Jestem maratończykiem. Zmęczony i zmagając się z kontuzją pokonałem dystans maratonu, choć od trzydziestego kilometra nie był to bieg maratoński, a marszobieg. I fakt, że nie przebiegłem całego dystansu sprawia iż nie w pełni cieszę się z udziału w imprezie.
Dzisiaj wiem, że to było zaklinanie rzeczywistości. Sam siebie oszukiwałem. Liczyłem, że gdy głośno powiem lub napiszę, że jestem maratończykiem, to się nim poczuję. Nie podziałało. Byłem rozczarowany i zły. Na mecie ze złości prawie płakałem. Spodziewałem się zabawki, nagrody, a jej nie dostałem. Ależ to bolało. Przez kilka dni nie potrafiłem się otrząsnąć. A to dlatego, że nie biegłem od startu do mety. Czterdzieści dwa kilometry z ogonkiem to dużo. Myślę jednak, że można taki odcinek przejść, przespacerować bez specjalnego przygotowania. Żeby uważać się za maratończyka trzeba te kilometry przebiec lub co najmniej przetruchtać. A to już wymaga trochę pracy i wysiłku. Wcześniej i na trasie.
W namiocie szatni panowała cisza i skupienie. Nie było rozmów. „Cześć, dzień dobry” i każdy szykował się w milczeniu. Rozgrzewałem się krótko. Zbyt późno dotarłem na miejsce startu. A Krakowskie Przedmieście to nie miejsce przyjazne dla lekkoatletycznej rozgrzewki; szczególnie gdy połowa ulicy jest zamknięta, a po pozostałej części truchta ponad trzy tysiące biegaczy. Jako maratońskiemu debiutantowi została mi wskazana czwarta strefa startowa. Nie udało mi się przecisnąć bardziej do przodu. Okazało się też, że grupy biegnące na 4:15 i 4:30 ulokowane są daleko z przodu, w kolejnej strefie. Dogoniłem ich po około kilometrze.
A chciałem biec z pacemaker’em, bo mój Garmin Forerunner odmówił posłuszeństwa i jest w serwisie (i będzie tam jeszcze przez jakieś dwa tygodnie). Zakładałem, że zawodnicy chcący osiągnąć rezultat 04:15:00 będą biec w tempie ~ 06:00 min. / km. Wydawało mi się, że powinienem się z nimi utrzymać. I powtórzyła się sytuacja z czerwcowego biegu w Grodzisku Wielkopolskim. Pacemaker prowadził w średnim tempie 05:40 min. / km (tempo na rezultat poniżej czterech godzin), a chwilowo przyspieszał do 05:30. Nie mając własnego zegarka, nie od razu mogłem to stwierdzić. Niektórzy z biegnących w pobliżu informowali o sytuacji i na podstawie tych informacji nieco zwolniłem.
Do osiemnastego kilometra biegło mi się bardzo dobrze. Problem zaczął się na niedużym zbiegu po praskiej stronie, obok pomnika berlingowców. Nagle poczułem przeszywający ból w prawej rzepce. Jakby ktoś wbijał mi w kolano cienką igłę. Trudno było zgiąć nogę, nawet minimalnie. Przez moment myślałem, że będę musiał zejść z trasy. Ostatecznie kontynuowałem bieg, ale od tego momentu zaczęły się problemy. Dla mnie maraton zaczął się właśnie wtedy, a nie po trzydziestce. Brakowało mi sił w nogach, z kondycją „oddechowo-sercową” było zdecydowanie lepiej. Co jakiś czas kolano przypominało o sobie blokując całą prawą nogę. Truchtałem na prostych nogach. I z planowanych czterech godzin i mniej więcej piętnastu minut wyszły cztery godziny i czterdzieści minut. Największe pretensje mam do siebie o chwile marszu, nie o czas, który ostatecznie osiągnąłem (04:40:14). Najważniejszym celem, który stawiam sobie na najbliższy maraton to przebiegnięcie całego dystansu. Myślę, że będzie to wiosną w Krakowie. Ważne, że jest coś z czego się bardzo cieszę. Ani razu przez cały czas spędzony na trasie nie pomyślałem „nigdy więcej”! Wręcz przeciwnie, gdy tylko zorientowałem się, że sobie nie radzę, zobowiązałem sam siebie, że muszę to poprawić! Fajnie, że zdobyłem ważne doświadczenia przed kolejnymi startami.
Uważam, że na „taki sobie” dzisiejszy występ złożyły się poniższe czynniki:
Nie zawinione przeze mnie:
1. Kontuzja łydki dająca się we znaki od początku września. Zabrakło sił w nogach, zabrakło nabieganych kilometrów. I pomimo, że łydka dzisiaj nie dokuczała, to przypuszczam, że podświadomie chciałem ją oszczędzać i przyczyniłem się w ten sposób do problemów z kolanem.
Czy aby na pewno nie zawiniona?
2. Intensywność zawodowa i nerwowość ostatniego tygodnia; od poniedziałku do czwartku spałem po 5 – 6 godzin, a to dla mnie zdecydowanie za mało.
3. Zaskakująco wysoka temperatura, miejscami w słońcu mogło być ze 26 stopni Celsjusza.
Zawinione przeze mnie:
1. Grzech pychy; nie zdając sobie sprawy co to znaczy maraton, snułem plany przebiegnięcia całego dystansu, zrobienia czasu poniżej czterech godzin itp. Przekonany o własnej sile myślałem, że maraton można „pobiec” na świeżości. Po dzisiejszym dniu uważam, że nie można. Świeżość może wynikać z dwóch (może trzech) dni przerwy przed maratonem i musi być poparta solidnym kilometrażem.
2. Zbyt wysokie tempo pierwszych kilometrów; powinienem się trzymać gości, którzy precyzyjnie je kontrolowali.
3. Pewna nerwowość przed rozpoczęciem biegu; zbyt późne pojawienie się na miejscu startu (15 ~ 20 minut), zbyt późne wejście do strefy startowej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz