wtorek, 26 listopada 2013

Korona Maratonów Polskich

Maraton zaczyna się po trzydziestce. Dzisiejszy, czyli 33. Maraton Warszawski, zaczął się dla mnie (i w zasadzie skończył) po czterdziestce. Okazało się, że dwa maratony w ciągu dwóch tygodni to dla mnie za dużo, a z pewnością dwie próby zdecydowanego poprawienia życiówki. Szkoda, że uzmysłowiłem to sobie dopiero na mecie. A wcześniej zabrakło mi sił. Pewnie i intensywny poprzedni weekend w Wiedniu nie pomógł w pełniejszej regeneracji. Szczególnie dwunastogodzinna podróż autokarowa w sobotę i taki sam powrót z niedzieli na poniedziałek. A i katar, którego nabawiłem się w wyniku zmęczenia i osłabienia wrocławskim startem, też trochę obniżył moje możliwości. No i zdarłem gardło kibicując na żywo siatkarzom walczącym z Rosją o brązowy medal Mistrzostw Europy.

Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Błędy popełniłem tylko ja i trudno mieć pretensje do wydarzeń zewnętrznych. Przede wszystkim źle zaplanowałem udział w maratonach wchodzących w skład Korony Maratonów Polskich. Jednej jesieni należało startować we Wrocławiu i w Poznaniu, co dałoby cztery tygodnie przerwy pomiędzy biegami. Po drugie, jeżeli już przyszło mi startować w odstępie czternastu dni, trzeba było drugi bieg bezwzględnie potraktować "na zaliczenie". Ja jednak rozczarowany występem we Wrocławiu, postanowiłem zrealizować to czego tam się nie udało. W rezultacie spełniłem wymagania Korony Maratonów Polskich, ale żadnej satysfakcji nie czuję.

Już sobotni rozruch był pierwszym sygnałem, że nie wszystko jest w porządku. Brakowało mi lekkości i swobody. Odczułem to szczególnie w zestawieniu z wrażeniami z piątkowego treningu, który był lekki, łatwy i przyjemny. Dalsza jednak część dnia (odbiór pakietu startowego, drobne zakupy i reszta dnia w domu) wymazały z pamięci te doznania. Po południu i wieczorem bawiłem się iTunes'ami i iPodem. Zupełnie zapomniałem o starcie, pozbyłem się wszystkich emocji. Chcąc uniknąć przewracania się z boku na bok, specjalnie też nie śpieszyłem się do łóżka.

Dwa pierwsze kilometry pobiegłem ciut wolniej od planu. W tym czasie stawka się rozciągnęła, wokół zrobiło się luźniej, nie było tłoku. Na trzecim kilometrze zaczął wariować Garmin i zupełnie nie wiedziałem jakim tempem biegnę. Uważam, że nie było ono tak szybkie jak zapisał zegarek. Zamieniłem kilka słów z biegnącymi obok i okazało się, że i ich urządzenia nie zachowują się normalnie. Być może miały na to wpływ otaczające nas budynki, choć nie są to wieżowce Manhattanu, a być może nasze zegarki wzajemnie się zakłócały. Zaraz potem, od czwartego kilometra aż do mety nie miałem wątpliwości do wskazań Garmina. Średnie tempo od trzeciego do dwudziestego piątego kilometra kształtowało się na poziomie 5'27"/km, co uważałem za zgodne z planem. Nie biegło mi się jednak w pełni lekko i łatwo. Pomimo, że WC odwiedziłem na kwadrans przed startem, bardzo szybko zachciało mi się sikać. Że niezbyt mocno, nie miałem zamiaru zbaczać pod drzewko. Trzymałem. Wiedziałem, że daleko mi do swobody odczuwanej we Wrocławiu na tej samej części dystansu. Myślałem, że może to nie jest mój idealny dzień, że dzisiaj trzeba się zmagać od samego początku. Mimo wszystko bez większych trudności podbiegłem pod Arbuzową i dość szybko uspokoiłem oddech po tej górce. Po dwudziestu pięciu tysiącach metrów przyszło mi do głowy, że jest dobrze. Ale bałem się cieszyć i daleki byłem od wewnętrznego optymizmu. Postanowiłem utrzymywać tempo do trzydziestego kilometra. Pięć kilometrów przebiegłem w średnim tempie 5'31"/km i wszystko było zgodnie z planem. Trzydziesty piąty był ostatnim kilometrem przebiegniętym blisko założeń (5'34"/km). Zostało siedem kilometrów. Wyraźnie poczułem, że jadę na oparach. Musiałem zwolnić. Tempo spadło do 5'40", a potem do 5'50"/km. Wiedziałem, że będzie trudno, ale ani przez moment nie miałem wątpliwości, że dociągnę. I wiedziałem, że zrobię życiówkę. W tym momencie liczyłem na wynik w granicach 3:55. Gdy minąłem flagę 40km poczułem, że muszę natychmiast poszukać miejsca na dłuższy postój. W żołądku mi bulgotało i puszczanie bączków już nie wystarczało. Trzeba go było opróżnić. Gdy wróciłem na trasę zupełnie nie miałem sił. Pewnie trochę się odwodniłem. Nawet marsz był trudny, choć mobilizowałem się. Czułem się bardzo źle, było mi słabo, byłem bliski omdlenia. Wrocławski brak sił był niczym w porównaniu z tym co czułem w tej chwili. Miałem jeszcze jeden żel, ale nawet nie próbowałem go wziąć do ust. Sama myśl o jego spożyciu wywoływała odruch wymiotny. Wcześniej piłem regularnie i jadłem. Po pięciu kilometrach dwie czy trzy kostki cukru, a od dwunastego żel regularnie co pięć kilometrów, ostatni na trzydziestym drugim. Na trzydziestym skończyłem zabrany z domu zapas cukru, skończyłem na tyle niefortunnie, że kilka kostek zgubiłem. Bardzo ich brakowało w samej końcówce.

Być może gdyby było mniej słonecznie jakoś bym dobiegł do mety. Nie wiem. W południe zrobiło się mniej więcej 20 °C. W momencie startu było wręcz chłodno, zaczynałem w cienkich rękawiczkach. Ale większość trasy wiodła zupełnie odkrytymi ulicami, a niebo było bezchmurne.

Doczłapałem do ostatniej prostej, choć kibice ustawieni wzdłuż Łazienkowskiej krzyczeli abym biegł, że to końcówka. Mobilizowali mnie ze wszystkich sił, niektórzy wychodzili na jezdnię jakby chcieli mnie popchnąć. Zupełnie nie miałem sił. Coś uwierało pod żebrami z prawej strony. Było mi strasznie wstyd przed tymi krzyczącymi ludźmi, byłem jednym z niewielu idących. Końcowe dwieście metrów przetruchtałem, bo to obciach wieńczyć maraton marszem. Ukończyłem szósty maraton w życiu, ale po raz trzeci nie czułem z tego powodu ani krzty zadowolenia. Dobrze, pierwszy, debiutancki można pominąć. Ale Wrocław i Warszawa miały dać mega satysfakcję. I z wyniku, i z Korony i z kolejnych przebiegnięć maratońskiego dystansu. Bo to jest przecież bieg maratoński i w żaden sposób nie umiem sobie wytłumaczyć, nie umiem zaakceptować (i nie chcę), że marsz też jest dopuszczalny. To niepowodzenie, że nie biegłem cały czas boli bardzo, bo zabrakło niewiele. Zabrakło mi dwóch kilometrów z małym kawałeczkiem.

Za metą przeżywałem trudne chwile; podwójnie trudne. Danuśka sporadycznie ogląda moje bieganie. Tym razem czekała na mecie. I z furią stwierdziła, że jest to jej ostatnia wizyta na moich zawodach. Bo nie jest dla niej frajdą oglądanie męża białego jak ściana i bliskiego omdlenia. Że ona się nie zgadza, jeżeli tak ma wyglądać moje bieganie, które jest podobno dla zdrowia. Kontrargumentów nie miałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz