Powszechna jest opinia, że pierwszy maraton należy po prostu
ukończyć, przebiec, a walkę o rezultat odłożyć na kolejne próby. Najpierw
trzeba przekonać się, poczuć w nogach, ile to jest czterdzieści dwa kilometry i
sto dziewięćdziesiąt pięć metrów, co to znaczy biec kilka godzin, jak zachowuje
się organizm i psychika podczas tak długiego wysiłku. Z dzisiejszej perspektywy
myślę, że jest dużo prawdy w tym zdaniu. Wcześniej też patrzyłem na to
podobnie. Byłem jednak niecierpliwy. Wydawało mi się, że skoro pobiegłem ten
pierwszy wyścig, to następne powinny być i coraz łatwiejsze, i coraz szybsze.
Choć poprawiałem się ze startu na start, brakowało mi wyniku, którym choć
odrobinę mógłbym się pochwalić.
Mimo wszystko przed kolejnym maratonem spuściłem nieco z
tonu. Nie planowałem nawet drugiej próby pobiegnięcia w czasie zakładanym
wcześniej dla Poznania. Zależało mi przede wszystkim na złamaniu czterech
godzin.
Byłem też ciekaw zawodów w Dębnie; przez lata kultowych, o
wysokim prestiżu, ze statusem Mistrzostw Polski. Wydaje mi się, że obecnie
biegł stracił na znaczeniu. Jeszcze dwa, trzy lata temu wielu jechało tam jak na
święto. Tak odbierałem atmosferę internetowych dyskusji.
Dla mniej zorientowanych ten bieg mógł mieć jeszcze jeden wymiar. 38. Maraton Dębno odbywał się dokładnie w rok po smoleńskiej katastrofie. Przed wyjazdem spotkałem się z paroma pytaniami czy data rozegrania zawodów ma jakiś związek z tamtą tragedią.
Ten maraton zaczął się już w piątek rano. Przy śniadaniu poczułem przypływ silnych emocji i podniecenia, że za chwilę wyruszam, że przede mną kolejny maraton (działa magia dystansu), że tym razem w samym Dębnie. Nieważne było, że zanim dotrę na miejsce, poświęcę cały dzień na sprawy zawodowe w Środzie Wielkopolskiej. Wyjeżdżałem na zawody!
Gdy wieczorem, o zmierzchu, już w Dębnie zobaczyłem rozstawione barierki wytyczające trasę i częściowo zmontowaną scenę, poczułem że to już za chwilę. Wrażenie było mocne, przebiło się przez warstwę całodziennego zmęczenia i znużenia prawie ośmioma godzinami spędzonymi za kierownicą. A marzyłem wtedy przede wszystkim o makaronowej kolacji, prysznicu i śnie. Tylko wichura stale przypominała, że jeżeli pogoda się nie zmieni, ten maraton może być bardzo różny od dotychczasowych.
W sobotę przed południem na ulicach było dużo ruchu, pośpiechu i jak mi się wydaje codziennych obowiązków. Zbliżającego się maratonu jeszcze się nie czuło. Biuro zawodów prawie puste, jakby leniwe, dopiero rozkręcało się przed czekającym je oblężeniem. Byłem jednym z pierwszych odbierających pakiet i dostałem bardzo niski numer startowy, 35. Ale po południu miasto zaroiło się od ludzi w dresach. Kilkoro truchtało. Dość dużo biegaczy przyszło też na wieczorną Mszę Świętą odprawianą również w intencji maratończyków.
Wcześniej objechałem trasę. Spodobała mi się, duża jej część wiodła przez lasy, a odcinek wśród starych drzew z Dargomyśla do Cychr był wręcz magiczny.
Krótki spacer w niedzielę po śniadaniu pokazał, że piękne słońce i niebieskie niebo nie oznaczają ciepła i wysokiej temperatury, a nieruchome wierzchołki świerków na podwórku gospodarzy tylko pozornie świadczą o ustaniu wiatru. Miałem wątpliwości jak ubrać się na bieg. Ostatecznie zdecydowałem się na krótkie spodenki i koszulkę z krótkim rękawem założoną na obcisłą podkoszulkę. W takim stroju na trasie czułem się bardzo dobrze.
Do startu ustawiłem się dość późno, na kilka minut przed sygnałem startera. Szkoda, że organizator nie wyznaczył stref. To jeden z drobnych mankamentów organizacyjnych, które zauważyłem.
Plan przewidywał, aby dwa pierwsze kilometry pokonać w tempie nie wolniejszym niż 5'55”/km, potem do trzydziestego kilometra biec 5'40”/km i przyspieszyć na kolejnych dziesięciu do 5'30”/km. Końcówka miała być pokonana jak najszybciej, w zależności od dyspozycji. Ruszyłem szybciej, w tempie narzuconym przez biegnących obok. Pierwszy kilometr 5'40”/km, drugi 5'47”/km. Dość szybko ukształtowała się nieduża i nieco rozproszona grupka biegnąca "na cztery godziny". Początkowo trochę mi przeszkadzali rozmowami i prawie całą pierwszą pętlę przebiegłem sam. Cały czas mocno wiało, na wszystkich odkrytych fragmentach trasy silne podmuchy uderzały od przodu,niezależnie od kierunku biegu. Utrzymywałem tempo (od trzeciego do trzydziestego kilometra średnio 5'37”/km, choć dwudziesty trzeci 5'30”/km). Od dwunastego, może trzynastego kilometra, do końca trzydziestego siódmego, do ostatniej prostej biegłem razem z dwójką młodych ludzi, Kornelią i Tomkiem. Trochę rozmawialiśmy. Raźniej mijały kolejne fragmenty trasy. W okolicach półmetka mój Garmin dość długi czas sygnalizował, że biegnę w granicach 5'25”/km, a zegarek biegnących obok pokazywał 5'37”/km. Ciekawe. Może jedno urządzenie wskazywało tempo chwilowe, a drugie średnie. Pierwszy kryzysik (psychiczny) odczułem pod koniec drugiej pętli, przy wbieganiu do Dębna. Trochę nie chciało się już biec. Trudności fizyczne pojawiły się, a jakże, na trzydziestym kilometrze. Wyraźnie wtedy poczułem, że bolą stopy, i nogi nad kolanami. Nie przyspieszyłem po trzydziestce. Dychę do czterdziestego kilometra zrobiłem średnio 5'39”/km. Najtrudniejsza była ostatnia prosta, pięć kilometrów prowadzące do Dębna, cały czas pod wiatr. Tutaj zostawiłem nieco biegnącą obok młodzież. Sił starczyło na tysiąc metrów (5'35”/km), potem już zwalniałem (5'42”/km, 5'46”/km i 5'50”/km). Wtedy zdałem sobie sprawę ile ił kosztowało mnie utrzymanie tempa na wcześniejszych odcinkach. Wielu szło. Ja toczyłem prawdziwą maratońską walkę. Pokusa aby iść była duża. Towarzyszyła jej myśl, że w tych warunkach byłbym usprawiedliwiony. Wyznaczałem sobie kolejne odcinki do przebiegnięcia i kontrolowałem tylko czy łapię się w czterech godzinach. Przyspieszyłem troszeczkę w samej końcówce, już wśród domów zasłaniających nieco od wiatru.
Tuż przed metą zdziwiłem się nie widząc bramy. Czy mam biec jeszcze dalej? Czyżbym pomylił się i wcześniej tylko wydawało mi się, że widzę czarną bramę z logiem Adidas? Nie, została złożona. Chyba na skutek wiatru. Metę wyznaczały jedynie rozłożone maty i dziewczęta z medalami. 3:58:34 i rekord życiowy! 457 miejsce na 806 sklasyfikowanych zawodników. Twierdzę, że gdyby nie wiatr możliwe było osiągnięcie rezultatu w granicach 3:55 ~ 3:56.
Trudny był moment zaraz po zatrzymaniu się. Zrobiło mi się słabo, podparłem się o drzewo. Miałem wrażenie, że dla organizmu, który przywykł do pewnego poziomu stałego wysiłku, zatrzymanie się jest dużym szokiem. Chwilę później musiałem usiąść. Wypiłem kilka kubków wody i poczłapałem w kierunku samochodu. Zanim doszedłem mocno się wychłodziłem. Folia nie chroniła przed wiatrem i dostałem silnych dreszczy. Rozgrzałem się we wnętrzu.
Z formy w jakiej ukończyłem ten bieg powinienem być zadowolony. Cieszę się tym bardziej, że na początku towarzyszył mi lęk aby nie powtórzył się tak silny kryzys jak w Poznaniu. Z upływem czasu obawy pierzchły i przez większość dystansu czułem się znakomicie, wysyłałem nawet Danusi krótkie SMSy (np. 1/3 lub ½). A trzy godziny po przekroczeniu linii mety, po kąpieli i godzinnej drzemce wsiadłem do samochodu i w sześć godzin przejechałem pięćset kilometrów, aby wrócić do domu.
Na trasie od trzeciego kilometra regularnie piłem wodę. Zjadłem też sześć żeli energetycznych. Miałem jeszcze jeden i może należało go spożyć na ostatniej prostej, ale w trzeciej części dystansu już nie przyjmowałem ich tak dobrze, jak wcześniej. Zaczęły mi się odbijać i nie było to przyjemne uczucie. Zjadłem też ze dwa kawałki bananów dostępnych na punktach żywieniowych.
Z oficjalnych międzyczasów w tabeli rezultatów wynika, że przebiegłem cały maraton dość równym tempem. Pozwoliło to stale przesuwać się na lepszą pozycję. Pierwszą dychę zrobiłem średnio 5'44”/km. Do półmetka troszeczkę przyspieszyłem (5'39”/km) i utrzymałem takie tempo do trzydziestego kilometra. Ostatnie dwanaście kilometrów z haczykiem minimalnie zwolniłem (5'40”/km) i nie przeszedłem do marszu! Wynika z tego, że wielu innych, którzy zaczęli mocniej ode mnie przeliczyło się z siłami, a ja ponadto w jakimś stopniu wygrałem walkę z wiatrem.
Wielką satysfakcją były gratulacje, które odebrałem za metą od innego maratończyka. Winszował mi facet, który pewnie mógłby być moim tatą, i który przebiegł, jak powiedział, dwieście siedemdziesiąt maratonów! Gratulował mi, bo jego zdaniem z moim wzrostem i wysoko położonym środkiem ciężkości biega się zdecydowanie trudniej. Prawda, czy nie, zrobiło mi się bardzo przyjemnie.
Dla mniej zorientowanych ten bieg mógł mieć jeszcze jeden wymiar. 38. Maraton Dębno odbywał się dokładnie w rok po smoleńskiej katastrofie. Przed wyjazdem spotkałem się z paroma pytaniami czy data rozegrania zawodów ma jakiś związek z tamtą tragedią.
Ten maraton zaczął się już w piątek rano. Przy śniadaniu poczułem przypływ silnych emocji i podniecenia, że za chwilę wyruszam, że przede mną kolejny maraton (działa magia dystansu), że tym razem w samym Dębnie. Nieważne było, że zanim dotrę na miejsce, poświęcę cały dzień na sprawy zawodowe w Środzie Wielkopolskiej. Wyjeżdżałem na zawody!
Gdy wieczorem, o zmierzchu, już w Dębnie zobaczyłem rozstawione barierki wytyczające trasę i częściowo zmontowaną scenę, poczułem że to już za chwilę. Wrażenie było mocne, przebiło się przez warstwę całodziennego zmęczenia i znużenia prawie ośmioma godzinami spędzonymi za kierownicą. A marzyłem wtedy przede wszystkim o makaronowej kolacji, prysznicu i śnie. Tylko wichura stale przypominała, że jeżeli pogoda się nie zmieni, ten maraton może być bardzo różny od dotychczasowych.
W sobotę przed południem na ulicach było dużo ruchu, pośpiechu i jak mi się wydaje codziennych obowiązków. Zbliżającego się maratonu jeszcze się nie czuło. Biuro zawodów prawie puste, jakby leniwe, dopiero rozkręcało się przed czekającym je oblężeniem. Byłem jednym z pierwszych odbierających pakiet i dostałem bardzo niski numer startowy, 35. Ale po południu miasto zaroiło się od ludzi w dresach. Kilkoro truchtało. Dość dużo biegaczy przyszło też na wieczorną Mszę Świętą odprawianą również w intencji maratończyków.
Wcześniej objechałem trasę. Spodobała mi się, duża jej część wiodła przez lasy, a odcinek wśród starych drzew z Dargomyśla do Cychr był wręcz magiczny.
Krótki spacer w niedzielę po śniadaniu pokazał, że piękne słońce i niebieskie niebo nie oznaczają ciepła i wysokiej temperatury, a nieruchome wierzchołki świerków na podwórku gospodarzy tylko pozornie świadczą o ustaniu wiatru. Miałem wątpliwości jak ubrać się na bieg. Ostatecznie zdecydowałem się na krótkie spodenki i koszulkę z krótkim rękawem założoną na obcisłą podkoszulkę. W takim stroju na trasie czułem się bardzo dobrze.
Do startu ustawiłem się dość późno, na kilka minut przed sygnałem startera. Szkoda, że organizator nie wyznaczył stref. To jeden z drobnych mankamentów organizacyjnych, które zauważyłem.
Plan przewidywał, aby dwa pierwsze kilometry pokonać w tempie nie wolniejszym niż 5'55”/km, potem do trzydziestego kilometra biec 5'40”/km i przyspieszyć na kolejnych dziesięciu do 5'30”/km. Końcówka miała być pokonana jak najszybciej, w zależności od dyspozycji. Ruszyłem szybciej, w tempie narzuconym przez biegnących obok. Pierwszy kilometr 5'40”/km, drugi 5'47”/km. Dość szybko ukształtowała się nieduża i nieco rozproszona grupka biegnąca "na cztery godziny". Początkowo trochę mi przeszkadzali rozmowami i prawie całą pierwszą pętlę przebiegłem sam. Cały czas mocno wiało, na wszystkich odkrytych fragmentach trasy silne podmuchy uderzały od przodu,niezależnie od kierunku biegu. Utrzymywałem tempo (od trzeciego do trzydziestego kilometra średnio 5'37”/km, choć dwudziesty trzeci 5'30”/km). Od dwunastego, może trzynastego kilometra, do końca trzydziestego siódmego, do ostatniej prostej biegłem razem z dwójką młodych ludzi, Kornelią i Tomkiem. Trochę rozmawialiśmy. Raźniej mijały kolejne fragmenty trasy. W okolicach półmetka mój Garmin dość długi czas sygnalizował, że biegnę w granicach 5'25”/km, a zegarek biegnących obok pokazywał 5'37”/km. Ciekawe. Może jedno urządzenie wskazywało tempo chwilowe, a drugie średnie. Pierwszy kryzysik (psychiczny) odczułem pod koniec drugiej pętli, przy wbieganiu do Dębna. Trochę nie chciało się już biec. Trudności fizyczne pojawiły się, a jakże, na trzydziestym kilometrze. Wyraźnie wtedy poczułem, że bolą stopy, i nogi nad kolanami. Nie przyspieszyłem po trzydziestce. Dychę do czterdziestego kilometra zrobiłem średnio 5'39”/km. Najtrudniejsza była ostatnia prosta, pięć kilometrów prowadzące do Dębna, cały czas pod wiatr. Tutaj zostawiłem nieco biegnącą obok młodzież. Sił starczyło na tysiąc metrów (5'35”/km), potem już zwalniałem (5'42”/km, 5'46”/km i 5'50”/km). Wtedy zdałem sobie sprawę ile ił kosztowało mnie utrzymanie tempa na wcześniejszych odcinkach. Wielu szło. Ja toczyłem prawdziwą maratońską walkę. Pokusa aby iść była duża. Towarzyszyła jej myśl, że w tych warunkach byłbym usprawiedliwiony. Wyznaczałem sobie kolejne odcinki do przebiegnięcia i kontrolowałem tylko czy łapię się w czterech godzinach. Przyspieszyłem troszeczkę w samej końcówce, już wśród domów zasłaniających nieco od wiatru.
Tuż przed metą zdziwiłem się nie widząc bramy. Czy mam biec jeszcze dalej? Czyżbym pomylił się i wcześniej tylko wydawało mi się, że widzę czarną bramę z logiem Adidas? Nie, została złożona. Chyba na skutek wiatru. Metę wyznaczały jedynie rozłożone maty i dziewczęta z medalami. 3:58:34 i rekord życiowy! 457 miejsce na 806 sklasyfikowanych zawodników. Twierdzę, że gdyby nie wiatr możliwe było osiągnięcie rezultatu w granicach 3:55 ~ 3:56.
Trudny był moment zaraz po zatrzymaniu się. Zrobiło mi się słabo, podparłem się o drzewo. Miałem wrażenie, że dla organizmu, który przywykł do pewnego poziomu stałego wysiłku, zatrzymanie się jest dużym szokiem. Chwilę później musiałem usiąść. Wypiłem kilka kubków wody i poczłapałem w kierunku samochodu. Zanim doszedłem mocno się wychłodziłem. Folia nie chroniła przed wiatrem i dostałem silnych dreszczy. Rozgrzałem się we wnętrzu.
Z formy w jakiej ukończyłem ten bieg powinienem być zadowolony. Cieszę się tym bardziej, że na początku towarzyszył mi lęk aby nie powtórzył się tak silny kryzys jak w Poznaniu. Z upływem czasu obawy pierzchły i przez większość dystansu czułem się znakomicie, wysyłałem nawet Danusi krótkie SMSy (np. 1/3 lub ½). A trzy godziny po przekroczeniu linii mety, po kąpieli i godzinnej drzemce wsiadłem do samochodu i w sześć godzin przejechałem pięćset kilometrów, aby wrócić do domu.
Na trasie od trzeciego kilometra regularnie piłem wodę. Zjadłem też sześć żeli energetycznych. Miałem jeszcze jeden i może należało go spożyć na ostatniej prostej, ale w trzeciej części dystansu już nie przyjmowałem ich tak dobrze, jak wcześniej. Zaczęły mi się odbijać i nie było to przyjemne uczucie. Zjadłem też ze dwa kawałki bananów dostępnych na punktach żywieniowych.
Z oficjalnych międzyczasów w tabeli rezultatów wynika, że przebiegłem cały maraton dość równym tempem. Pozwoliło to stale przesuwać się na lepszą pozycję. Pierwszą dychę zrobiłem średnio 5'44”/km. Do półmetka troszeczkę przyspieszyłem (5'39”/km) i utrzymałem takie tempo do trzydziestego kilometra. Ostatnie dwanaście kilometrów z haczykiem minimalnie zwolniłem (5'40”/km) i nie przeszedłem do marszu! Wynika z tego, że wielu innych, którzy zaczęli mocniej ode mnie przeliczyło się z siłami, a ja ponadto w jakimś stopniu wygrałem walkę z wiatrem.
Wielką satysfakcją były gratulacje, które odebrałem za metą od innego maratończyka. Winszował mi facet, który pewnie mógłby być moim tatą, i który przebiegł, jak powiedział, dwieście siedemdziesiąt maratonów! Gratulował mi, bo jego zdaniem z moim wzrostem i wysoko położonym środkiem ciężkości biega się zdecydowanie trudniej. Prawda, czy nie, zrobiło mi się bardzo przyjemnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz