czwartek, 12 grudnia 2013

Ironman 70.3 St. Pölten

Wszystko zaczęło się w połowie marca [2013] gdy dostałem od znajomej biegaczki mailowe zaproszenie:
" piszę tak trochę niezobowiązująco... żeby wybadać teren.... :D W zeszłym roku popełniając kompletne wariactwo zdecydowaliśmy się z dwoma kumplami, w ŚRODĘ...  że W NIEDZIELĘ zamiast kibicować mojemu
Rafałowi na trasie 1/2 IronMana w St.Polten zrobimy mu konkurencję i również pobiegniemy - sztafetę.
(...)frajdy i emocji było po uszy, był to nasz debiut w triathlonie, mamy medale z 1/2 IM (z małym dopiskiem "team" ;-)), pełne serca wspomnień, a znajomym narobiliśmy smaku.  W tym roku wszyscy z tej trójki (a z Rafałem czwórki) robimy pełną trasę "połówki".
Moim bliskim przyjaciołom nie klei się natomiast sztafeta... Ona jest gotowa popłynąć, On nawet jest gotowy i popedałować i pobiec, ale ma jakiś zawał w robocie i piekielnie mało czasu dla przygotowań do równocześnie 2 konkurencji... rozglądają się za wsparciem biegowym... pomyślałam o tobie..
Może miałbyś ochotę na sympatyczny półmaraton? w bardzo sympatycznym gronie? jako uczestnik zawodów IronMan ??? ot przygoda! w takie coś jeszcze się chyba nie bawiłeś... :DDD 26V / St Polten / Austria"

Otworzyłem buzię ze zdumienia, ciśnienie skoczyło.
Jak kiedyś ukończenie maratonu jawiło mi się jako COŚ, to obecnie myślę tak o triathlonie. A jeżeli triathlon to oczywiście Ironman (IM). No bo przecież jestem man, a chciałbym być również iron. :)
Jeszcze bardziej zaczęło mi się podobać i jeszcze bardziej zapragnąłem tam być, gdy po lekturze strony internetowej zawodów przekonałem się, że sztafeta nie jest rozgrywaną z boku imprezą towarzyszącą. Rywalizacja zespołów odbywa się w tym samym czasie co główne zmagania i na tych samych trasach. Oczywiście interesowało mnie nie tylko uczestnictwo. Jeżeli jechać, to aby pobiec mocno i uzyskać możliwie najlepszy rezultat.

Zasięgnąłem opinii Piotra na temat przedłużenia o miesiąc wiosennej części sezonu. Na maj planowałem przecież roztrenowanie. A zanosiło się na kilka mocnych treningów więcej. Nie chciałem, aby zbyt emocjonalne podejście zrujnowało całoroczny plan. Jesienny maraton w Berlinie pozostawał głównym tegorocznym celem.
Odpowiedź trenera była pozytywna, koszty akceptowalne (choć opłata startowa bije na głowę najwyższe w kraju), Danuśka wyraziła zgodę. Miałem wziąć udział w Austria IRONMAN 70.3 St.Pölten! To oficjalna impreza cyklu Ironman 70.3 rozgrywanego na połowach dystansów pełnego IM. Uczestnicy pływają 1,9km w otwartym akwenie, jadą na rowerze 90km i biegną półmaraton. Oznaczenie 70.3 w nazwie pochodzi od sumy długości tych dystansów wyrażonej w milach.

Wyjechaliśmy w piątek o 10-tej. W samochodzie Anka, Robert i ja, czyli skład sztafety. W drodze już byli Baśka z Rafałem, tj. pomysłodawczyni zaproszenia z mężem. A pociągiem do Wiednia i dalej wynajętym autem podróżowali Bartek z Damianem. Dominującym tematem rozmów i wymienianej pomiędzy nami korespondencji wszelakiej była pogoda. Z południa nadciągał niż. Robiło się coraz chłodniej, padało. Najgorszy jednak był wiatr. Wg niektórych prognoz porywy miały dochodzić do 70km/h.

Przed godziną 18-tą dopełniliśmy rejestracji w biurze zawodów. Na nadgarstki założono nam  żółte opaski, których nie wolno było zdejmować do zakończenia imprezy. Z nią miałem wstęp wszędzie. Mogłem dzięki temu w pełni poczuć i zobaczyć tę imprezę oraz wszystko wokół. Nawet najbardziej ambitny i zaangażowany kibic, który spędziłby na terenie zawodów sobotę i niedzielę nie byłby w stanie obejrzeć tego co ja widziałem. Nie zostałby wpuszczony.

Ostatnim punktem piątkowego programu było pasta party - bardzo obfita kolacja w największym namiocie miasteczka zawodów (Irondome): trzy rodzaje makaronów, trzy rodzaje ciast, woda, pepsi, piwo bezalkoholowe, kawa, herbata. Wszystko w dowolnej ilości. Patrzyłem na zawodników wokół. A spodziewano się prawie trzech tysięcy uczestników. To nieco inne towarzystwo od spotykanego na krajowych imprezach biegowych. W Polsce dość często zobaczyć można facetów z pokaźnymi brzuszkami, puszyste panie, którzy trochę truchtając, a trochę idąc kończą nawet maraton. Tam prawie nie było takich osobników. Dominowały osoby o bardzo czerstwym, żylastym wyglądzie. Zdrowym. Pełnym energii. Powiedziałbym też, że starsi. Były oczywiście kategorie wiekowe 20 - 24 i 25 - 29, ale przeważali ludzie 35+. Być może do triathlonu trzeba dorosnąć, a młodzi koncentrują się jeszcze na pojedynczych dyscyplinach. Na dwumetrowych dryblasów również natykałem się częściej niż u nas. Byli pływacy? Doskonale czułem się w tej pełnej werwy atmosferze.

Na dworze robiło się coraz bardziej szaro, zanosiło się na deszcz. Wiatr się nasilał. Było tak zimno, że dłonie nie trzymane w kieszeniach, grabiały. Do sobotniego wieczoru Rafał, Bartek oraz Damian co i raz sprawdzali kolejne serwisy pogodowe i licytowali się podając prognozy jak silny będzie w niedzielę wiatr. Największe obawy budził odcinek rowerowy, szczególnie płaskie i odkryte kilometry na autostradzie. Nawet pływanie w takim zimnie nie wydawało się problemem. Organizatorzy podawali, że woda ma temperaturę 16 ~ 17oC. W jeziorze miało być cieplej niż na powietrzu. Ja starałem się nie zastanawiać jak będzie na trasie biegu. Drugim wałkowanym tematem był odpowiedni strój na rower, na bieg i co zabrać do strefy zmian. Czy zostać tam dłużej, wytrzeć się czy nie tracić czasu i lekko wilgotnym siadać na rower.

Sobota przywitała nas drobnym deszczem. Dodatkowo, bo temperatura się nie podniosła, a wiatr nie ucichł. Po śniadaniu ruszyliśmy na samochodowy objazd trasy rowerowej. W pierwszej chwili pomyślałem, a ja tam po co? Nie wypadało jednak alienować się od towarzystwa, które zaprosiło mnie do swojego grona, a wycieczka okazała się ciekawa. Trasa malowniczo wiodła wzdłuż Dunaju, było na co popatrzeć. I poznałem trzy podjazdy, z którymi mieli się zmierzyć startujący w pełnej imprezie. Robiły wrażenie. Zjazdy jeszcze większe. Były miejsca, w których mocno hamowałbym prowadząc samochód. A na rowerze, na mokrej nawierzchni, przy silnym wietrze? Rozważania o ewentualnym rozpoczęciu przygotowań do IM powinny objąć i element ryzyka na trasie. A ja cykor jestem.

Expo trochę mnie rozczarowało. Spodziewałem się większej ilości stoisk i wystawców. A i tak było duże i obszerne. Nie było tłoku i każdą ekspozycję można było łatwo obejrzeć. To zupełnie inny rynek niż biegowy. Nike, Adidas, Reebok czy Puma nie są na mim obecni. Jeszcze nie. Spodziewam się, że jeżeli popularność triathlonu będzie rosła równie szybko jak dotychczas duże koncerny przygotują ofertę i w tym obszarze. W samym środku części handlowej zlokalizowany był największy namiot mieszczący Official Ironman Store. Tam to już było ciasno. Nie brakowało chętnych na bluzy, koszulki, spodenki, dresy, klapki, czapeczki, daszki, długopisy, bloki, kubki, bidony, alpejskie dzwonki i wiele innych towarów z logiem IM. Do dwóch kas tworzyły się długie kolejki. Ja również stałem w jednej z nich.

W południe zaplanowana była odprawa przed zawodami prowadzona w języku angielskim. Kolejna, po niemiecku, wyznaczona została na godz. 15:00. Udział w nich nie jest obowiązkowy, ale warto się pojawić. Szczególnie, że kilka minut wcześniej gruchnęła wieść: pływanie jest odwołane. Niedzielne zawody polegać będą jedynie na rywalizacji rowerowej i biegowej (w sztafetach również). Zrobił się rumor, każdy próbował gdzie tylko mógł potwierdzić lub zdementować tę informację. Kilka minut później podana została już oficjalnie. Powołując się na przepisy organizacji triathlonowych, ze względu na temperaturę wody oraz, i to jest najważniejsze, prognozowaną na godzinę startu odczuwalną temperaturę powietrza bliską zeru, zdecydowano o nie rozgrywaniu pływania. Uznano, że nie ma możliwości dokładnego wysuszenia się i rozgrzania przed wyruszeniem na wyścig rowerowy. A z pewnością znaleźliby się i tacy, którzy dla urwania kilku sekund rozpoczynaliby jazdę nie w pełni wytarci. Wiadomość została przyjęta różnie. U części wzbudziła zadowolenie. W naszym gronie raczej rozczarowanie i złość. Debiutanci, którzy mieli po raz pierwszy pokonać 1/2 IM i przygotowywali się właśnie do tego startu byli nieco zawiedzeni. Anka, która przyjechała jedynie dla udziału w części pływackiej wyglądała jak chmura gradowa. Siedziałem cicho i nie komentowałem decyzji organizatorów i sędziów.

W dalszej części odprawy najważniejsze były informacje dotyczące organizacji startu. Zawodnicy ruszać mieli w ramach kategorii wiekowych. Po piętnastu co pół minuty. Tak przez prawie dwie godziny od 7:30. Rozpoczynali profi. Piętnaście minut później kolejna fala. Sztafety o 8:15, czyli trzy kwadranse później niż w pierwotnej agendzie. Mogliśmy pospać trochę dłużej. Wyścig rozpoczynał się biegiem do roweru pozostawionego w strefie zmian i dalej do miejsca, w którym można było na niego wsiąść. Oczywiście po rower i z rowerem można było iść. Nikt nie wymagał ścigania się na tym odcinku. Podobnie po przejechaniu 90km. Należało odprowadzić rower na miejsce, podbiec (podejść) do wieszaków, na których wisiały worki ze strojami, butami biegowymi, przebrać się i rozpocząć półmaraton. Lub przekazać chip biegaczowi ze sztafety.

Prawie do końca słuchałem z uwagą. Wszystko o zasadach i zwyczajach w trakcie wyścigu kolarskiego, o niedozwolonym draftingu, przepisach wyprzedania, miejscach gdzie nie jest ono dozwolone, żółtych kartkach,
dyskwalifikacjach, namiotach kar, sędziach na motocyklach, punktach odżywiania było ciekawą nowością. Gdy zaczęto omawiać bieg już tak interesująco nie było.

Przyszła pora na mój rozruch, a dla pozostałych na godzinną przejażdżkę rowerową. Pobiegłem pokierowany przez Rafała, który w St.Pölten startował po raz trzeci. Szybko skończył się asfalt i kontynuowałem polnymi drogami, trochę miękkimi po deszczu. Już nie padał, nadal wiało i nieco się przejaśniało. Założyłem trzy warstwy i było mi za ciepło. Pod wiatr czułem się w porządku, ale w przeciwną stronę, gdy zaczęło pojawiać się nieśmiałe słońce, mocno się grzałem. Pytanie o ubiór w trakcie zawodów jak najbardziej dotyczyło i mnie. Zrobiłem w zasadzie standardowy rozruch jak przed każdymi zawodami. Rozruch w pobliżu ogromnych wiatrowych wiatraków. Nieźle mieliły powietrze, co świadczyło o utrzymującej się sile wiatru.

Po południu miało miejsce oddawanie rowerów. Każdy z zawodników był fotografowany razem z rowerem, a potem wprowadzał swój sprzęt do strefy zmian i umieszczał go na stojaku w dokładnie oznaczonym miejscu. Należało zaprezentować również kask. Bicykle wszystkich uczestników zajęły całe boisko piłkarskie. Miały tam pozostać aż do wyścigu. Ze względu na pogodę pojazd można było przykryć folią, ale tylko żółtą z dużym logiem PowerBar (były rozdawane w stoisku sponsora na Expo). Inne okrycia nie były dozwolone. O godz. 18:00 strefa została zamknięta i do wczesnego ranka następnego dnia nikomu nie wolno było tam wejść. Jedynie ochrona miała wstęp. Ostatnim, ale bardzo istotnym punktem sobotniego programu był odbiór chipów umożliwiających elektroniczny pomiar czasu. Mocowane na rzepy wokół kostki wydawane po wstawieniu rowerów do zony.



Ruszyliśmy do miasta "na kluchy", czyli na makaronową kolację. Nie było łatwo. Włoska knajpka i pizzeria zlokalizowana w rynku nie wyrabiała się z obsługą gości. Zajęliśmy ostatni stolik wciśnięty tuż przy kuchni. Było głośno, gorąco i ciasno. I co chwila docierały nowe grupy wysportowanych ludzi z żółtymi opaskami na nadgarstkach. Zdecydowaliśmy się zmienić miejsce. Ku mojemu zaskoczeniu w sobotę, w granicach 18:30, w centrum miasta będącego stolicą landu gastronomia była w większości zamknięta. Podobno Austriacy są nudni i siedzą w domach. Trafiliśmy wreszcie do restauracji w oficjalnym hotelu imprezy. Tutaj też jakby byli zaskoczeni ilością gości. A mieli przygotowane "special triathlon menu". Wokół siedzieli uczestnicy zawodów. Ciągle pojawiali się kolejni. Niektórych widzieliśmy wcześniej we włoskiej knajpie.

W niedzielę budziki zadzwoniły o 5:00. Pół godziny później ruszyliśmy na teren zawodów. I znów, mogłem pospać dłużej, startowałem przecież blisko południa. Byłem jednak w grupie. I razem z pozostałą szóstką wkroczyłem na obszar gdzie ustawione były rowery. Widziałem przed sobą tylko żółte płachty, spod których wystawały to uchwyt kierownicy, to siodełko. Zawodników było jeszcze niewielu. Zimno było straszliwie. Ręce trzymałem cały czas w kieszeniach, wiatr przeszywał. A założyłem i ocieplacz. Zastanawiałem się czy nie pobiec na Expo i nie kupić rękawiczek do biegania. Na szczęście nie padało, na niebie pojawiło się słońce i dużo chmur. Niektóre ciężkie i ciemne straszyły ulewą. Koledzy przystąpili do ostatnich przeglądów rowerów, dopompowywali koła, w uchwytach umieszczali wcześniej napełnione bidony, do niedużych sakw wkładali batony i żele energetyczne.

Na zawodach triathlonowych w Polsce każdy zawodnik ma obok roweru metr kwadratowy dla siebie. Tam w skrzynkach, czy workach przechowuje wszystko co jest mu potrzebne w czasie zawodów. I po pływaniu, czy po jeździe rowerowej wraca w to miejsce, aby się przebrać. Liczba uczestników (kilkuset) pozwala jeszcze na takie rozwiązanie. W St.Pölten ciasno ustawione rowery zajmowały całe boisko piłkarskie. Gdyby wokół każdego jednośladu wygospodarować metr kwadratowy potrzebne byłyby dwa dodatkowe boiska.

Przed siódmą byliśmy w Irondome. Do środka tłoczono gorące powietrze i było naprawdę ciepło; przyjemnie ciepło. Podawano herbatę. Kawę można było kupić. Zjedliśmy śniadanie. Grupa powoli topniała. Baśka wystartował jako pierwsza, o 8:00. Zaraz potem Robert - ruszyła fala sztafet. Dalej Rafał z Bartkiem i Damian. Zostałem z Anką. Rozpoczęło się moje trzygodzinne oczekiwanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz