studenckie, o których atrakcyjności decydowała duża dostępność piwa, w przeciwieństwie do Polski. Po zjednoczeniu w Berlinie byłem raz na jednodniowym wyjeździe służbowym. Teraz nie czułem się tam dobrze. Myślę, że głównie z powodu nieznajomości języka. Niby każdy zapytany potrafił odpowiedzieć po angielsku, ale przeszkadzało mi, że nie wiem co się dzieje dookoła mnie. Być może dłuższy pobyt lub trochę więcej chodzenia po mieście, poznawania go pozwoliłoby zmienić zdanie . Ja jednak przyjechałem na maraton i wszelką dodatkową aktywność starałem się ograniczyć.

Towarzyszyła mi Marta, dla której był to wyjazd do jednego z najbardziej lubianych europejskich miast; trzeci w czasie ostatnich dziesięciu miesięcy. Córka zatrzymała się u znajomych, miała bogaty plan zwiedzania, zakupów i spotkań towarzyskich, a maratonem przejmowała się tylko trochę.

Dotarliśmy pociągiem w piątek wczesnym popołudniem [27 września 2013]. Do końca dnia chciałem odebrać pakiet startowy i zwiedzić Expo. Planowałem wcześnie się położyć i dobrze się wyspać.

Biuro zawodów i targi zlokalizowane były na terenie dawnego lotniska Tempelhof. Spodziewałem się, że sprawy w biurze zawodów nie będą trwały długo. Zapomniałem jednak, że uczestniczę w imprezie, do której zgłosiło się ponad czterdzieści tysięcy osób. Stanowiska wydające numery startowe zlokalizowane były na samym końcu od wejścia (żeby przypadkiem nikomu nie udało się odebrać pakietu bez choćby zerknięcia na targi). Idąc w tamtym kierunku w pewnym momencie natknąłem się na zbitą grupę ludzi wolno posuwającą się do przodu. Trafiłem chyba w najgorszym czasie. Oceniam, że właśnie wtedy docierali tam po pracy wszyscy uczestnicy biegu mieszkający w Berlinie. Co jakiś czas tłum przyspieszał co oznaczało, że u czoła kolejnej dziesiątce lub dwudziestce biegaczy pozwolono wejść na teren biura zawodów. Przy wejściu każdy otrzymywał worek wypełniony reklamówkami sponsorów i partnerów maratonu. Worek ten był jednocześnie jedynym, który można było wykorzystać chcąc w niedzielę zostawić rzeczy w depozycie. Dalej formowały się kolejki do poszczególnych stanowisk. Nie były długie (do dziesięciu osób) i posuwały się sprawnie. Numery drukowane były na bieżąco, na drukarkach laserowych stojących z tyłu. Sprawdzenie tożsamości, wydruk, wydanie chipa i następny. Przed wyjściem należało jeszcze podać nadgarstek w celu założenia opaski identyfikującej biegaczy. Od wejścia do obiektu wszystko trwało do godziny. Uważam, że znośnie. Podobno w sobotę trzeba było odstać dwie i pół godziny.

Targi ograniczyłem do dużego stoiska Adidasa. Zwiedziłem je bardzo dokładnie. Nie wydałem nawet euro, a wcześniej planowałem nabyć i pamiątkową bluzę maratonu, i buty, i spodnie treningowe. Bluza budziła wątpliwości długością rękawa, interesujące mnie buty przerażały krzykliwą kolorystyką, a spodni jakie chciałem nie znalazłem. Zadowolony, że ponad dwieście euro zostało przy mnie i nieco rozczarowany, bo nastawiłem się na te zakupy, ruszyłem z powrotem do hotelu. Po drodze zjadłem kolację w restauracji meksykańskiej. Około 21:00 z przyjemnością wyciągnąłem się w wygodnym łóżku. Godzinę później zasnąłem.

Spałem doskonale, dobrze ponad dziewięć godzin. Najważniejszym punktem soboty miał być rozruch. Konieczne kilkanaście minut żeby trochę pobudzić nogi i ręce, żeby się zastać. Wyszedłem z hotelu i zacząłem biec. Trochę na wyczucie, ale ta rozgrzewka planowana na nie więcej niż trzy kwadranse nie wymagała specjalnych warunków. Co i rusz spotykałem biegaczy z niebieskimi opaskami BMW 40. Berlin Marathon na nadgarstkach. Szybko trafiłem do niedużego parku i tam wykonałem część środkową, ćwiczenia i cztery przyspieszenia. W doskonałym nastroju i przekonany o wysokiej dyspozycji wróciłem do hotelu. Pogoda zapowiadała się idealnie. Bardzo chciałem aby się utrzymała. Na niebie nie było ani jednej chmurki, temperatura ok. 10°C i bezwietrznie! Czułem się fantastycznie!

Po obfitym śniadaniu przygotowałem dwie duże porcje Vitargo na przed i popołudnie, a potem w dresie rozłożyłem się na łóżku. Trochę czytałem, trochę oglądałem telewizję, trochę słuchałem muzyki. Dwa razy zdrzemnąłem się na pół godziny. Kilka minut przed 14:00 zajrzała Marta. Przywiozła mi dwa awokado, które tak lubię. Zupełnie inne niż znane mi z Polski. O prawie czarnej skórce, mięciutkie i jak zawsze pysznie maślane. Zrobiła mi córka wielką frajdę, nie ma co. Że pomyślała o ojcu. :)

W międzyczasie znalazłem wiadomość od Marcina, że ursynowsko-józefosławska grupa towarzyska skupiona wokół teamu Unleashed planuje wspólną kolację. Zapraszają żebym dołączył. Morda mi się ucieszyła. Bardzo zacne towarzystwo, mocna ekipa. Z dużą radością usiądę z nimi za stołem. Z Baśką, Rafałem, Damianem i Bartkiem miałem przyjemność być w maju w St. Pölten. Wszyscy koncentrują się na triathlonie. Z Martą biegliśmy w zeszłorocznym maratonie w Poznaniu, a w wieczór go poprzedzający opychaliśmy się kluchami wspólnie z całą jej rodziną. Marcina poznałem przez Endomondo, a w realu pierwszy raz spotkaliśmy się na Kazikach w Radomiu. I Marta, i Marcin mają za sobą pierwsze doświadczenia tri. Ewa, jedyna w tym gronie spoza Mazowsza, jakiś czas temu zaprosiła mnie do grona znajomych na portalu biegowym, a teraz mieliśmy uścisnąć sobie dłonie. Chodzą słuchy, że i ona spróbuje triathlonu. Tylko ja, rodzynek skupiam się na bieganiu.

Reszta dnia upłynęła na nieśpiesznych przygotowaniach sprzętu na dzień następny. Potem jeszcze golenie, kąpiel i można było wyruszyć do miasta. Na Potsdamer Platz trafiłem na rolkarzy uczestniczących w ich maratonie. Po południu? Mocni muszą być ci co i jadą, i biegną. Nie mają dużo czasu na odpoczynek. Trasę licznie obstawili żywo reagujący kibice. To chyba za ich sprawą poczułem silne emocje; bardzo silne. Takie, że nogi lekko mi się zatrzęsły. Zdałem sobie sprawę, że i ja będę biegł w tym miejscu, że stąd będzie już nie daleko do mety, jakieś trzy kilometry. Czyli byle do Placu Poczdamskiego.

Kolacja była przesympatyczna i bardzo spokojna. Smaczna. Rozmowa koncentrowała się oczywiście na planowanych czasach, sposobach ich osiągnięcia, a także na opowieściach jak minęła sobota. Około 21:00 ponownie byłem przed telewizorem, czyli już w piżamie leżałem w łóżku. Obejrzałem Rocky’ego (po niemiecku nie była to wielka frajda) i zgasiłem światło. Budzik nastawiłem na 5:00. Jakiś czas nie mogłem zasnąć. Drugą połowę nocy przespałem mocno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz