Z Krakowa wróciłem naładowany emocjonalnie. I dumny jak paw z
samego siebie. Było mi lekko, było mi dobrze, unosiłem się nad ziemią. Poczułem
się lekkoatletą. I chciałem jak najszybciej wystartować w kolejnym maratonie. Paliło
mnie wewnętrzne pragnienie żeby poprawić wynik. Zdawałem sobie sprawę, że
biegając jak dotychczas znaczącego rozwoju oczekiwać nie mogę. Zrozumiałem co
miał na myśli Jerzy Skarżyński pisząc żeby przestać biegać, a zacząć trenować. Dostępne w Internecie plany treningowe nie przekonywały (i
nadal nie przekonują). Nie do końca je rozumiałem, nie bardzo wiedziałem jak
dostosować tempa. Potrzebowałem czegoś specyficznie dla mnie. No i będąc
sportowcem przez duże S wydawało mi się, że powinienem mieć trenera.
Do Piotra trafiłem przypadkowo. I dziękuję Opatrzności za
ten przypadek. Właśnie w tym czasie jeden z portali zamieścił informację o jego
działalności trenerskiej oraz o dokonaniach sportowych. Szybko się
porozumieliśmy. Pracujemy razem już ponad trzy i pół roku. Wierzę, że nie
powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. :)
Piotr to o bardzo fajny kolega biegacz .Po pierwsze
urozmaicił mój trening i spowodował, że zacząłem biegać wolniej,
mniej się forsować. Sprawił, że dotarł do mnie sens naprawdę bardzo wolnych wybiegań,
że poczułem korzyści z nich płynące, szczególnie w tamtym okresie. Początkowo było to trudne. Nie potrafiłem
znaleźć frajdy mozolnym dreptaniu przez las. Nawet bardzo się koncentrując na
realizacji założeń nieświadomie przyspieszałem i kończyłem bieg z intensywnością
wyższą od zadanej. Po drugie, wymógł skupienie na treści treningu. Żeby realizować
to co zaplanowane; nie przekraczać. Choćby samopoczucie było nie wiadomo jak
dobre i noga podawała. Wykazywać to się mam na zawodach.
Trener słuchał i pierwotnie układał plany tak żeby pasowały
do tego co sobie wymyśliłem. Czasami komentował moje zamierzenia, ale raczej nie
protestował. A gdy lepiej się poznaliśmy zmusił mnie abym zaczął myśleć,
delikatnie popchnął do podjęcia decyzji czego chcę. Wyniku czy udziału w każdej
interesująco zapowiadającej się imprezie? Bo jedno i drugie trudno połączyć.
Sprawił wreszcie, że zainteresowałem się przygotowaniem energetycznym do
treningów i startów. Wskazał kogo pytać i o co.
Zadziałała też psychologia. Skoro sam, przez nikogo nie
przymuszany zdecydowałem się skorzystać z takiej pomocy, to powinienem jak
najlepiej realizować wymagania trenera. Inaczej oszukiwałbym samego siebie.
Biegałem więc, i biegam, również to za czym nie przepadam. Przykładam się do krótkich przebieżek
czy siły biegowej. I cieszę się gdy czuję rezultaty. Zdarzyło się już kilka
razy, że na trasie istotnego startu dziękowałem w myślach Piotrowi, iż zmusił
mnie do intensywnej pracy na podbiegach. :)
Jak pracujemy? Dzieli nas ponad trzysta kilometrów i kontaktujemy
się przede wszystkim mailowo, rzadziej telefonicznie. Poza okresem zimowym najczęściej
biegam w systemie trzy tygodnie po pięć treningów i czwarty luźniejszy z
czterema wyjściami. I na taki czas otrzymuję dokładnie rozpisane zajęcia. W sobotę
lub w niedzielę wysyłam notkę, w której relacjonuję jak poszło w ciągu
ostatnich siedmiu dni. A powszechnie dostępna technologia umożliwia Piotrowi śledzenie na bieżąco
najważniejszych parametrów. Zwrotnie otrzymuję komentarz i wskazówki co istotne w
kolejnym tygodniu. Jeżeli pojawiają się jakieś zawirowania typu choroba, czy
trening okazał się za mocny, piszę, albo dzwonię. Propozycje koniecznych zmian
dostaję prawie natychmiast. Bywa, że trafię gdzieś bliżej Piotra (najczęściej
służbowo) i wtedy staramy się spotkać. Choćby żeby chwilę pogadać. A i zrobiliśmy
dzięki temu test biegowy wyznaczający granice tętna w poszczególnych zakresach.
Czasami nasze kalendarze startowe pokrywają się i zawody stwarzają dodatkową
okazję do rozmowy. Choć ostatnio ich mniej, bo zainteresowania trenera mocno
ciążą w kierunku triathlonu. Po każdym starcie wynik przesyłam SMS-em i tą
drogą wymieniamy gorące komentarze.
Przez grudzień do końca lutego wskazówki Piotra są mniej
szczegółowe. Otrzymuję ogólne zarysy co biegać w tym czasie. Najczęściej na
przełomie roku określamy plan na kolejne dwanaście miesięcy (impreza docelowa
wiosną, impreza docelowa jesienią, starty kontrolne i te zabawowe, kiedy biegam
w zespole firmowym, roztrenowanie). I od początku marca wracamy do regularnej
współpracy w siedmiodniowych cyklach raportowania.
Czy nadal potrzebuję trenera? Pomimo, że zdarza się, iż potrafię przewidzieć
co otrzymam w kolejnym planie, to myślę, że tak. I nie chodzi tutaj o
podbudowanie ego świadomością, że mam indywidualnego trenera. Trochę siebie
poznałem, zdobyłem pewne doświadczenia, ale gdybym został sam jedyne co
potrafiłbym zrobić to powielić ubiegłoroczne treningi zwiększając miejscami ich
tempa. Brakuje mi wiedzy. Organizm uodparnia się na niektóre bodźce. Stale i
stale powtarzane środki treningowe przestają być efektywne. Co wtedy? Jakie
zmiany wprowadzić? Piotr wie. Już zapowiedział, że w przyszłym roku biegany
kilometraż będzie mniejszy. Wzrośnie intensywność.
I ciekawostka. Tomek, kolega biegacz z Warszawy nie bardzo był
przekonany do współpracy na odległość. Wybrał więc trenera na miejscu, postać
znaną w środowisku biegowym. Miał go na wyciągnięcie ręki, nawet jeden trening
w tygodniu realizował wspólnie. Po sezonie jednak zrezygnował. Opowiadał mi, że
pomimo tych kilkuset kilometrów mam z Piotrem lepszy kontakt niż on ze swoim
instruktorem (dostępność, łatwość komunikacji, jasność przekazu). Czy model
działa nie zależy oczywiście od odległości, a na pewno nie w pierwszej
kolejności. Osobowość Piotra sprawia, że to się sprawdza. Dlatego chcę kontynuować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz