Poprawiłem
swój najlepszy rezultat w maratonie o ponad pięć i pół minuty. Poprawiłem go w
biegu, w którym ustanowiony został fantastyczny rekord świata (2:03:23)!
Wszystko to podczas niesamowitej imprezy jakim był 40. BMW Berlin Marathon należący do cyklu World Marathon Majors. Teraz, gdy czterdzieści osiem godzin
od startu zaczynam pisać tę relację, zmęczenie opadło, nogi bolą, a emocje i
wrażenia kłębią się w głowie. Nie do końca wiem jak oceniać to wszystko co
wydarzyło się od piątku do niedzieli, a w ocena w pełni obiektywna jest pewnie
niemożliwa. Wyjazdowo (bo nie turystycznie), towarzysko i przez pryzmat
uczestnictwa w wielkim wydarzeniu było kapitalnie. Rezultat (3:29:05) generalnie
bardzo cieszy, a chwilami nieco rozczarowuje. Powody takich wahań emocjonalnych
są i obiektywne, bo trochę zawiódł mnie zegarek, z którym biegam, i
subiektywne. Ja stale nie nabrałem odpowiedniej pokory dla maratonu. I wynik
„wymyślony” w trakcie przygotowań, że fajnie byłoby taki uzyskać, uwiera gdy
się nie uda. Jednak pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Ale po kolei.
Miasto
mnie rozczarowało, jego atmosfera. Wcześniej bywałem głównie w stolicy NRD.
Były to pierwsze dziecięce wyjazdy za granicę, podczas których wszystko się
podobało albo pobyty studenckie, o których atrakcyjności decydowała duża
dostępność piwa, w przeciwieństwie do Polski. Po zjednoczeniu w Berlinie byłem
raz na jednodniowym wyjeździe służbowym. Teraz nie czułem się tam dobrze.
Myślę, że głównie z powodu nieznajomości języka. Niby każdy zapytany potrafił
odpowiedzieć po angielsku, ale przeszkadzało mi, że nie wiem co się dzieje
dookoła mnie. Być może dłuższy pobyt lub trochę więcej chodzenia po mieście,
poznawania go pozwoliłoby zmienić zdanie . Ja jednak przyjechałem na maraton i
wszelką dodatkową aktywność starałem się ograniczyć.
Towarzyszyła
mi Marta, dla której był to wyjazd do jednego z najbardziej lubianych
europejskich miast; trzeci w czasie ostatnich dziesięciu miesięcy. Córka
zatrzymała się u znajomych, miała bogaty plan zwiedzania, zakupów i spotkań
towarzyskich, a maratonem przejmowała się tylko trochę.
Dotarliśmy
pociągiem w piątek wczesnym popołudniem [27 września 2013]. Do końca dnia chciałem odebrać pakiet
startowy i zwiedzić Expo. Planowałem wcześnie się położyć i dobrze się wyspać.
Biuro
zawodów i targi zlokalizowane były na terenie dawnego lotniska Tempelhof.
Spodziewałem się, że sprawy w biurze zawodów nie będą trwały długo. Zapomniałem
jednak, że uczestniczę w imprezie, do której zgłosiło się ponad czterdzieści
tysięcy osób. Stanowiska wydające numery startowe zlokalizowane były na samym
końcu od wejścia (żeby przypadkiem nikomu nie udało się odebrać pakietu bez
choćby zerknięcia na targi). Idąc w tamtym kierunku w pewnym momencie natknąłem
się na zbitą grupę ludzi wolno posuwającą się do przodu. Trafiłem chyba w
najgorszym czasie. Oceniam, że właśnie wtedy docierali tam po pracy wszyscy
uczestnicy biegu mieszkający w Berlinie. Co jakiś czas tłum przyspieszał co
oznaczało, że u czoła kolejnej dziesiątce lub dwudziestce biegaczy pozwolono
wejść na teren biura zawodów. Przy wejściu każdy otrzymywał worek wypełniony
reklamówkami sponsorów i partnerów maratonu. Worek ten był jednocześnie
jedynym, który można było wykorzystać chcąc w niedzielę zostawić rzeczy w
depozycie. Dalej formowały się kolejki do poszczególnych stanowisk. Nie były
długie (do dziesięciu osób) i posuwały się sprawnie. Numery drukowane były na
bieżąco, na drukarkach laserowych stojących z tyłu. Sprawdzenie tożsamości,
wydruk, wydanie chipa i następny. Przed wyjściem należało jeszcze podać
nadgarstek w celu założenia opaski identyfikującej biegaczy. Od wejścia do
obiektu wszystko trwało do godziny. Uważam, że znośnie. Podobno w sobotę trzeba
było odstać dwie i pół godziny.
Targi
ograniczyłem do dużego stoiska Adidasa. Zwiedziłem je bardzo dokładnie. Nie
wydałem nawet euro, a wcześniej planowałem nabyć i pamiątkową bluzę maratonu, i
buty, i spodnie treningowe. Bluza budziła wątpliwości długością rękawa,
interesujące mnie buty przerażały krzykliwą kolorystyką, a spodni jakie
chciałem nie znalazłem. Zadowolony, że ponad dwieście euro zostało przy mnie i
nieco rozczarowany, bo nastawiłem się na te zakupy, ruszyłem z powrotem do
hotelu. Po drodze zjadłem kolację w restauracji meksykańskiej. Około 21:00 z
przyjemnością wyciągnąłem się w wygodnym łóżku. Godzinę później zasnąłem.
Spałem
doskonale, dobrze ponad dziewięć godzin. Najważniejszym punktem soboty miał być
rozruch. Konieczne kilkanaście minut żeby trochę pobudzić nogi i ręce, żeby się
zastać. Wyszedłem z hotelu i zacząłem biec. Trochę na wyczucie, ale ta
rozgrzewka planowana na nie więcej niż trzy kwadranse nie wymagała specjalnych
warunków. Co i rusz spotykałem biegaczy z niebieskimi opaskami BMW 40. Berlin
Marathon na nadgarstkach. Szybko trafiłem do niedużego parku i tam wykonałem
część środkową, ćwiczenia i cztery przyspieszenia. W doskonałym nastroju i
przekonany o wysokiej dyspozycji wróciłem do hotelu. Pogoda zapowiadała się
idealnie. Bardzo chciałem aby się utrzymała. Na niebie nie było ani jednej
chmurki, temperatura ok. 10°C i bezwietrznie! Czułem się fantastycznie!
Po
obfitym śniadaniu przygotowałem dwie duże porcje Vitargo na przed i popołudnie,
a potem w dresie rozłożyłem się na łóżku. Trochę czytałem, trochę oglądałem
telewizję, trochę słuchałem muzyki. Dwa razy zdrzemnąłem się na pół godziny.
Kilka minut przed 14:00 zajrzała Marta. Przywiozła mi dwa awokado, które tak
lubię. Zupełnie inne niż znane mi z Polski. O prawie czarnej skórce, mięciutkie
i jak zawsze pysznie maślane. Zrobiła mi córka wielką frajdę, nie ma co. Że
pomyślała o ojcu. :)
W
międzyczasie znalazłem wiadomość od Marcina, że ursynowsko-józefosławska grupa
towarzyska skupiona wokół teamu Unleashed planuje wspólną kolację. Zapraszają
żebym dołączył. Morda mi się ucieszyła. Bardzo zacne towarzystwo, mocna ekipa.
Z dużą radością usiądę z nimi za stołem. Z Baśką, Rafałem, Damianem i Bartkiem
miałem przyjemność być w maju w St. Pölten.
Wszyscy koncentrują się na triathlonie. Z Martą biegliśmy w zeszłorocznym
maratonie w Poznaniu, a w wieczór go poprzedzający opychaliśmy się kluchami
wspólnie z całą jej rodziną. Marcina poznałem przez Endomondo, a w realu
pierwszy raz spotkaliśmy się na Kazikach w Radomiu. I Marta, i Marcin mają za
sobą pierwsze doświadczenia tri. Ewa, jedyna w tym gronie spoza Mazowsza, jakiś
czas temu zaprosiła mnie do grona znajomych na portalu biegowym, a teraz
mieliśmy uścisnąć sobie dłonie. Chodzą słuchy, że i ona spróbuje triathlonu.
Tylko ja, rodzynek skupiam się na bieganiu.
Reszta
dnia upłynęła na nieśpiesznych przygotowaniach sprzętu na dzień następny. Potem
jeszcze golenie, kąpiel i można było wyruszyć do miasta. Na Potsdamer Platz
trafiłem na rolkarzy uczestniczących w ich maratonie. Po południu? Mocni muszą być
ci co i jadą, i biegną. Nie mają dużo czasu na odpoczynek. Trasę licznie
obstawili żywo reagujący kibice. To chyba za ich sprawą poczułem silne emocje;
bardzo silne. Takie, że nogi lekko mi się zatrzęsły. Zdałem sobie sprawę, że i
ja będę biegł w tym miejscu, że stąd będzie już nie daleko do mety, jakieś trzy
kilometry. Czyli byle do Placu Poczdamskiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz